Otwarte dane

23.04.2014
Niedawno światowe media obiegła informacja o tym, że z ujawnionych przez rząd w USA danych systemu ubezpieczeń społecznych udało się odkryć, że kilkuset lekarzy w ramach wynagrodzenia za usługi otrzymało po kilka milionów dolarów. Rekordzista - okulista z Florydy - 21 mln dol.

(CC By-NC-ND-World-Bank)


Pierwszy raz udało się znaleźć w takiej skali nieprawidłowości w systemie dzięki wykorzystaniu dodatkowego czynnika – obywatela, który analizuje dane.

Rząd federalny po raz pierwszy ujawnił bazy danych na temat wydatków federalnego programu opieki zdrowotnej dla osób starszych Medicare. Dane powstałego prawie 50 lat temu i finansowanego przez państwo programu dotąd nigdy nie były publikowane. Rok temu ujawnienie tych informacji nakazał sąd federalny.
Jak podała PAP, sprzeciwiały się temu środowiska lekarzy, w tym bardzo wpływowe stowarzyszenie American Medical Association, wskazując na konieczność ochrony prywatności.

Baza danych została opublikowana po raz pierwszy więc amerykańskie media prześcigają się w podawaniu co bardziej jaskrawych przypadków. Aż 334 lekarzy i innych dostawców usług zdrowotnych otrzymało w 2012 r. w ramach płatności z Medicare po ponad 3 mln dol. Jak napisał New York Times zaledwie 2 proc. z wszystkich 880 tys. lekarzy, którzy świadczą usługi zdrowotne w ramach Medicare, dostało prawie jedną czwartą z 77 mld dol. wydanych z tego programu. Najlepiej opłacanymi specjalistami byli okuliści i radioonkolodzy.

Badania nad tym zbiorem danych dopiero się rozpoczęły, ale na pewno pomogą odpowiedzieć na pytanie dlaczego USA wydają na ochronę zdrowia aż 17 proc. PKB, czyli najwięcej na świecie, skoro15 proc. populacji w ogóle nie ma prawa z niej korzystać. Amerykański system zdrowia jest jednym z najmniej efektywnych finansowo na świecie.

Nowe dane to niezwykłe źródło wiedzy dla analityków i badaczy zajmujących się przypadkami nadużyć w usługach medycznych. To także wiedza do wykorzystania przez firmy ubezpieczeniowe w celu porównania kosztów usług świadczonych przez różnych lekarzy, ale też przez samych pacjentów .

Otwarty rząd

Mimo niechęci do ujawniana wspomnianych danych rząd Baracka Obamy generalnie stara się realizować ideę otwartego rządu. Jego była doradczyni ds. otwartości państwa Beth Noveck, uważa, że ilość i jakość danych ze wszystkich dziedzin dostępnych publicznie będzie wzrastać, także tych, które obecnie są objęte klauzulami ograniczającymi dostęp. Działania rządu USA, ale także innych w drodze do open government opisała w książce „Wikigovernment” z 2009 r.

Współpraca katalizuje nowe strategie rozwiązywania problemów , co prowadzi do jeszcze bardziej zacieśnionej współpracy. Sektory publiczny, prywatny i pozarządowy muszą działać zbiorowo, a nie oddzielnie.

W „Wikigovernment”  Noveck opisuje, jak tworzyć mechanizmy zarządzania procesem tworzenia przez duże wspólnoty, opisuje historię przedsięwzięcia Peer-to-Patent. Tradycyjnie Urząd Patentowy badał każdy złożony wniosek patentowy w mniej więcej taki sam sposób od ok. 200 lat: oficjalne opiniowanie wniosku, odpowiednie badanie literatury naukowej, a następnie podejmowanie decyzji, co do przyznania patentu.

Ponieważ liczba wniosków patentowych rosła geometrycznie konieczna była zmiana w systemie.

W 2005 r. zaczęto używać crowdsourcingu do oceny patentów tworząc społeczności naukowców, którym podsyłano wnioski patentowe do oceny. Trzeba było tylko miliona dolarów i dwa lata na zaprojektowanie, budowę i uruchomienie pilotażowego programu integracji sieci naukowców – wolontariuszy do wcześniej zamkniętego i skrytego procesu badań patentowych.

