Państwo opiekuńcze niszczy kariery kobiet

05.06.2016
Szwecja, Dania, Finlandia i Norwegia są w ogonie europejskich krajów pod względem odsetka kobiet na wysokich stanowiskach. To wina rozbudowanego państwa opiekuńczego – twierdzi Nima Sanandaji w książce „The Nordic Gender Equality Paradox”.


Autor w publikacji, której polski tytuł to „Paradoks równości płci w krajach nordyckich”, powołuje się na artykuł opublikowany pod koniec 2014 r. w magazynie „The Economist”zatytułowany „Nordycka zagadka” (A Nordic mystery). Brytyjscy dziennikarze pisali w nim: „Odwiedź siedzibę typowej nordyckiej firmy, a wśród modernistycznych mebli zauważysz coś zdumiewającego – starsi menadżerowie to w większości mężczyźni. Egalitarny płomień, który płonie tak mocno u podstawy społeczeństwa wypala się, zanim dojdzie to szczytu”.

Zaledwie 26 proc. menedżerów w europejskich prywatny firmach to kobiety. W Danii to 24 proc. a w Finlandii 22 proc. W najlepszej pod tym względem Francji odsetek ten sięga 40 proc. Na kolejnych miejscach są Łotwa, Hiszpania, Włochy, Polska (po 35 proc.), a także Estonia i Wielka Brytania (34 proc.). Co więcej, wśród krajów UE kraje nordyckie są pod tym względem na szarym końcu. Mniej kobiet menedżerów w prywatnych firmach niż w Danii i Finlandii jest tylko w Irlandii, na Malcie i Cyprze – krajach o bardzo konserwatywnym podejściu do pracy kobiet.

Podobnie wygląda odsetek kobiet wśród dyrektorów i prezesów – w Norwegii jest ich zaledwie 17,7 proc., w Finlandii 13,3 proc., w Szwecji 10,6 proc., w Danii 10 proc.

Tymczasem w najlepszej pod tym względem Bułgarii to 47,7 proc., na Węgrzech 39,6 proc., w Rumunii 36,1 proc., Estonii 33,8 proc., Słowenii 33,7 proc., na Litwie 32,8 proc., a w Polsce 32 proc. Skandynawowie odstają nawet od dość konserwatywnej Grecji (26,4 proc.) i Irlandii (19,6 proc.).

Okazuje się więc, że w krajach, w których jest mniej kobiet wśród zatrudnionych, a polityka jest słabiej nastawiona na wyrównywanie szans płci, kobiety mają o wiele większe szanse na zrobienie kariery.

Za duże koszty pracy

Zdaniem Nima Sanandajia jednym z głównych powodów ograniczających możliwość kariery zawodowej kobiet są wysokie podatki. Sprawiają one, że wielu z nich nie stać na to, by wynająć osoby do pomocy w domu, ograniczają więc godziny pracy, co odbija się na ich doświadczeniu i perspektywach awansu.

Jeżeli na przykład Finka będzie chciała przepracować dodatkową godzinę za 100 euro brutto, to 44 euro odda w podatku dochodowym. Jeżeli następnie za pozostałe 56 euro będzie chciała wynająć kogoś do pomocy w domu, w cenie tej usługi będzie musiała uwzględnić 24-proc. VAT. To oznacza, że osoba wynajęta otrzyma tylko 45 euro, od których będzie musiała zapłacić podatek dochodowy, tak że ostatecznie zostanie jej tylko 25 euro, czyli zaledwie 25 proc. pierwotnie zarobionych pieniędzy. Dlatego w Skandynawii nie należy do rzadkości sytuacja, że nawet wykładowcy wyższych uczelni wolą sami malować swoje domy niż zlecać wykonanie tej usługi profesjonalnym malarzom.

Innym skutkiem wysokich podatków jest to, że w związkach dochodzi często do układu, że mężczyźni – jako zarabiający więcej – zwiększają liczbę przepracowanych godzin, podczas gdy kobiety zmniejszają, by pracować w domu.

„The Economist” podsumował to w następujący sposób: „Kobietom w krajach nordyckich jest o wiele trudniej niż Amerykankom pozwolić sobie na zatrudnienie pomocy domowej, ponieważ hojne świadczenia socjalne są opłacane m.in. z podatków nałożonych na pracę. A kiedy nie można przekazać innym takich obowiązków domowych jak odbieranie dzieci ze szkoły, są nimi obciążane pracujące kobiety”.

Tak więc z jednej strony polityka państw skandynawskich zachęca kobiety do pracy zawodowej, z drugiej uniemożliwia im zainwestowanie w nią tyle czasu, by mogły zrobić karierę.

Często podaje się wysoki odsetek zatrudnionych kobiet jako dowód na skuteczność nordyckiej polityki wyrównywania szans. I faktycznie w Szwecji, Norwegii, Danii i Finlandii pracuje około 70 proc. kobiet i jest to jeden z najwyższych wskaźników na świecie, jednak jeszcze więcej kobiet pracuje zawodowo w Szwajcarii (prawie 74 proc.), kraju o relatywnie mało rozbudowanym państwie opiekuńczym, co pokazuje, że nie jest ono konieczne do osiągnięcia wysokiego odsetka aktywnych zawodowo kobiet.

Jeszcze ciekawsze jest porównanie z USA, gdzie prawie nie ma socjalu, a podatki są stosunkowo niskie. Otóż okazuje się, że za oceanem kobiety mają ponad dwa razy wyższą szansę (14 proc. w stosunku do 6 proc.) osiągnięcia wysokiej pozycji menadżerskiej niż przeciętnie w krajach OECD. Co więcej, w Ameryce prawdopodobieństwo awansu kobiet jest prawie równe szansom mężczyzn (15 proc.), podczas gdy średnio w krajach OECD jest pod tym względem przepaść (6 proc. w stosunku do 12,2 proc.).

Liczy się waleczność

Autor zwraca uwagę, że nawet wysokie wskaźniki w aktywności zawodowej kobiet w krajach nordyckich mogą nie być zasługą państwa opiekuńczego, lecz wynikać z kultury i tradycji. Już w X w. kobiety regularnie walczyły w armiach wikingów (nazywano je shildemaidens), wprawiając w zdumienie swoich wrogów. W 1718 r. w Szwecji członkinie gildii, które płaciły podatki, mogły głosować i być wybierane w lokalnych wyborach (w Wielkiej Brytanii podobne prawa kobiety dostały 200 lat później).

W 1734 r. zakazano mężom sprzedawać majątek żon bez ich zgody. Obojgu małżonków przyznano też prawo do rozwodu ze względu na zdradę partnera, z przyznaniem praw do dzieci stronie, która dotrzymała małżeńskiej przysięgi. W 1829 r. kobiety w Szwecji otrzymały prawo do używania narzędzi chirurgicznych (był to ewenement na skalę Europy), co de facto oznaczało, że mogły być chirurgami.

Książka Sanandajia oferuje analizę problemów, z którymi borykają się państwa skandynawskie z punktu widzenia zwolennika wolnego rynku. Jest tym cenniejsza, że dotyka spraw, z których mało kto zdaje sobie sprawę. Niewiele osób bowiem wie, że Skandynawia nie jest takim rajem dla chcących robić karierę kobiet, za jaki jest uważana.

Publikacja jest trochę przegadana, ale mimo to relatywnie krótka (około 200 stron). Da się ją przeczytać w kilka godzin i czytelnik ma poczucie, że dowiedział się czegoś nowego, ciekawego. Czegoś, co sprawia, że lepiej rozumie, co się dzieje w światowej gospodarce.

35-letni Nima Sanandaji jest Szwedem pochodzenia kurdyjskiego. Pracuje w brytyjskim think-tanku wolnorynkowym Center for Policy Studies. Uzyskał tytuł doktora na Royal Institute od Technology w Sztokholmie.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły