Polityka pieniężna w USA trafia w dobre ręce

01.01.2014
Przewodniczącą Zarządu Rezerwy Federalnej w USA ma zostać Janet Yellen. Teraz uwagę przyciąga kandydat na jej następcę na stanowisku wiceprzewodniczącego. Wybór Stanleya Fischera (jest kandydatem prezydenta Obamy) byłby decyzją wspaniałą, gdyż cechuje go unikatowe połączeni zdolności, kwalifikacji i doświadczenia.

Jeffrey Frankel


Podczas kariery akademickiej Fischer był jednym z najznakomitszych wykładowców ekonomii monetarnej. Następnie pełnił funkcję głównego ekonomisty Banku Światowego, pierwszego zastępcy Dyrektora Zarządzającego Międzynarodowego Funduszu Walutowego, a ostatnio – gubernatora Banku Izraela. Na każdym z tych stanowisk był gwiazdą. Naprawdę trudno przywołać na myśl innego ekonomistę (przynajmniej po Johnie Maynardzie Keynesie), który dorównałby Fischerowi jeśli idzie o połączenie zdolności analitycznych, trafnego osądu, jasności wypowiedzi, bezinteresownego poświęcenia na rzecz naprawy świata oraz umiejętności doprowadzania spraw do końca – i to zawsze w dobrym humorze.

Ponadto podczas kadencji w MFW w latach 90. XX wieku i jako szef banku centralnego Izraela w okresie globalnego kryzysu finansowego z lat 2008-2009 Fischer zyskał ogromne doświadczenie w zakresie zarządzania kryzysowego. Sprawia to, że stanowi on idealne uzupełnienie Yellen, która również jest znakomitym ekonomistą akademickim i politykiem gospodarczym, ale najlepiej działa wtedy, gdy ma szansę, żeby się szczegółowo przygotować.

Kandydatura Fischera została z aprobatą przyjęta na listopadowej Dorocznej Konferencji MFW – m. in. przez ustępującego przewodniczącego Fed, Bena Bernanke, który w latach 70. XX wieku był jednym z licznych doktorantów Fischera w Massachusetts Institute of Technology (jak zresztą i ja).

O tej konferencji mówi się dużo z innego powodu: Larry Summers, Paul Krugman oraz przedstawiciele Fed wystąpili z prowokacyjnymi tezami w sprawie powolnego w ostatnich latach tempa wzrostu w Stanach Zjednoczonych i innych gospodarkach rozwiniętych. Te tezy będą mieć istotny wpływ na Fed w roku 2014 i później.

Największe zainteresowanie wzbudziło przedstawione przez Summersa kontrowersyjne wyjaśnienie przyczyn powolnego wzrostu. Dowodzi on, że dopóki kryzys nie skończy się definitywnie – co jeszcze nie nastąpiło – może się zdarzyć wszystko. Wysunął śmiałą sugestię, iż w ciągu ostatnich dziesięciu lat przyczyną niższego od możliwości wzrostu jest zasadnicza zmiana strukturalna, którą można określić jako „długotrwałą stagnację”; być może naturalna realna (czyli skorygowana o inflację) stopa procentowa – czyli stopa równowagi – „na zawsze” spadnie poniżej zera, nawet do poziomu minus 2 czy minus 3 procent.

Według Summersa, możliwe są dwa tego powody: nadmiar napływających z Azji oszczędności oraz wywołany przez sektor IT długofalowy spadek względnych cen środków produkcji, co obniża relację potrzebnych inwestycji do oszczędności. (Krugman proponuje więcej możliwych wyjaśnień: malejące tempo przyrostu ludności i wzrostu wydajności.)

Jeśli Summers ma rację, oznacza to, że – niezależnie od przyczyny – znaleźliśmy się w głębokich kłopotach. Bankom centralnym i tak już trudno utrzymywać podczas recesji wystarczająco niską realną stopę procentową, bo przecież stopa nominalna nie może być mniejsza od zera. Negatywna stopa równowagi ze scenariusza Summersa oznaczałaby zatem chronicznie słaby wzrost.

Fischer wypowiadał się na konferencji z większym optymizmem, twierdząc, że nawet w obecnych warunkach polityka pieniężna może być skuteczna. Złagodzenie ilościowe oraz wskazówki co do przyszłej polityki mogą spowodować obniżenie długoterminowej stopy procentowej. Oprócz stopy procentowej są zresztą także inne kanały oddziaływania na gospodarkę: kurs walutowy, ceny akcji, rynek nieruchomości no i kanał kredytowy.

Członkowie personelu Fed wykazują mniejszą od profesorów skłonność do wystawiania się na ryzyko zachwiania paradygmatu. David Wilcox, dyrektor ds. Badań i Statystyki w Fed wraz ze współautorami dowodzi natomiast, że nasilenie i uporczywość rozpoczętego w grudniu 2007 roku spowolnienia powodują ciągłe ograniczanie zasobów kapitału oraz liczebności i kwalifikacji siły roboczej. Bardzo wolny wzrost produkcji i zatrudnienia w USA w ostatnich latach jest przeto skutkiem kryzysu finansowego, a nie egzogenicznej zmiany strukturalnej.

Gdy firmy nie mają klientów, nie budują nowych fabryk, nawet jeśli koszt kapitału jest niski, a pracownicy, którzy są długo bez zatrudnienia, mogą całkowicie wypaść z rynku pracy. W efekcie – jak przekonująco dowodzi Wilcox i jego koledzy –  obniżyła się zarówno ścieżka przyrostu mocy wytwórczych jak i aktywnej siły roboczej. Skumulowany ubytek podaży – według ocen autorów tej tezy produkcja potencjalna jest obecnie o 7 proc. mniejsza niż na trajektorii sprzed 2007 roku – może być większy niż jej bieżący ubytek, przypisywany utrzymującemu się niedoborowi zagregowanego popytu.

Ten niepomyślny obrót wydarzeń w ostatnich latach sprawia, że praca Fed jest jeszcze trudniejsza niż była, a to dlatego, że ogranicza politykom możliwości stymulowania wzrostu bez pobudzania inflacji. Ponieważ ten obrót wydarzeń ma potencjalnie długotrwałe, szkodliwe skutki dla wzrostu gospodarczego, to dopóki bezrobocie jest wciąż wysokie, jeszcze większej wagi nabiera utrzymywanie odpowiednich stymulatorów popytu. W opracowaniu Wilcoxa zakłada się zatem utrzymanie złagodzenia ilościowego w 2014 roku.

Wystąpienie Krugmana na konferencji MFW było równie zadziwiające: obawy związane z deficytem budżetowym USA i ich długiem nawet w długim okresie są źle ulokowane. Zwolennicy szybkiej likwidacji deficytu (tzw. jastrzębie deficytu) obawiają się, że inwestorzy globalni stracą w pewnym momencie zapał do kupowania amerykańskich papierów dłużnych na coraz to większe kwoty, czego efektem będzie ostra deprecjacja dolara. Według natomiast kontrowersyjnego twierdzenia Krugmana nawet gdyby tak się zdarzyło, stopy procentowe nie wzrosną, a deprecjacja będzie mieć (poprzez zwiększenie eksportu netto) ekspansywny wpływ na gospodarkę USA. Dla polityki ekonomicznej ma to takie skutki, że jest mniej powodów do zmartwień o długookresowe problemy z długiem, a więcej – o to, że wprowadzone w ostatnich trzech latach cięcia budżetowe pozbawiają gospodarkę potrzebnego popytu.

Porażki polityki gospodarczej są bowiem naprawdę godne uwagi. Choć w 2008 roku szybkie działania powstrzymały załamanie finansowe, a sama stymulacja fiskalna umożliwiła przezwyciężenie recesji w 2009 roku, to od tego czasu ożywienie jest dotkliwie powolne, za co winę ponosi głównie szkodliwa polityka budżetowa: źle dobrane hamulce w latach 2010-13; ustawiczne, samonapędzające się konflikty; oraz brak postępu w sprawie naprawdę istotnych, długofalowych problemów fiskalnych. Prawdopodobnie łącznie przez trzy lata te budżetowe porażki ujmowały co roku więcej niż punkt procentowy z amerykańskiego tempa wzrostu.

W odniesieniu do 2014 roku są jednak powody do optymizmu. Po raz pierwszy od czterech lat polityka fiskalna zapewne nie będzie mieć ujemnego wpływu na wzrost. Byłoby oczywiście lepiej, gdyby ten wpływ mógł być dodatni. Ale cieszy już to, ze przestaje ona szkodzić wzrostowi.

A tymczasem polityka pieniężna będzie w dobrych rękach, zwłaszcza, jeśli Fischer dołączy do zespołu Fed.

©Project Syndicate, 2014

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test