Niemiecka polityka energetyczna to wyraz frustracji

29.10.2013
Niemcy będą blokować wszystkie unijne przepisy ułatwiające rozwój energetyki jądrowej. To kwestia narodowej tożsamości. Wiara w cudowną moc słońca i natury od dziesiątek lat łączyła Niemców reprezentujących skrajnie różne ideologie polityczne.

Drewniany dom pokryty ogniwami słonecznymi na dachu i elewacji oraz na wiacie (tzw. klimat-smart house; CC By NC ND Vattenfall)


Joaquin Almunia, komisarz ds. konkurencji, oświadczył niedawno, że w nowych unijnych przepisach o pomocy publicznej nie będzie specjalnych regulacji dotyczących wsparcia dla budowy elektrowni jądrowych. Na wprowadzeniu takich przepisów zależało przede wszystkim Wielkiej Brytanii, której rząd postanowił, że głównym źródłem zaopatrzenia kraju w elektryczność będzie właśnie energetyka jądrowa (w 2050 r. moc elektrowni jądrowych ma wynosić 75 GW, co będzie stanowić 47 proc. potencjału wytwórczego całej brytyjskiej energetyki).

Brytyjskie elektrownie są jednak stare i w ciągu dziesięciu lat osiem z dziewięciu działających ma zostać wyłączone, tak więc prace przy budowie nowych powinny właściwie już trwać.

Negocjacje w tej sprawie ciągnęły się prawie rok. W poniedziałek 21 października EdF poinformowała, że udało się osiągnąć porozumienie a cena prądu z Hinkley Point ustalono na poziomie 92,5 funtów za MWh przez 35 lat.

Brytyjski rząd zachęca do inwestycji w niskoemisyjne źródła energii oferując ich właścicielom stałe ceny prądu. W większości przypadków gwarancje będą obowiązywać przez 15 lat. Dla Hinkley Point ten okres ma wynieść aż 35 lat. Obecne ceny hurtowe prądy w Wielkiej Brytanii to ok. 50 funtów.

(infografika Darek Gąszczyk/ CC BY-NC by SandiaLabs)

Dobicie targu to jednak dopiero początek drogi. Trzeba będzie jeszcze przekonać urzędników z Komisji Europejskiej, że pomoc państwa jest w tym przypadku uzasadniona. To żmudny proces, który w dodatku trzeba byłoby powtarzać przy każdym kolejnym bloku jądrowym, których do 2030 r. ma powstać aż 12. Brytyjczycy postanowili więc podejść do sprawy systemowo i wprowadzić do europejskich przepisów regulacje jasno określające kryteria oceny takiej pomocy. Zaczęli od zmontowania koalicji – 12 marca w Londynie ministrowie od spraw energetycznych z 12 państw UE podpisali wspólne oświadczenie, w którym – zapewniając o swojej trosce o klimat i niechęci do dwutlenku węgla – wezwali w komunikacie Brukselę, aby nie decydowała o tym, jakich sposobów należy używać do ograniczenia emisji.

Mają się liczyć wyłącznie redukcje, a czy uda się je osiągnąć za pomocą wiatraków, ogniw fotowoltaicznych czy jeszcze innymi metodami, to sprawa drugorzędna. Skoro Unia Europejska tak się angażuje w walkę z globalnym ociepleniem i dopuszcza wsparcie dla elektrowni wiatrowych i słonecznych, to powinna również pozwolić na pomoc w rozwoju tych innych metod (w domyśle: reaktorów jądrowych).

Komisja umywa ręce

Taktyka wydawała się przynosić efekty. W lipcu Reuters oznajmił, że dotarł do projektu Komisji Europejskiej explicite przewidującego możliwość udzielenia pomocy publicznej dla energetyki jądrowej. I wtedy rozległo się głośne i przejmujące nein. Materiał Reutersa wywołał w Niemczech (i tylko w Niemczech, jak zauważył reporter Deutsche Welle) konsternację, gniew i zgorszenie. Zewsząd posypały się protesty i nawet kanclerz Angela Merkel nie omieszkała zaznaczyć, że pomysł jej się nie podoba. Odpowiedź Komisji była zaskakująca. Niczym uczniak przyłapany z zakazanym pisemkiem w tornistrze tłumaczyła, że cytowany przez agencję dokument to tylko jakieś notatki, nie wiadomo, kto je spisał, a w ogóle to tylko dlatego o tym rozmawiano, że któryś z krajów członkowskich o to poprosił i Komisja nie miała innego wyjścia, jak tylko z największym obrzydzeniem, rozpatrzyć wniosek.

Kilka dni po całej awanturze Komisja doszła do wniosku, że zachowała się cokolwiek lękliwie i postanowiła kopnąć Niemców w kostkę. 24 lipca poinformowała, że rozpoczyna śledztwo mające wyjaśnić, czy niemieckie wsparcie dla odnawialnych źródeł energii (OZE) nie stanowi niedozwolonej pomocy publicznej. Sprawa toczyła się zresztą od jakiegoś czasu, ale była prowadzona w białych rękawiczkach. 6 maja 2013 r. w hotelu Stanhope w Brukseli odbyła się kolacja dla starannie dobranej grupki osób. Gospodarze wieczoru – Guenther Oettinger, komisarz ds. energii, oraz Joaquin Almunia – oświadczyli, że ich zdaniem zwolnienie z opłat na rozwój OZE, z którego korzysta niemiecki przemysł, jest nielegalne. Według „Spiegla”, który poinformował o przebiegu kolacji, komisarze zagrozili, że jeżeli ulgi nie zostaną zlikwidowane, uprzywilejowane firmy będą musiały zwrócić niedozwoloną pomoc. A może to być pokaźna suma, nawet 9 mld euro.

Niewątpliwie dla Brukseli sprawa jest dość krępująca. W końcu chodzi o Niemcy, najpotężniejsze państwo Wspólnoty, a zarazem prymusa zielonej rewolucji energetycznej. Kraj, który nie będąc ani specjalnie wietrzny, ani tym bardziej słoneczny, postanowił za pomocą wiatraków i ogniw fotowoltaicznych zaopatrzyć w prąd wysoko uprzemysłowioną gospodarkę, która wytwarza jedną piątą PKB całej Unii. W dodatku to sama Komisja Europejska wskazała OZE jako jedno z głównych narzędzi w walce z zmianami klimatu.

Jednak fakt, że Niemcy stosują środki zalecane przez Brukselę (rozwój OZE), wcale nie musi oznaczać, że robią to, aby zmniejszyć emisje dwutlenku węgla. Problem z wiatrakami i ogniwami fotowoltaicznymi polega na tym, że czasem pracują, a czasem nie. Trzeba więc mieć moce rezerwowe. Idealne do tego celu są elektrownie gazowe, które łatwo włączyć lub wyłączyć w razie potrzeby. Jednak gaz jest drogi, a przecież i tak dopłaty dla właścicieli farm wiatrowych i ogniw słonecznych pochłaniają krocie. Lepiej więc skorzystać z tańszej opcji – węgla.

Zielone, prawie czarne

Zużycie węgla do produkcji prądu w Niemczech rośnie. Jak podaje „Forbes”, w pierwszej połowie roku udział elektrowni węglowych w miksie elektrycznym był o 3 pkt proc. wyższy niż rok wcześniej i odpowiadał za 52 proc. ogólnej produkcji. Ten trend utrzymuje się od 2009 r., po tym, jak wykorzystanie węgla (chwilowo) spadło między 2007 a 2009 r. W przypadku węgla brunatnego (który uchodzi za „brudniejszy”, jeśli chodzi o emisję dwutlenku węgla) liczba wyprodukowanych megawatów jest praktycznie na tym samym poziomie co w 1990 r. (roku odniesienia dla celów redukcji emisji przyjętym w Protokole z Kyoto). W konsekwencji emisyjność niemieckiej gospodarki rośnie pomimo gwałtownego rozwoju OZE. O co w tym wszystkim chodzi? Odpowiedź jest na wykresie poniżej.

(infografika D. Gąszczyk/CC by eutrophication&hypoxia)

Zmiana w miksie elektrycznym Niemiec dotyczy w zasadzie tylko dwóch źródeł wytwarzania – OZE i energetyki jądrowej. Zadaniem wiatraków i ogniw fotowoltaicznych nie jest powstrzymanie globalnego ocieplenia, ale eliminacja elektrowni atomowych. Unijna polityka klimatyczna okazała się świetnym pretekstem (i narzędziem) do załatwienia wewnętrznych, niemieckich porachunków. Niemcy bowiem szczerze i powszechnie nie cierpią energii jądrowej. Zbadanie źródeł tego resentymentu to dobry temat na tuzin prac magisterskich i kilka rozpraw doktorskich. Poniżej kilka punktów zaczepienia dla zainteresowanych podjęciem tematu.

20 lutego 1975 r. zachodnioniemiecka policja brutalnie rozpędziła mieszkańców niewielkiej miejscowości Wyhl w Badenii-Wirtembergii, którzy blokowali dojazd do placu budowy planowanej w tym miejscu elektrowni jądrowej. Protestujący nie byli przeciwni energetyce jądrowej jako takiej, po prostu nie chcieli jej u siebie. Mało kto się nimi przejmował do czasu, aż w dziennikach telewizyjnych pokazano umundurowanych dryblasów wlokących po ziemi chłopów, wiejskie baby i księży. W sukurs mieszkańcom pospieszyli studenci z pobliskiego uniwersytetu we Freiburgu.

Wkrótce na miejscu planowanej budowy zgromadziło się kilkadziesiąt tysięcy ludzi, a Wyhl stało się sławne w całym kraju.Początkowo zresztą mówiło się o nim w kontekście zachowania policji, a nie energetyki jądrowej. Jednak miesiąc później sąd cofnął pozwolenie na budowę elektrowni. W sercach mieszkańców wsi i miasteczek, w których planowano kolejne obiekty jądrowe, rozpaliła się iskierka nadziei. W Kalkar, Brokdorf i Groleben doszło do kolejnych protestów, tym razem od początku organizowanych w porozumieniu z lewicującymi aktywistami, którzy kilka lat później utworzyli Partię Zielonych.

Niemiecki, czyli antyatomowy

Współpraca konserwatywnej, drobnomieszczańskiej prowincji z radykałami z uniwersytetów uczyniła ze sprzeciwu wobec energetyki jądrowej sprawę ogólnonarodową. Jak to się jednak stało, że dwie tak różne grupy potrafiły się porozumieć? Odpowiedź tkwi we wspólnej świadomości.

W drugiej połowie XIX w. w świeżo zjednoczonych Niemczech rozpowszechniły się idee voelkistowskie – mieszanka różnych fascynacji rasą, folklorem, ludowością uzupełniona hasłami powrotu do natury i odrzucenia materialistycznej, naukowej wizji świata. Jednym z nurtów voelkizmu był ruch na rzecz reformy życia (Lebensreform). Jego pionierem był malarz Karl Wilhelm Diefenbach, propagator nudyzmu, wegetarianizmu i pacyfizmu, który w 1897 r. założył komunę Himmelhof pod Wiedniem. Komuna po dwóch latach zbankrutowała, ale stała się wzorem dla kolejnych.

W 1900 r. uczeń Diefenbacha Gusto Graeser razem z synem bogatego belgijskiego przedsiębiorcy założyli w Szwajcarii kolonię Monte Verita, matkę wszystkich komun. Wśród jej mieszkańców był anarchista Raphael Friedeberg – osobisty lekarz Kautsky’ego i zwolennik terapii słońcem, Rudolf Laban – węgierski arystokrata, twórca tańca nowoczesnego oraz Theodor Reuss – okultysta i propagator ruchu wyzwolenia kobiet. Jak przystało na wzorcową komunę, w Monte Verita nie uznawano własności prywatnej, nie jedzono mięsa i w miarę możliwości chadzano nago, poddając się zalecanej przez Friedeberga helioterapii.

Pociąg do publicznego obnażania się nie był domeną wyłącznie anarchistów. Voelkizm dostarczał nudystom ideologicznej podbudowy także w duchu narodowo-germańskim. Richard Ungewitter twierdził, że nagość oznacza odrzucenie kapitalizmu i socjalizmu, które skaziły tożsamość rasy aryjskiej. Przynosi także efekty zdrowotne, ponieważ słońce wzmacnia Germanina. Konsekwentnie w wydanej w 1919 r. książce „Der Zusammenbruch: Deutschlands Wiedergeburt durch Blut und Eisen” domagał się wprowadzenia przymusowej nagości jako warunku odrodzenia Niemiec po I Wojnie Światowej. Podobne poglądy głosił HansSuren w książce „Człowiek i słońce”, choć tutaj akcent został przesunięty z ogólnonarodowej krzepy na hodowlę elitarnej grupy nordyckich wojowników – czcicieli słońca.

Wiara w cudowną moc słońca i natury łączyła Niemców reprezentujących skrajnie różne ideologie polityczne. Co ważne, docierała także do mas. Książka Ungewittera „Nacktheitund Kultur” sprzedała się w 100 tys. egzemplarzy, „Człowiek i słońce” Surena miał do końca II Wojny Światowej 68 wydań o łącznym nakładzie prawie 240 tys. sztuk. Nawet jeżeli lektura tych dzieł nie spowodowała, że Niemcy zaczęli chodzić tak jak ich Pan Bóg stworzył, to przecież nie pozostawała bez śladu i kształtowała świadomość społeczeństwa.

Część historyków tłumaczy, że niemiecki nudyzm (a także voelkizm ze swoim powrotem do korzeni i uwielbieniem natury) był mechanizmem obronnym (kompensacją) uruchomionym w reakcji na lęki i frustracje wywołane przez gwałtowną modernizację. Za decyzją o zastąpieniu energii jądrowej słońcem i wiatrem można dostrzec podobny mechanizm. Zjednoczenie kraju, ekspansja globalnego kapitalizmu, pojawienie się nowych technologii – wyzwania są podobne jak 100 lat wcześniej.

Zrzutka na ulgi

Rzecz jasna naturyzm i zmiana miksu energetycznego to działania o zupełnie różnych konsekwencjach ekonomicznych. Promocja nudyzmu mogła być nie w smak producentom kąpielówek. Decyzja o likwidacji elektrowni atomowych wywołała znacznie szerszy opór biznesu, obawiającego się wzrostu kosztów energii i pogorszenia konkurencyjności. Znaleziono jednak proste rozwiązanie. Wielki przemysł został zwolniony z dopłat do OZE, ale sumy zaoszczędzone przez właścicieli fabryk mieli dołożyć pozostali.

Dla przeciętnego gospodarstwa domowego (zużycie 3500 kWh rocznie) oznacza to dodatkowy wydatek w wysokości 3 euro miesięcznie. Śmieszna kwota, gorzej że cały czas rośnie, w miarę jak rosną subsydia dla OZE. W ciągu 10 lat dopłata do rachunku, z której finansowana jest energetyka odnawialna, wzrosła o niecałe 1300 proc. W tym roku jej kwota stanowi już około 20 proc. kosztów zakupu energii elektrycznej. W przypadku typowej rodziny jest to nieco ponad 15 euro miesięcznie bez VAT, ale przynajmniej każdy Niemiec może podpisać się pod słowami swojej kanclerz, która w maju 2012 r. oznajmiła:

– Pokażemy tym, którzy chcą się wycofać z energii jądrowej lub nie chcą jej używać, jak osiągnąć wzrost, zatrudnienie i prosperity, rozwijając odnawialne źródła energii. Nareszcie bez atomu.

Słowa te padły przy okazji decyzji o wyłączeniu wszystkich elektrowni jądrowych do 2022 r. Zabawne, że pół roku wcześniej Angela Merkel przeforsowała ustawę opóźniającą o kilkanaście lat ten termin, wyznaczony jeszcze za rządów Gerharda Schroedera. Być może pani kanclerz nie wykazała się w tej sprawie konsekwencją, dowiodła za to doskonałego wyczucia politycznego. To właśnie to wyczucie każe jej teraz sprzeciwiać się unijnym regulacjom dotyczącym wsparcia dla energetyki jądrowej. Jej wyborcy są przekonani, że elektrownie jądrowe są złe nie tylko dla Niemiec, ale dla całego świata, że blokując rozwój energetyki atomowej w innych krajach, wyświadczają przysługę ich mieszkańcom. A przecież wyborcy mają zawsze rację, zwłaszcza gdy są gotowi płacić za swoje poglądy 15 euro miesięcznie plus VAT.

OF


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test