Niemieckie kasy chorych mają za dużo pieniędzy

06.12.2012
W świecie dzieją się rzeczy burzące porządek sztampowego myślenia. Niemcy mają na przykład problem niesłychany – co zrobić z nadwyżkami środków zgromadzonych w państwowym systemie ochrony zdrowia? Chodzi o niebagatelną kwotę prawie 22 mld euro. Niektóre kasy podjęły decyzje o zwrocie ubezpieczonym „nadpłaconych składek”.

(graf. D.Gąszczyk/ CC by Fotos GovBa)


Już od wiosny tego roku w mediach niemieckich natknąć się można było najpierw na wzmianki, a potem już na szersze analizy dotyczące narastającego nadmiaru środków w państwowym systemie obowiązkowych ubezpieczeń zdrowotnych (gesetzliche Krankenversicherung – GKV). Skupia on obecnie 144 kasy chorych, zorganizowane w układzie terytorialnym, branżowo-sektorowym i pracowniczym.

Według danych Federalnego Urzędu Statystycznego (Statistische Bundesamt), Federalnego Urzędu ds. Ubezpieczeń (Bundesversicherungsamt) oraz Ministerstwa Zdrowia, nadwyżka operacyjna systemu GKV wyniosła na koniec czerwca 2012 r. prawie 2,7 mld euro. Wraz ze skumulowanymi nadwyżkami z lat poprzednich całkowite rezerwy finansowe sięgają od 21,8 do 22,5 mld euro. W ujęciu rok do roku wpływy kas chorych wzrosły o 3,1 mld euro i po upływie 12 miesięcy przekroczyły 94,8 mld euro.

Wzrost ten okazał się całkiem nieużyteczny, bowiem wydatki kas chorych spadły jednocześnie o 2,8 mld euro. W efekcie, po pierwszej połowie br. kasy dysponowały poduszką finansową w łącznej wysokości 12,8 mld euro.

Kasy chorych to nie kasy oszczędnościowe

Rozbieżność między wartościami odnoszącymi się do wysokości rezerw (całkowite wynoszące ok. 22 mld euro i 12,8 mld euro tzw. poduszki finansowej utrzymywanej przez kasy) wynika przede wszystkim z jednego przepisu. Ogranicza on wielkość „nadmiarowych” środków w dyspozycji kas chorych do kwoty stanowiącej równowartość wydatków do poniesienia w ciągu 1,5 miesiąca. Minister Zdrowia Daniel Bahr, z FDP, ujął sens tej zasady dosadnie: „kasy chorych to nie kasy oszczędnościowe”.

W pierwszym odruchu rasowego polityka wsłuchującego się w głos wyborców Bahr wezwał więc kasy do zwrócenia nadwyżek członkom, bo to przecież ubezpieczeni płatnicy składek powinni być beneficjentami rosnącej sprawności służby zdrowia. W debacie parlamentarnej nad budżetem federalnym, w której ceniona jest najbardziej odpowiedzialność za państwowe pieniądze, nie powtórzył już tego wezwania. Przytomnie jednak replikował, że lepiej debatować nad podziałem nadwyżek niż nad zarządzaniem deficytem.

Niemiecka praktyka finansowa to najwidoczniej jakiś zboczony ewenement. Gdzie indziej w Europie, a i w świecie także, ponadwymiarowe pieniądze zostałyby wydatkowane po cichu, bez medialnego rozgłosu i czym prędzej. Dopiero w razie potrzeby pojawiłoby się uzasadnienie, że wszystko co było w przejściowym nadmiarze poszło (jakoby) na poprawę jakości i standardów leczenia oraz na wzmożenie działań profilaktycznych. W Niemczech też o czymś takim przebąkiwano, ale raczej bez większego przekonania.

Po pierwsze, brak tam solennej wiary, że błogostan finansowy w kasach chorych potrwa wystarczająco długo. Po drugie, w dobrze działającym systemie biurokratycznym ustalenie nowych stawek rozliczeń, odzwierciedlających wyższe standardy leczenia i opieki zdrowotnej za większe pieniądze, zajmuje raczej lata niż kwartały.

Zwrot nadpłaty, ale najpierw do dentysty

Problem musiał zostać zatem rozwiązany w inny sposób niż podniesienie wydatków. Sprawa zaczynała stawać się paląca, ponieważ Federalny Urząd Ubezpieczeń ocenił niedawno, że nadwyżki szybko nie zmaleją i w 2013 r. znowu wyniosą jakieś 20 mld euro. Do dzieła zabrali się zatem zarówno politycy, jak i menedżerowie systemu ubezpieczeń. Niektóre kasy chorych, zwłaszcza te największe, wzięły sprawy dość żwawo w swoje ręce.

Druga pod względem liczby ubezpieczonych (prawie 8 mln) jest Techniker Krankenkasse (TK). Nadwyżka wpłat składek i dotacji państwowych ponad potrzeby wynosi w tej kasie 122 euro na osobę. Rada zarządzająca TK ogłosiła zatem, że każdemu ze swoich klientów zwróci po 60 euro rocznie, pod warunkiem złożenia w tym roku wizyty u dentysty, poddania się badaniom okresowym lub przedstawienia odznaki sportowej. Zamysł jest oczywisty – wzbudzić u swoich członków dobre uczucia pod własnym adresem, a jednocześnie wyegzekwować zachowania mające policzalny wpływ na stan zdrowia ubezpieczonych, a w konsekwencji także na wydatki kasy. Ponadto, uchwalono w TK premię przyspieszającą przepływy gotówkowe – każdy ubezpieczony może otrzymać w przyszłym roku 80 euro z powrotem, jeśli odprowadzi składki w określonym terminie. Podobne decyzje ogłosiły inne kasy.

Działania „ratunkowo-naprawcze” podjęte zostały także na najwyższych szczeblach państwowych. W listopadzie wszyscy z 548 posłów do Bundestagu, obecnych wtedy na sali, głosowało za zniesieniem od stycznia 2013 r. tzw. Praxisgebühr. Jest to opłata w wysokości 10 euro kwartalnie, jaką każdy pacjent musi uiścić w gotówce swojemu lekarzowi domowemu (pierwszego kontaktu) w czasie pierwszej wizyty w danym kwartale. Opłata została wprowadzona w 2004 r. w celu ograniczenia bardziej „towarzyskich”, niż uzasadnionych stanem zdrowia lub dolegliwościami, wizyt w gabinetach.

Założenia te w dużej części pozostały podobno na papierze. Z całą natomiast pewnością wiadomo, że na opłaty psioczyli lekarze obarczeni pobieraniem i rozliczaniem się z pieniędzy. Praxisgebühr przynosił rocznie 2 mld euro. Wyeliminowanie tej opłaty ku zadowoleniu wszystkich Niemców przyniosło zatem punkty polityczne, a w doraźnej perspektywie zmniejszy nieco nadwyżki.

Nie trzeba wielkiej przenikliwości, żeby domyślić się, że nie wszyscy są jednakowo zmartwieni opływaniem przez kasy chorych w dostatki. Szefowa Stowarzyszenia Państwowych Kas Chorych (GKV-Spitzenverband) Doris Pfeiffer podkreśla, że za parę lat problem zniknie wraz z nieuchronnym wzrostem kosztów. Z dużym niezadowoleniem skomentowała w związku z tym przyszłoroczny budżet federalny, w którym dopłaty państwowe do kas chorych GKV zostały obcięte o 6,5 mld euro. Razem z likwidacją Praxisgebühr daje to w sumie 8,5 mld euro. O tyle mniejsze będzie obciążenie podatników i o tyle mniej będzie w 2013 r. nadwyżek w rocznych bilansach kas chorych.

Z dystansem do prywatnych ubezpieczeń

Do 2003 r. system kas chorych GKV był samowystarczalny i finansował się wyłącznie ze składek ściąganych od pracujących. Pierwsze wsparcie budżetowe, w symbolicznej wysokości 1 mld euro, pojawiło się w 2004 r. Rekord ostatnich lat padł w 2010 r. (15,7 mld euro), zaś w budżecie federalnym na 2013 r. zapisano na dopłatę 11,5 mld euro.

Wszystkich ubezpieczonych w powszechnym, obowiązkowym systemie GKV jest w Niemczech prawie 70 mln. W tej liczbie jest blisko 18 mln nie odprowadzających składek członków rodzin (głównie dzieci i młodzież). System jest powszechny także w tym sensie, że według najnowszych danych oficjalnych jedynie 137 tys. obywateli (0,2 proc.) nie jest obecnie objętych ubezpieczeniami zdrowotnymi. W grupie pracowników i samozatrudnionych odsetek ten wzrasta do równie symbolicznych 0,8 proc.

Jedynie 9 milionów na 82 miliony wszystkich Niemców korzysta z prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych. Tu wyjaśnienie: osoby o bardzo wysokich dochodach – w 2012 r. powyżej 50 850 euro brutto rocznie – są zwolnione z obowiązku płacenia składek oraz przynależności do kas GKV. Mogą wybrać między prywatnymi kasami chorych w systemie Private Krankenversicherung (PKV) a GKV.

Od początku 2011 r. udział składek na ubezpieczenie zdrowotne został ustalony na 15,5 proc. kosztu pracy (wcześniej – 14,9 proc.) – pracownik płaci 8,2 proc. a pracodawca resztę, czyli 7,3 proc. Przeciętna płaca brutto w przemyśle i usługach wynosiła w 2011 r. 3311 euro miesięcznie, tj. bez mała 40 tys. euro rocznie. Gdyby składki na kasę chorych odprowadzać od takiego właśnie wynagrodzenia, to roczna wyniosłaby 3150 – 3260 euro, a więc jednomiesięczny zarobek. Przy zarobkach 1500 euro miesięcznie roczna składka na kasę chorych przypadająca na pracownika wynosi 1376-1476 euro.

Wysokość składek zależy wprawdzie od kasy i landu, ale faktyczne różnice są bardzo małe. Wyboru Niemcy dokonują zatem przede wszystkim na podstawie oferty, która obejmuje podtrzymywanie zdrowia, leczenie ambulatoryjne, szpitalne, uzdrowiskowe oraz opiekę w wieku bardzo zaawansowanym.

Wiele świadczy o tym, że sami Niemcy są zaskoczeni znakomitą kondycją finansową powszechnej opieki zdrowotnej. Wskazuje na to przede wszystkim brak pogłębionych analiz przyczyn powstawania nadwyżek. Dotychczasowa dyskusja sprowadza się do podkreślania dobrej sytuacji gospodarczej, co prowadzi do wyższych wynagrodzeń i emerytur, a poprzez system odpisów składek od zarobków do większych dochodów w kasach chorych.

Najwyższy priorytet to duże pieniądze

Oczywiście nie brak utyskiwań na różne uchybienia i niedociągnięcia, lecz w Niemczech nikt nie uprawia ostrej krytyki poziomu powszechnych świadczeń medycznych. Znika zatem argument, że nadwyżki mogły być efektem pogarszania oferty, czy źle pomyślanych oszczędności.

Nadmiar pieniędzy w systemie może mieć przyczynę prozaiczną. W przewidywaniu recesji, kryzysu, czy trudności gospodarczych urzędnicy mogli przeszacować rozmiary niezbędnych składek. Gdyby tak było, większość Niemców nie miałaby im za złe tego rodzaju zapobiegliwości. Szukając bowiem racjonalnego wyjaśnienia obfitości w niemieckiej ochronie zdrowia trzeba zwrócić uwagę na duży udział składki w PKB, co świadczy, że społeczeństwo uznało zdrowie za priorytet.

Wg najświeższych danych Eurostatu, pochodzących niestety sprzed 3 lat, tylko w czterech państwach Unii Europejskiej, w tym w Niemczech, wydatki na ochronę zdrowia stanowiły ponad 11 proc. PKB. W Polsce udział ten wynosił 6,88 proc. Ogólna orientacja pozwala przypuszczać, że różnica między wskaźnikiem niemieckim, a polskim nie uległa od 2010 r. zauważalnemu zmniejszeniu.

Jeśli uwzględniać w porównaniach równomierność rozłożenia dochodów i zasobów, Niemcy są prawdopodobnie najbogatszym państwem świata. Porównywanie ich możliwości z możliwościami ledwo co wyrwanej z biedy Polski nie ma więc najmniejszego sensu. Trzeba jednak zauważyć, że taki a nie inny podział narodowego bogactwa to wynik bardzo wielu kompromisów.

Niemcy postawili na zdrowie i wydają na ten cel proporcjonalnie dużo. W dodatku wydają te pieniądze rozumnie. Tacy Amerykanie, przeznaczają na ochronę zdrowia aż 17-18 proc. PKB, ale są skandalicznie rozrzutni i w efekcie nieskuteczni. Zwłaszcza na najniższym poziomie, o czym świadczy kilkadziesiąt milionów Amerykanów, którzy do reformy Baracka Obamy pozostawali poza podstawową opieką zdrowotną.

W Polsce, jeśli chcemy mieć w ochronie zdrowia lepiej, to musimy wyraźnie to sobie powiedzieć. Drugi warunek jest bardziej przykry – trzeba znaleźć na ten cel więcej pieniędzy. Likwidacja „cieknących kranów” i bardzo licznych nieefektywności może jedynie poprawić samopoczucie. To dla zdrowia (społecznego i obywatelskiego) bardzo ważne, lecz odczuwalnej poprawy w funkcjonowaniu opieki lekarskiej nie przyniesie. Jeśli pozostawić na boku długofalowe efekty wzrostu gospodarczego, wówczas droga „na skróty” prowadzi przez zasadnicze przesunięcia w budżecie. Na to potrzeba przyzwolenia wyborców i zgody ponad politycznymi podziałami.

Roczne wydatki budżetu centralnego i budżetów samorządowych na zdrowie wynosiły 67,8 mld zł w 2011 r. Rozsądek podpowiada, że powiększenie ich o np. 50 proc., poprzez zmianę struktury budżetów, jest w krótkim czasie niemożliwe. Całkiem realne jest natomiast pokrycie w ten sposób wzrostu wydatków na zdrowie o 10 a nawet 20 proc. – trzeba tylko chcieć rządzić w konkretnym celu i umieć bronić swych decyzji, a z tym w Polsce największy kłopot.

OF


Tagi


  • Kowal pisze:

    11 proc. PKB vs 6,88 proc. PKB po uwzględnieniu różnicy w strukturze demograficznej krajów nie musi być aż tak dużą różnicą. Oczywiście realnie są to dużo większe nakłady, ale to już kwestia rozwoju poszczególnych krajów. Myślę więc, że wpierw potrzebna jest jakaś sensowna reforma służby zdrowia, a dopiero potem ewentualnie można zastanowić się czy chcemy dosypać więcej pieniędzy do systemu, a jeśli tak, to kosztem czego.

  • stefanos pisze:

    Skoro mają nadwyżki powinni obniżyć składkę zdrowotną i zostawić pieniądze ludziom. To jedyne sprawiedliwe wyjście.
    Autor artykułu na koniec, jak każdy socjalista, widzi jedno rozwiązanie dla Polski – podnieść jeszcze bardziej składkę zdrowotną. Może 50% wynagrodzenia oddawajmy na NFZ? Nawet to przyniosłoby poprawę tylko na pewien okres czasu.

  • wiadomo pisze:

    co zrobić ? zrefundować kolejne leki :)

  • Oberschlesien pisze:

    Slaska kasa chorych tez przynosila zyski, dlatego zostala zlikwidowana przez zazdrosnych z Warszawy.

    Cholerny Ruch Autonomii Slaska, co on sobie mysli, zyski przynosic?!

  • Paluch pisze:

    Jedno zdanie dało mi do myślenia „Niemiecka praktyka finansowa to najwidoczniej jakiś zboczony ewenement. Gdzie indziej w Europie, a i w świecie także, ponadwymiarowe pieniądze zostałyby wydatkowane po cichu, bez medialnego rozgłosu i czym prędzej.” Trafne spostrzeżenie, czy nasz rząd kiedyś ogłosił nadwyżkę?

  • k.Ned pisze:

    Trystero bardzo dobry post opublikował na ten temat pokazując jak wielki potencjał jest do zagospodarowania w służbie zdrowia:

    http://blogi.bossa.pl/2012/12/05/w-sektorze-ochrony-zdrowia-sa-olbrzymie-%E2%80%9Erezerwy-efektywnosci/

  • Tomasz Urbaś pisze:

    Eee te nadpłaty to fikcja.
    W 2012 r. wyniosły 2,7 mld euro. Zakumulowane z lat poprzednich 22,5 mld euro.

    Tymczasem wzmiankowane w artykule dopłaty z budżetu:
    1 mld euro 2004 r
    15,7 mld euro 2010
    ok. 18 mld euro 2012
    11,5 mld euro 2013

    Od przekładania z kieszeni do kieszeni nic się nie zmieni :-)

Dodaj komentarz


jeden × 3 =

Popularne artykuły

Related Posts


Artykuły powiązane