Od kilku lat inna rządowa agencja zajmująca się wywiadem Intelligence Advanced Research Projects Activity (IARPA) udowadnia, że obywatele – ochotnicy zajmujący się badaniami dla rządu są skuteczniejsi niż specjaliści z CIA.

IARPA zainicjowała projekt pod nazwą Good Judgment Project. Poszukiwała naukowców, którzy wykorzystają alternatywne metody przewidywania przyszłości, a konkretnie tego, co może się wydarzyć w świecie polityki. IARPA chciała bowiem przetestować znaną od stu lat teorię „fenomenu mądrości tłumu” – foresight. Jeśli uśrednimy opinie sporej grupy osób na jakiś temat, to opinia będzie wyjątkowo trafna. Kilka tysięcy ochotników analizuje więc różne informacje i stara się na ich podstawie przewidzieć istotne wydarzenia.

Działa to na zasadzie „obstawienia zakładu” – obywatel wypełniania ankiety. Za prawidłowe odpowiedzi agencja IARPA płaci. Zarejestrować w projekcie może się każdy spełniający kryteria: m.in. wyższe wykształcenie, czy odpowiedni wiek.

Good Judgment Project jest eksperymentem, który zrodził się z porażek rządowych agencji. Etatowi, dobrze opłacani analitycy nie byli w stanie przewidzieć ataku na World Trade Center. Być może dlatego, że eksperci rządowi nie mają dostatecznego dystansu do danych, ulegają presji, przekonaniom panującym wśród innych agentów lub polityków.

Najlepsi analitycy amatorzy mają wyniki lepsze od ekspertów CIA o jedną trzecią, co sprawia, że badanie nadal trwa i przynosi rezultaty.

Gospodarka kognitywna

Rozwój nauki, według Claya Shirkyego, autora książki – „Cognitive Surplus”, był wynikiem wspólnych wysiłków, które obejmowały opinie i udział innych osób. Kiedyś jak i dziś nauka rozprzestrzenia się dzięki recenzowanym pismom, ale jest to szybsze niż kiedykolwiek.

Coraz więcej wykształconych osób spędza czas tworząc „kognitywną nadwyżkę” (cognitive surplus) –  zamiast marnować czas na błahych rozrywkach spędzają go na tworzeniu wartości dodanej, rozwiązań służących ogółowi, jak Wikipedia czy system operacyjny Linux. Dzięki nowym technologiom ta pożyteczna działalność może się odbywać także na zasadzie współpracy.

Stworzenie Wikipedii  zajęło 10 lat i ok. miliarda godzin pracy wolontariuszy z całego świata. Dokładnie tyle godzin w pojedynczy weekend Amerykanie przeznaczają tylko na oglądanie reklam. To się zmienia a te zmiany będą postępować coraz szybciej. Osoby prywatne coraz częściej przeznaczają swój czas na pisanie blogów, czy montowanie filmików na Youtube. Rząd dzieli się swoimi danymi wiedzą, obywatele swoimi.

Absurdy polskiego prawa

Czy Polska może skorzystać z tych doświadczeń? Polscy urzędnicy boją się udostępniać dane, zwłaszcza bazy danych.

Przy większej transparentności administracja przeszłaby bowiem ze sfery komfortu do sfery debaty i ataku. Społeczeństwo zobaczyłoby wtedy wszelkie wady, nieścisłości i słabość administracji, którymi nikt nie chce się chwalić publicznie.

Ostatnio „Dziennik Gazeta Prawna” w tekście pod wiele mówiącym tytułem w „Histerycy danych osobowych” ośmieszył ustawę o ochronie danych osobowych. Wiele instytucji publicznych traktuje ją jak wyrocznie i często nadinterpretuje przepisy doprowadzając do coraz większych absurdów.

Mira Suchodolska podaje w DGP taki przykład: chłopak zdawał maturę. W egzaminacyjnym stresie nie zauważył w kwestionariuszu, który dano mu do wypełnienia, że powinien podpisać zgodę na przetwarzanie danych osobowych w dalszym procesie rekrutacyjnym. Nie postawił krzyżyka. Liceum zawiadomiło o tym fakcie szkołę wyższą. Efekt: uczelnia nie rozpatrzyła jego podania. Wszystkie odwołania od decyzji były bezskutecznie.

Kolejnym przykładem absurdu, jaki wiąże się z ustawą o ochronie danych osobowych, a który przytacza gazeta, jest pytanie rodziców przedszkolaków, czy prace dzieci wywieszane w kąciku plastycznym, mogą być podpisywane ich imieniem i nazwiskiem.

Ochrona danych osobowych a rządzenie krajem

Oprócz tego ta sama ustawa uniemożliwia Ministerstwu Pracy i Polityki Społecznej zbierania centralnie informacji o bezrobotnych, którzy się rejestrują w powiatowych urzędach pracy. By dostać szczegółowe dane minister musi prosić samorządowe urzędy – przeszło 330 w całej Polsce. Dane w centrali są tak zanonimizowane, że nie da się przeprowadzić żadnej analizy historycznej o tym, jak często ktoś się rejestrował jako bezrobotny i np. w których urzędach w kraju. Dane takie mogą być przydatne zwłaszcza, że obecnie realizowana jest reforma tych instytucji, ale de facto nie wiemy co się dzieje z bezrobotnymi po tym jak się raz wyrejestrują z urzędu.

Inny przykład to badanie losów absolwentów, które przeforsowało Ministerstwo Nauki  i Szkolnictwa Wyższego. We współpracy z ZUS można jedynie wylosować grupę absolwentów uczelni, a nie przebadać wszystkich. Nie można sprawdzić jakie mają wynagrodzenia, czy są bezrobotni etc.

Połączenie numeru PESEL z informacjami o dochodach absolwenta jest niezgodne z prawem.

Jak dowiedzieć się o tym co realnie robią absolwenci uczelni niż przez informacje o historii ich zatrudnienia, którą zbiera ZUS?

Kolejnym absurdem jest to, że danych ZUS w Polsce nikt nie może korzystać, nawet naukowo. NBP i Kancelaria Premiera to jedyne chyba wyjątki, które i tak całej bazy nie mają, bo opierają się tylko na jednym procencie ubezpieczonych.

NFZ – kopalnia niewykorzystanych informacji

Fundusz dzięki mrówczej sprawozdawczości świadczeniodawców i lekarzy, którzy skarżą się, że przez wypełnianie niezliczonych dokumentów brakuje im czasu dla pacjentów, dysponuje obecnie takim zasobem danych, jakim może poszczycić się niewielu płatników na świecie. Lecz co z tego, skoro nie można ich w pełni wykorzystać, bo dałoby się zidentyfikować poszczególnego pacjenta.

Warto przypomnieć, że e-WUŚ odtrąbiony jako sukces, który umożliwia weryfikację prawa chorego do świadczenia nie był na tyle miarodajny, według rządu, by stworzyć na jego podstawie budżet dla funduszu.

Prezes NFZ musiała odejść ze stanowiska za wykorzystanie danych i żądanie od ministra zdrowia większej dotacji z budżetu na podstawie wiedzy z systemu.

Nie wiemy ilu polskich lekarzy ma kontrakty na kilka milionów złotych, ile osób zapisuje się do tych samych lekarzy w różnych miejscach blokując dostęp do świadczeń. Wreszcie, nie wiemy czy NFZ wydaje pieniądze sensownie, a wiele doniesień prasowych świadczy, że nie.

Publiczne repozytoria wiedzy to bardzo często źródła informacji o niesprawności państwa, mapa złych wydatków publicznych, które najpewniej łatwo dałoby się poprawić, gdyby ktokolwiek informacje te przeanalizował. To także mapa zdrowotna, finansowa i socjologiczna polskiego społeczeństwa.

Udostępnienie danych mogłoby wymiernie wspomóc system opieki medycznej.

Nawet, jeżeli nie można udostępnić danych o kontraktach NFZ w sposób ustrukturyzowany, to informacje te mogłyby trafić do jakieś instytucji publicznej, która by się zajęła ich analizą. W przypadku losów absolwentów może to być rządowy Instytut Badań Edukacyjnych, który zatrudnia ekspertów od badania systemów edukacyjnych, a w przypadku danych o bezrobociu może to być po prostu resort pracy, itd.

Granica prywatności danych osobowych jest obecnie postawiona zbyt wysoko. Interes gospodarczy państwa powinien pozwalać na wykorzystanie danych jednostkowych do optymalizacji wydatków publicznych, czy szacowania skutków regulacji. Nie wierząc w społeczeństwo i media musimy zaufać chociaż administracji.

OF


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test