Obrona mundurowych

24.05.2011
Dyskurs o emeryturach mundurowych wraca przed każdymi wyborami. Przyglądając mu się nasuwa się wniosek, że naprawdę nie ma uzasadnienia dla tworzenia jednego systemu emerytalnego dla wszystkich Polaków. Istnieje zbyt wiele wyjątków od sytuacji typowych, żeby jeden system mógł być w pełni sprawny i przewidywalny. Nie ma też barier uniemożliwiających zarządzanie paroma systemami.

Koszty służby są mniej przewidywalne niż w innym zawodzie. Żołnierz rezygnuje z części wolności osobistych i swobody decyzji. (CC By-NC-ND Defence Images)


Wbrew pozorom, nie są zbyt liczne w dotychczasowej debacie racje przemawiające za wrzuceniem wojska, policji i straży pożarnej do wspólnego kotła, w którym miesza ZUS. Te zaś, które pojawiają się nie odznaczają się walorem badawczo- poznawczym. Analiza prezentacji biura Rady Gospodarczej i innych dokumentów towarzyszących propozycjom zmian w uposażeniu emerytalnym służb mundurowych, upoważnia do stwierdzenia, że istnieje wyłącznie jeden niepoddający się próbom odparcia argument za modyfikacjami – zmniejszenie wydatków budżetu. I tego należałoby się trzymać, unikając jednocześnie uzasadnień, które nie wytrzymują nawet wstępnej krytyki. Powstrzymywać warto się także od żonglowania liczbami, zwłaszcza jeśli nie osiągnęło się w tej sztuce mistrzostwa.

W przywołanym materiale biura Rady Gospodarczej znajduje się konkluzja, że samo tylko podniesienie minimalnego stażu pracy w służbach mundurowych do 35 lat pozwoliłoby do 2050 roku oszczędzić na wydatkach na emerytury 300 mld zł. W ostatnim roku prognozy oszczędności z tego tytułu miałyby sięgać 36 mld zł. W 2010 roku – tak jak w latach poprzednich – emerytury mundurowe były finansowane wyłącznie z budżetu państwa. Wydatki na ten cel wyniosły 12,7 mld zł i stanowiły 0,9 proc. PKB. Załóżmy, że średnioroczne tempo wzrostu PKB wyniesie do 2050 roku 2,7 proc. W 2050 roku wartość PKB osiągnęłaby 4000 mld zł. Załóżmy także, że system emerytalny dla mundurowych nie zostanie jednak zmieniony i bez zmian (w wysokości 0,9 proc.) pozostanie udział jego kosztów w PKB. Otóż 0,9 proc. z 4000 mld zł to dokładnie 36 mld zł, czyli w rzeczywistej gospodarce nie następuje wzrost relatywnych obciążeń. Co ciekawsze, w powyższym wariancie mundurowy system emerytalny utrzymałby się za same tylko „oszczędności”, pozostawiając rządzącym wiele miliardów zebranych w budżecie na finansowanie emerytur mundurowych do wydania na inne cele. Inna sprawa, że zupełnie nie wiadomo, czy obliczenia firmowane przez Radę dokonane zostały w cenach stałych, czy bieżących.

Rzecz jasna wydłużenie stażu uprawniającego do przejścia na emeryturę przyniosłoby oszczędności. Problem polega jedynie na tym, czy emerytury mundurowe to najistotniejsze, najzasobniejsze i warte uporczywych zmagań źródło oszczędności lub pole racjonalizacji działania polskiego państwa? Za odpowiedź niech posłuży zapewnienie, że pytanie miało charakter retoryczny.

Praca w agendach i instytucjach państwa różni się od każdego innego sposobu zarobkowania. Obowiązki są liczne, wymagania wysokie, z drugiej zaś strony – uposażenia są pewne, ale bez szaleństw. Gorzej jest gdy państwu się służy, a nie dla niego pracuje. Różnica między pracą a służbą jest kardynalna. Górnik w państwowej kopalni, kierowca w ministerstwie, nauczyciel w szkole publicznej, urzędnik w starostwie podejmuje pracę i w każdej chwili może z niej zrezygnować, może nie wykonać polecenia, sprzeciwić się przełożonemu. Relacje między pracobiorcą a pracodawcą regulowane są przez kodeks pracy i powiązane z im przepisy. Ich złamanie grozi w najgorszym razie uszczerbkiem materialnym. Znacznie poważniejsze konsekwencje grożą niesubordynowanym z chwilą przywdziania munduru. Żołnierz, policjant, strażak rezygnują z części wolności osobistych i swobody decyzji. Konflikt z przełożonymi grozi złamaniem kariery. Jeśli ponieśli śmierć lub stracili zdrowie w czasie pracy, to w przypadku górnika i kierowcy jest to konsekwencja uświadomionego ryzyka i wolnego wyboru. W przypadku śmierci człowieka w mundurze element ryzyka może być taki sam jak u pracownika (choć najczęściej jest większy), lecz zamiast dobrowolności może pojawić się obowiązek i konieczność wykonania rozkazu.

W dosadnym ujęciu w koszty służby wliczona jest m.in. śmierć „na gwizdek”. Ale i poza tym koszty służby są nie byle jakie. Składa się na nie poddanie się dyscyplinie i regulaminom, brak możliwości natychmiastowego odejścia, ewentualność zmiany miejsca służby w nagłym trybie i opuszczenia rodziny, albo konieczność jej przeniesienia z miasta do leśnej głuszy itp.

Właściwie w żadnym państwie nie ma nigdy warunków do racjonalnego wynagradzania osób na służbie. Bierze się to z odwiecznego dążenia do minimalizowania kosztów stałych, aby więcej było na koszty zmienne, zwane pospolicie kiełbasą wyborczą. Politycy korzystają też z zalet rozkładu statystycznego, który zawsze dostarcza sporą pulę mężczyzn, którym – mniejsza o warunki – uśmiecha się towarzystwo „prawdziwych” mężczyzn z karabinem, pałką lub wężem strażackim.

W targach o warunki służby padają zazwyczaj dwa sakramentalne argumenty. Podnosząc pierwszy z nich werbownik płynnie przemyka nad dość kiepskimi pensjami i błyskawicznie dochodzi do dynamicznej ekspozycji walorów pracy na świeżym powietrzu. W drugiej odsłonie nacisk kładziony jest na uroki życia, jakich doświadcza relatywnie młody i stosunkowo zasobny emeryt mundurowy.

Wcześniejsza emerytura jest dla mundurowych ekwiwalentem zbyt niskich uposażeń w okresie służby. Szczegółowe badania potwierdziłyby zapewne prawidłowość, że im słabsza gospodarka i szczuplejszy budżet, tym bardziej szczodre przywileje emerytalne i jakiekolwiek inne pozapłacowe zachęty dla osób na służbie i generalnie na garnuszku państwa. Działa tu prymitywny mechanizm oddalania zobowiązań aż do momentu, w którym ich wypełnienie stanie się zadaniem zupełnie innej już ekipy.

Pozostaje jeszcze kategoria osób na służbie pełniących jednocześnie misję. W Polsce zaliczają się do nich sędziowie i prokuratorzy. Państwo oszczędza na zarobkach także tych grup zawodowych. W obu przypadkach społeczeństwo skorzystałoby na wyraźnym podniesieniu ich pensji. Korzyści byłoby wiele, ale najistotniejsza to większe szanse na przyciągnięcie do sądów i prokuratur najlepszych, najzdolniejszych, najpracowitszych i najuczciwszych prawników. Główny, de facto płacowy, przywilej prokuratorów i sędziów polega dziś na przejęciu przez państwo obowiązku opłacania ich składek emerytalnych. W 2009 roku, gdy mowa była o jego likwidacji, Gazeta Prawna szacowała, że np. sędzia i prokurator z apelacji straciliby na tej operacji przeciętnie 941 zł miesięcznie. Nie dziwi zatem, że ta propozycja nie zdołała się utrzymać. Sędziowie i prokuratorzy nie cieszą się przywilejem młodszego wieku uprawniającego do przejścia na emeryturę. Oni zresztą nie stają się emerytami, a przechodzą w stan spoczynku, otrzymując z tą chwilą co miesiąc 75 proc. swego ostatniego uposażenia.

Pora na podstawowe wnioski. Pierwszy jest taki, że nie ma racjonalnego uzasadnienia dla tworzenia jednego jedynego systemu emerytalnego dla wszystkich Polaków, natomiast rozsądne jest dążenie do obejmowania systemem ogólnym (w uproszczeniu –ZUS-owskim) jak największej liczby rodaków. W uzasadnieniu tego poglądu wystarczy podkreślić, że istnieje zbyt wiele wyjątków od sytuacji typowych, żeby jeden system emerytalny mógł być w pełni sprawny, czytelny i przewidywalny. Nie ma też współcześnie barier uniemożliwiających znakomite zarządzanie paroma systemami, a także miliardami cząstkowych informacji np. na temat historii zatrudnienia każdego obywatela.

Nie jest sprzeczny z tym wnioskiem postulat ujednolicania zasad zabezpieczenia emerytalnego dla wszystkich pracujących. Nie ma np. racjonalnych powodów dla wyłączenia spod powszechnego systemu górników. Utarło się sądzić, że to zawód najbardziej niebezpieczny, a tymczasem…

W 2010 roku na drodze zginęło 108 kierowców ciężarówek i autobusów, a 951 z nich odniosło rany (bierzemy pod uwagę tylko część zbiorowości ponieważ w statystykach nie ma danych odnoszących się do osób zawodowo kierujących samochodami osobowymi, a ponadto praca kierowców dużych pojazdów jest bardziej wymagająca). W polskim górnictwie zginęło w tym samym roku 24 pracowników, w tym 15 w kopalniach węgla kamiennego. Wskaźnik wypadków śmiertelnych wyniósł w całym górnictwie 0,12 na 1000 zatrudnionych (w 2009 r. – 0,30). Wg dość grubych szacunków, zawód kierowcy może wykonywać w Polsce ok. pół miliona osób. Nawet gdyby przyjąć, że wszyscy jeździli wyłącznie ciężkimi pojazdami, to wskaźnik śmiertelności na 1000 osób wyniósłby w transporcie drogowym 0,20-0,22. W rzeczywistości zawód kierowcy ciężarówek i autobusów uprawia znacznie mniej niż pół miliona Polaków, więc prawdziwy wskaźnik śmiertelności jest wśród zawodowych kierowców nawet kilkakrotnie wyższy niż w górnictwie.

Kolejny powikłany problem to emerytury rolników. W gruncie rzeczy większość świadczeń nabywanych i wypłacanych przez KRUS należałoby zaliczyć do kategorii zasiłków dla osób od dawna niepotrzebnych w rolnictwie, zatrzymywanych na wsi z braku możliwości „zagospodarowania” ich w mieście i bez większych szans na pracę w innych sektorach, bowiem te „inne” nie zagnieździły się na terenach wiejskich. Ponadto, w obecnej sytuacji politycznej nie ma w Polsce pogody sprzyjającej uzgodnieniu wyceny wkładu własnej pracy rolników, a więc nie ma też szans na opodatkowanie rolników na zasadach powszechnych. W tych okolicznościach każde rozwiązanie zmierzające do likwidacji KRUS i przeniesienia beneficjentów tej instytucji do ZUS będzie bardzo ułomną protezą. Warto byłoby zatem zejść na ziemię i rozpatrzyć np. ewentualność przekształcenia KRUS w państwowy fundusz wsparcia socjalnego dla osób bez szans na efektywne wykorzystanie w rolnictwie i bez szans na zatrudnienie poza rolnictwem oraz jednoczesnego radykalnego podniesienia składek na zabezpieczenie społeczne i odrębnego potraktowania osób prowadzących gospodarstwa o określonej (relatywnie dużej) powierzchni, czy intratnej specjalizacji.

Nic lub prawie nic nie stoi na przeszkodzie włączenia sędziów i prokuratorów do powszechnego systemu emerytalnego, chociaż najlepiej byłoby gdyby stało się to wraz z wdrażaniem zmian radykalnie poprawiających działanie polskiego wymiaru sprawiedliwości będącego dziś w stanie krytycznym. Warunek, to stopniowe podwyższanie wynagrodzeń tych dwóch grup zawodowych tak aby ich wysoki status społeczny nie rozmijał się ze zbyt skromnym statusem materialnym. Hojniejsze wynagrodzenia dla tak nielicznej grupy osób (kilkanaście tysięcy osób) nie zachwiałyby przyszłymi budżetami, a państwo i obywatele lekceważeni i obrażani długotrwałością spraw sądowych z radością korzystaliby z reguły „płacę i wymagam”.

I mundurowi, od których się zaczęło. Bezpieczeństwo osobiste jest na szczycie wartości cenionych przez ogół społeczeństwa i każdego chyba indywidualnego obywatela. Nie ma więc raczej możliwości, aby porażkę wyborczą odniosła grupa obiecująca pełne baki w radiowozach policyjnych, nabór najsprawniejszych, przebranych pod względem cech osobowości, dobrze wykształconych kandydatów do służby w mundurach. Nie ma w opinii społecznej sprzeciwu wobec racjonalizacji rozwiązań systemu emerytalnego dla mundurowych, np. w formie wydłużenia do 20-25 lat stażu uprawniającego do odejścia na emeryturę. Jest jednak jasne, że nie ma też warunków, potrzeby, szerokiej aprobaty oraz wystarczającego uzasadnienia dla objęcia mundurowych systemem powszechnym.

W Wielkiej Brytanii od 1 września 2010 roku najniższa pensja policjanta-stażysty w najniższej randze konstabla (posterunkowego) wynosi bez dodatków 23 259 funtów rocznie, czyli 447 funtów tygodniowo. Mediana zarobków brutto wynosi obecnie w Wielkiej Brytanii dla ogółu zatrudnionych 404 funty tygodniowo. Oznacza to, że połowa pracujących Brytyjczyków zarabia 404 funty i mniej, a druga połowa 404 funty i więcej. Zatem policjant z zerowym stażem i doświadczeniem zarabia co najmniej o 11 proc. więcej niż połowa wszystkich Brytyjczyków. Konstable mają siatkę zarobków z 10. szczeblami. Najwyższa płaca na tym stanowisku wynosi bez dodatków 36 519 funtów rocznie, czyli 702 funty tygodniowo, czyli co najmniej o 73 proc. więcej niż zarabia połowa Brytyjczyków.

Polski policjant stażysta zarabia netto 1337 zł. W celu porównania z Wielką Brytanią musimy znaleźć medianę. Dla zarobków netto wynosiła ona w Polsce w październiku 2008 r. 1905 zł. Świeższej wartości nie ma, bowiem stosowanie innych poza przeciętną miar rozkładu statystycznego nie upowszechniło się jeszcze w Polsce ze względu na koszty. Kandydat do pracy w polskiej policji zarabia o 30 proc. mniej niż wynosi mediana, a brytyjski –  o 11 proc. więcej od tamtejszej mediany. To jest właściwa ilustracja różnic w wynagradzaniu polskiej i brytyjskiej policji, bez uwzględniania różnych dodatków, które są zresztą na Wyspach wyższe.

Od Bismarcka i Lloyda George’a emerytury były kartą w grze polityków ze społeczeństwem i w corocznych rozgrywkach budżetowych. Gdy nie starczało na podwyżki dla grup szczególnie uciążliwych i namolnych, a jednocześnie istotnych z punktu widzenia sprawowania władzy, można je było obłaskawić przywilejem emerytalnym, co było wyjściem tym bardziej atrakcyjnym, że data wykupu przywileju wybiegała poza okres politycznej kalkulacji.

Można więc przyjąć, że polskie przywileje emerytalne dla służb mundurowych są zadośćuczynieniem za zbyt niskie zarobki w zestawieniu z trudami, niedogodnościami i znojem niebezpiecznej często służby. Polskie państwo nie jest już tak biedne, aby musiało oszczędzać na grupie liczącej obecnie 387 tys. osób. Dla finansów państwa z pewnością bezpieczniejsza byłaby korekta systemu dla mundurowych polegająca głównie na podniesieniu stażu emerytalnego niż rewolucja, która przyniesie niekończącą się wojnę o wysokość uposażeń.

Im dłużej przychodzi czytać, myśleć i dyskutować o systemach emerytalnych, tym łatwiej przychodzi godzić się z poglądem, że bardzo mało jest w nowożytnej Europie przykładów decyzji gorszych w skutkach niż upowszechnienie po II Wojnie Światowej tzw. solidarnościowego systemu emerytalnego. Powoduje ogromne napięcia budżetowe, za które tak, czy siak płacą podatnicy, rozgrzewa polityczne spory i obywatelskie konflikty i – co najważniejsze – jest nie do naprawienia. W tych okolicznościach coraz większej urody nabiera idea równej dla wszystkich socjalnej (tzn. skromnej w biednych państwach i niewygórowanej w bogatszych) emerytury wypłacanej każdemu po osiągnięciu wieku emerytalnego, bez względu na zarobki, staż pracy, posiadany majątek. Państwo wypłacałoby je nie ze swej dobroci, ale z wyrachowania, w obronie przed roszczeniami ze strony tych, którzy w młodości zapomnieli, że się zestarzeją i nie zostało im nic na jesień życia.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test