Nie ma urzędów doskonałych, także w USA

27.08.2017
Czy urząd nadzorujący największy i najbardziej rozwinięty rynek finansowy na świecie może pachnieć stęchlizną? Czy może używać przestarzałych narzędzi niedziałająch procedur? Czy mogą w nim pracować ludzie, którzy poświęcają czas głównie na pisanie donosów na kolegów? Odpowiedź jest straszna: tak.


Słabo oświetlone pomieszczenia biurowe ze ścianami pomalowanymi na brązowo. Stosy pożółkłego papieru, który leży nieużywany, bo nie pasuje do drukarek. W szufladach biurek urządzenia biurowe tak stare, że zardzewiałe. Na skrzypiących fotelach siedzą ludzie, którzy zajmują się głównie pisaniem na siebie donosów. Bo przecież oprogramowanie komputerowe z początku lat 90. XX wieku nie pozwala na efektywne wykonywanie obowiązków, a czymś się trzeba zająć. Ale spokojnie, nawet najgorszy donos ma małe szanse powodzenia. Związki zawodowe zadbały, by ten, kto zostanie zatrudniony na etacie, był niemal nie do zwolnienia.

Czy to opis urzędu w jakiejś republice bananowej? Nie. Tak wyglądała rzeczywistość Securities and Exchange Commission (SEC), czyli amerykańskiego nadzoru giełdowego, gdy w 2010 roku trafił do niego Norm Champ, autor książki „Going Public: My Adventures Inside the SEC and How to Prevent the Next Devastating Crisis” (McGraw-Hill, 2017).

Champ spędził ponad 20 lat w sektorze prywatnym jako prawnik pracujący dla funduszy hedge. Dał się namówić, z ochotą, na służbę ojczyźnie. Dostał wizytówkę z tytułem Associate Director of Investment Management Exams (dyrektor ds. nadzoru sektora zarządzania aktywami). Już po pierwszym dniu pracy przecierał oczy ze zdumienia, że ten urząd aż tak trąci myszką. Kolejny szok przeżył po dwóch tygodniach, gdy otrzymał anonimowy list oczerniający jednego z jego najbliższych współpracowników. Z czasem przekonał się, że to standard.

Innym standardem w SEC było wychodzenie do domu o 17:00. Albo praca zdalna, która przynosiła średnio satysfakcjonujące efekty. Dowód? No cóż, należy pamiętać – o czym przypomina Champ – że kontrolerzy SEC odwiedzali fundusz Bernarda Madoffa i jak pokazał czas, na nic się to zdało…

Muzeum figur woskowych. Takim mianem określali SEC pracownicy innych instytucji rynku finansowego, publicznych i prywatnych. Urząd zdawał się zawieszony w czasie i przestrzeni, zamrożony. Niemal nic się tam nie zmieniało. Także pracownicy pozostawali całymi latami na swoich stanowiskach. Champ przyznaje, że przez ponad pięć lat pracy w SEC zaobserwował tylko dwa przypadki zwolnień. Co trzeba było zrobić, by stracić posadę w tym urzędzie? Na przykład nie przychodzić do pracy przez cały tydzień, nie dając znaku życia…

Co najciekawsze, jak twierdzi autor „Going Public”, SEC na dobrą sprawę jeszcze na początku XXI wieku nie miał wypracowanych narzędzi i procedur kontroli wobec każdej kategorii istniejących firm finansowych. Mało tego, urzędnicy z departamentu, który kontrolował fundusz Madoffa, zrezygnowali z wystąpienia o listę transakcji, bo doszli do wniosku, że otrzymaliby dane, których i tak nie byliby w stanie w pełni zweryfikować.

Tym większy szacunek dla Champa, że zdołał nieco zreformować tę skostniałą instytucję. Dzięki niemu wzięto pod lupę branżę asset management, która po kryzysie finansowym z lat 2007-2009 zaczęła rosnąć jak grzyby pod deszczu. Champ stworzył od podstaw departament monitorujący ten segment rynku, znalazł narzędzia (głównie informatyczne), uruchomił procedury, zatrudnił młodych i energicznych ludzi z odpowiednim wykształceniem.

Książka Champa nie kończy się jednak optymistycznie. Autor wyraźnie stwierdza, że w USA – na największym rynku finansowym na świecie – potrzebny jest jeszcze sprawniejszy nadzór. Podaje także swoje, nieco ogólnikowe, recepty na to, jak uniknąć kolejnego kryzysu (właśnie na drodze bardziej efektywnego nadzoru). Według niego SEC powinien przede wszystkim częściej korzystać z wiedzy praktyków rynkowych. Zamknięcie się urzędników z doktoratami w czterech ścianach to chyba najgorsze, co może się zdarzyć – zwraca uwagę Champ.

Niezwykle ciekawy wątek, choć nieco odbiegający od głównego tematu, znajdujemy na samym końcu „Going Public”. Champ zwraca uwagę na to, że państwo jest monopolistą w zakresie loterii. A wydawanie pieniędzy na losy to – jak przyzna każdy matematyk – wyrzucanie ich w błoto. Lepiej byłoby, korzystając z procentu składanego, oszczędzać na emeryturę. Czemu państwo promuje granie na loterii? Champ wskazuje odpowiedź: w ten sposób wpływają do jego kiesy dodatkowe pieniądze, w dodatku przekazane dobrowolnie (przecież nikt nikogo nie zmusza do kupowania losów, nieprawdaż?). Champ jest wyraźnie zniesmaczony tym faktem i wskazuje kilka rozwiązań tego problemu. Jakich? Warto przeczytać, nie chciałbym zdradzać całej treści książki.

„Going Public” to nie jest długa lektura. Ale na tyle obszerna, by podkreślić wszelkie niedoskonałości SEC. Szkoda jednak, że spora jej część jest poświęcona opisowi personalnych i prawnych przepychanek wewnątrz tej instytucji. To pokazuje pewne mechanizmy – być może uniwersalne dla wszystkich urzędów istniejących na świecie – ale może być fascynujące tylko dla tych, którzy znają wymienione z imienia i nazwiska postaci.

Niemniej jednak po przeczytaniu „Going Public” włos jeży się na głowie. Skoro w ten sposób, jeszcze do niedawna, wyglądało funkcjonowanie urzędu nadzorczego w USA – najbardziej rozwiniętym rynku finansowym na świecie – to pojawia się pytanie, jak u licha wygląda w innych krajach…


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły