Niemców boli wspieranie biedniejszych regionów

12.06.2018
Niemiecki rząd sprzeciwia się transferom fiskalnym miedzy krajami strefy euro. A niektórzy niemieccy politycy krytykują nawet działające od lat transfery między bogatymi a biednymi regionami Niemiec. Eksperci przekonują, że wciąż mają one sens, chociaż nie sprzyjają wzrostowi PKB.


„W centrum miasta większość sklepów stoi pustych. Na głównej ulicy zburzono już kilka domów. Z trzech dużych fabryk porcelany nie działa żadna, a wielka elektrownia została dekadę temu wysadzona w powietrze. Z niegdyś 10 tysięcy mieszkańców została ledwo połowa” – tak w lutym tego roku konserwatywny dziennik Frankfurter Allgemeine Zeitung (FAZ) opisywał Arzberg.

To miasto, położone w północnej Bawarii nad granicą z Czechami, miało symbolizować Niemcy w ruinie, względnie ich część. Według cytowanych ekspertów był to wynik polityki gospodarczej w Niemczech, która zaniedbuje słabsze regiony, prowadzi do zwiększania różnic rozwojowych, a tym samym pogłębia podziały w kraju.

„Od 1990 r. świat staje się coraz bardziej równy, a państwa zaliczane kiedyś do Trzeciego Świata doganiają kraje uprzemysłowione. Tymczasem wewnątrz tych ostatnich narastają nierówności. Najbardziej zaskakujące jest to, że wśród krajów OECD tylko w Wielkiej Brytanii różnice między gospodarczo najsilniejszymi i najsłabszymi regionami są większe niż w Niemczech” – pisali w FAZ Ralph BollmannInge Kloepfer.

Jak zauważyli w swojej analizie, dystans tracą nie tylko powiaty położone przy granicy z Polską i w innych częściach NRD, ale również niektóre rejony w Zagłębiu Ruhry, powiaty przy granicy z Francją oraz właśnie północna Bawaria. „Kto w tym regionie szuka atrakcji, jedzie raczej na czeską stronę” – zauważają Bollmann i Kloepfer. Takie sformułowania działają na niemieckiego odbiorcę deprymująco i prowokująco zarazem. Nic więc dziwnego, że ten artykuł wywołał dyskusję.

Od wielu lat Bawaria rozwija się szybciej niż inne landy Niemiec. Zmniejsza się tym samym dystans do najludniejszego i najsilniejszego gospodarczo kraju związkowego, jakim jest Północna Nadrenia-Westfalia. Z tego powodu Bawarczycy musieli w ostatnich latach coraz więcej dopłacać do słabiej rozwiniętych niemieckich regionów. W 2017 r. było to rekordowe 5,9 mld euro, czyli ponad połowa z łącznej kwoty transferów pomiędzy landami w RFN (niem. Länderfinanzausgleich). W ubiegłym roku urosła ona o 6 proc. i po raz pierwszy w historii przekroczyła 11 mld euro.

Tego rodzaju wsparcie międzyregionalne wprowadzono za rządów kanclerza Ottona von Bismarcka po ustanowieniu Cesarstwa Niemieckiego w 1871 r. Do zjednoczenia Niemiec w 1990 r. Bawaria była beneficjentem systemu, ale od ponad dekady jest już jego największym donatorem.

Ten solidarnościowy obowiązek wypełniają jeszcze Badenia-Wirtembergia (2,7 mld euro w 2017 r.), Hesja (2,5 mld euro) i Hamburg (0,49 mld euro). Według wyliczeń tygodnika „Focus” w przeliczeniu na jednego mieszkańca największe obciążenia z tego tytułu ponoszą mieszkańcy Hesji, w tym Frankfurtu nad Menem – w latach 1995-2017 było to 7,3 tys. euro. Pod tym względem największymi beneficjentami byli berlińczycy, którzy w tym okresie otrzymali wsparcie rzędu 70 mld euro, czyli prawie 18,8 tys. euro na głowę.

„Wobec tych liczb jesteśmy radzi, że udało się nam zreformować system. Bawarczycy chcą, by wypracowane w ich landzie pieniądze były też tutaj wykorzystywane” – komentował dane o zeszłorocznych transferach między regionami Markus Söder, premier Bawarii.

To właśnie pod presją polityków z Bawarii i Badenii-Wirtembergii, która od początku istnienia RFN wspiera mniej zamożne kraje związkowe (w swojej historii przekazała biedniejszym niemieckim regionom w sumie ponad 76 mld euro), doszło do zmiany obecnych regulacji.

Od 2020 r. transfery międzylandowe zostaną zastąpione przez wsparcie biedniejszych regionów bezpośrednio z budżetu federalnego. Ma to być 10 mld euro rocznie, co rok temu wywalczył burmistrz Hamburga Olaf Scholz z SPD w negocjacjach z ministrem finansów Wolfgangiem Schäuble. Teraz to Scholz odpowiada za finanse RFN i sam będzie musiał znaleźć pieniądze w federalnej kasie.

Być może będzie to jednak mniej kontrowersyjne rozwiązanie niż regionalne spory i populizmy, które ujawniają się w Niemczech zawsze, kiedy publikowane są dane o coraz to wyższych finansowych transferach z południa na północ kraju.

Wielu ekonomistów uważa, że dotychczasowa polityka wyrównywania poziomu rozwoju regionalnego w Niemczech wcale nie zakończyła się fiaskiem, a tezy stawiane przez autorów głośnego raportu w FAZ są zbyt daleko idące.

„Autorzy wykorzystali w swojej analizie dwa ekstremalne przypadki spośród 402 niemieckich powiatów. Jeśli jednak porówna się 5 proc. najbogatszych i 5 proc. najbiedniejszych powiatów, to okaże się, że regionalne nierówności w latach 2000-2014 zmniejszyły się” – przekonują Martin BramlGabriel Felbermayr, ekonomiści z instytutu ifo w Monachium.

Według ich wyliczeń stosunek dochodów PKB na głowę mieszkańca między tymi dwoma grupami samorządów zmniejszył się w tym okresie z 3,4 do 2,9. Oznacza to, że PKB per capita rosło szybciej w rejonach biedniejszych niż bogatszych. Dotyczy to zarówno części byłej NRD, jak i tych powiatów w zachodnich Niemczech, gdzie zlokalizowany jest przemysł samochodowy (Wolfsburg w Dolnej Saksonii, czy Ingolstadt w Bawarii).

Według Bramla i Felbermayra niemiecki system dystrybucji dochodów regionalnych funkcjonuje odpowiednio, a różnice między regionami nie są wysokie w porównaniu z innymi państwami UE. Wskazywać ma na to również indeks Giniego, który dla niemieckich regionów wynosi ok. 0,2 (gdzie 0 oznacza absolutną równość).

„Oznacza to, że nie ma pilnej potrzeby, by zwiększać transfery pomiędzy niemieckimi i europejskimi regionami. Obecny system – wyrównanie finansowe w Niemczech i fundusze strukturalne w UE – wydają się funkcjonować” – tak podsumowują wyniki swoich badań Martin Braml i Gabriel Felbermayr.

Niewykluczone, że ta konkluzja ich raportu może być wykorzystywana w negocjacjach o podział budżetu UE na lata 2021-2027. Instytut ifo w Monachium jest przecież bardzo wpływowym think tankiem nie tylko w Niemczech, a obecny unijny komisarz ds. finansów Günther H. Oettinger był wcześniej premierem Badenii-Wirtembergii.

Analizy dotyczące sytuacji landów w Niemczech, które przedstawili autorzy FAZ i ifo, wcale nie muszą być ze sobą sprzeczne. Przecież obraz zrujnowanego Arzberga, który dystansowany jest przez położony 20 km na wschód czeski Cheb, nie jest wymyślony. Wzrost PKB w biednych niemieckich powiatach wynika bowiem w części z wyludniania się niektórych biedniejszych rejonów RFN, co daje odpowiednio pozytywny statystyczny efekt. Dla monachijskich ekonomistów to „godne pożałowania” zjawisko, ale, jak mówią, „alternatywa byłaby jeszcze bardziej mroczna”.

„Gdyby ludzie pozostawali w regionach, gdzie nie ma dla nich pracy, prowadziłoby to nie tylko do smutnych indywidualnych historii ludzkich, ale również do zjawiska wykluczenia społecznego, które dotyczyłyby całego społeczeństwa. Mobilność czynnika pracy jest właśnie buforem, który zmniejsza regionalne różnice w dochodach” – przekonują Martin Braml i Gabriel Felbermayr i wskazują, że „rezultatem migracji jednych są wyższe płace tych, którzy pozostają”.

Idąc tym tokiem rozumowania można by pokusić się o tezę, że najbardziej efektywną polityką regionalną byłoby całkowite wstrzymanie transferów ze środków publicznych, gdyż w ten sposób szybciej mogłyby się wyrównywać dochodami między regionami. To oczywiście dość absurdalne podejście, chociaż według badań innych ekonomistów ograniczenie dotacji dla biednych landów w Niemczech znacząco przyspieszyłoby rozwój niemieckiej gospodarki.

„Zakładając zniesienie transferów z mniej do bardziej produktywnych regionów, obserwujemy w naszych badaniach znaczny wzrost produkcji i produktywności na poziomie krajowym. Zysk w realnym PKB na mieszkańca obliczamy na poziomie 3,7 proc., zaś wydajność pracy zwiększyłaby się o 5,8 proc.” – prognozują ekonomiści Marcel Henkel, Tobias SeidelJens Südekum.

Ten dodatkowy wzrost gospodarczy łączyłby się jednak z jeszcze większą migracją z biedniejszych terenów do silnych gospodarczo części kraju. Mogłaby ona objąć ponad 3 miliony Niemców. Wschodnioniemieckie miasta straciłyby nawet jedną czwartą mieszańców, a Monachium, czy Frankfurt stałyby się jeszcze bardziej zatłoczone. Jak analizują Henkel i jego współpracownicy, wymagałoby to dodatkowych nakładów na budownictwo i infrastrukturę transportową, co sprawiłoby, że niemieckie aglomeracje stałyby się „zbyt duże”. W efekcie ucierpiałby dobrobyt Niemców, na który składa się przecież nie tylko poziom PKB.

Według Henkela i współpracowników transfery finansowe na rzecz słabszych regionów co prawda nie tworzą „optymalnej struktury przestrzennej gospodarki”, ale zbliżają ją do tego optimum. Poza tym nie znaczy to wcale, że muszą one blokować inwestycje w bardziej rozwiniętych ośrodkach, które potrzebują nowocześniejszej infrastruktury. To ważny argument nie tylko w sporach o rozwoju regionalnym w Niemczech, ale również w obecnej debacie o polityce spójności w całej Unii Europejskiej.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły