Polska nauka potrzebuje nowych fundamentów prawnych

04.12.2014
– W gronie doradców prezydenta przygotowaliśmy wspierające innowacyjność poprawki do ponad 20 ustaw. Opór Ministerstwa Finansów wynika z tego, że pilnuje ono przede wszystkim bieżących, a nie przyszłych kosztów i wydatków budżetu – mówi prof. Maciej Żylicz, prezes Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej.

Prof. Maciej Żylicz.


ObserwatorFinansowy.pl: Polska od lat ciągnie się w ogonie europejskiego rankingu innowacyjności. Dlaczego tak jest?

Na wynik rankingu składają się trzy główne elementy: siła nauki, wytwarzanych produktów i wdrożeń. Jesteśmy słabi we wszystkich, ale sam poziom nauki jest w naszym kraju bardzo zróżnicowany. Są dziedziny, np. fizyka wysokich energii i cząstek elementarnych, biologia strukturalna czy analiza matematyczna, w których pod względem wyników znajdujemy się na początku drugiej dziesiątki na świecie. Chemia fizyczna czy nauki o materiałach także są wysoko w tych rankingach. Mamy więc w Polsce dyscypliny, w których osiągamy wysoki poziom, mimo ogromnego niedofinansowania. Jednym z kluczowych parametrów rankingu innowacyjności są wydatki na naukę w relacji do PKB – w tej kategorii zajmujemy 20.–24. miejsce w Europie. Dopóki nakłady na naukę w Polsce będą mniejsze niż jednego dobrego światowego uniwersytetu (więcej niż cała Polska przeznacza na ten cel Stanford) pozostaniemy w ogonie. Przynajmniej w tym parametrze.

Z pozostałymi, jak sam Pan wspomniał, nie jest lepiej.

Dotąd nie umieliśmy stworzyć skutecznych rozwiązań we wdrażaniu osiągnięć naukowych. W Stanach Zjednoczonych bardzo ważną rolę ogrywają brokerzy innowacyjności, którzy aktywnie poszukują osiągnięć naukowych, które można skomercjalizować. W Narodowym Centrum Badań i Rozwoju ruszył program kształcenia takich specjalistów, ale to musi potrwać. Na pewno powinni to być fachowcy w danej dziedzinie, swobodnie porozumiewający się z naukowcami i jednocześnie znający rynek. To trudna rola. Kształcimy w Polsce wielu doktorów i część z nich powinna pójść w tym kierunku. To właśnie oni powinni zasilać centra transferu technologii.

Tyle, że ich skuteczność jest różnie oceniana, a opinii krytycznych jest całkiem sporo.

One się zdegenerowały między innymi przez łatwy pieniądz unijny. Łatwiej pozyskuje się środki nie na wdrożenia, lecz na różnorakie – być może nie zawsze sensowne – szkolenia, w których centra się wyspecjalizowały.

A dlaczego nie mamy innowacyjnych produktów?

To kolejny element oceny w rankingu. Związany jest pracami badawczo-rozwojowymi w firmach. Na dużą skalę prowadzą je największe globalne koncerny, a warto wiedzieć, że w pierwszej 500-ce światowych przedsiębiorstw nie ma żadnej polskiej firmy. Niektóre z nich są jednak blisko wejścia do tego elitarnego grona i należałoby im to ułatwić.

W niektórych dziedzinach, np. biotechnologii czy farmakologii, innowacje tworzy się także w małych firmach, które pracują nad jednym konkretnym rozwiązaniem i gdy zdołają je znaleźć, często sprzedają je za miliony.

Zwrócił pan uwagę na mechanizm często spotykany np. w Stanach Zjednoczonych, gdzie innowatorzy tworzą firmę, doprowadzają ją do fazy produktu rynkowego, po czym sprzedają i zakładają kolejną, pracującą nad czymś nowym. W Polsce nie widać w ogóle takich wzorców.

Niestety to prawda. Może to wynikać z podejścia do start-upów w naszym kraju. One wymagają ogromnej pracy. Fundacja na rzecz Nauki Polskiej w 2004 roku uruchomiła program Innowator. Naszą ideą było zainicjowanie całego procesu tworzenia małych innowacyjnych przedsiębiorstw w otoczeniu uczelni, korzystających z akademickiego know-how. Niestety napotkaliśmy opór władz uczelni, mimo że przy wielu z nich takie przedsięwzięcia działają od dawna – nawet niezarejestrowane jako firmy. W ramach tego programu w otwartym konkursie zbieraliśmy najciekawsze pomysły i pomagaliśmy ich autorom zakładać firmy. Twórcom najlepszych biznesplanów zapewnialiśmy środki na początkową fazę działania.

Czyli de facto był to fundusz zalążkowy?

Tak. Z niego wyrosły na przykład znane dziś firmy Medicalgorithmics, Apeiron Synthesis i inne. Przy realizacji programu nauczyliśmy się, że aby osiągnąć sukces, takie przedsiębiorstwa muszą jak najszybciej wyjść ze struktur uczelni, które niestety są poważnym hamulcem rozwoju. Nauczyliśmy się też, że przez dość długi okres rozruchu nie można tych firm pozostawić samym sobie. Jeszcze dwa lata po ich założeniu zapewnialiśmy im wsparcie prawników i specjalistów od zarządzania. Dzięki temu większość z nich działa z powodzeniem do dziś. Krótko mówiąc, istnieją narzędzia, które się sprawdzają nawet w naszych warunkach, ale wymagają one pokaźnego wkładu pracy.

Spodziewam się, że działające w sposób nieformalny w otoczeniu uczelni firmy, o których pan wspomniał, mogą nawet nie być zarejestrowane i nie widać ich w żadnych statystykach.

Tak, to są często bardzo innowacyjne przedsięwzięcia, które bywają czasem prowadzone nawet przez pojedynczych naukowców.

Może więc europejski ranking nie odzwierciedla w pełni innowacyjności naszego kraju i Polska powinna być sklasyfikowana wyżej?

Uważam, że rzeczywisty poziom innowacyjności w Polsce jest o wiele wyższy niż wynika to z rankingu. To nie jest zresztą jedyny czynnik powodujący zaniżanie naszej pozycji w zestawieniu. Moim zdaniem bez trudu moglibyśmy przeskoczyć 10 pozycji w globalnych rankingach innowacyjności. W Polsce firmy inwestujące w prace nad nowymi technologiami nie zawsze mogą zaliczyć poniesione wydatki do kosztów uzyskania przychodu albo uzyskać ulgę podatkową na zakup gotowej technologii. Zdarza się więc, że wydatki na prace badawcze bywają fikcyjnie kwalifikowane, żeby przynajmniej zostały uznane za koszty podatkowe. Przez to statystki wydatków na badania i rozwój są w Polsce sztucznie zaniżone.

Jakie narzędzia pozwoliłyby nam wydostać się z innowacyjnego dołka?

Podkreślmy: formalnego dołka, bo wskazaliśmy przesłanki świadczące o tym, że nasza obecna pozycja powinna być wyższa. Musimy sobie jasno powiedzieć, że innowacyjność zależy od siły nauki. Przedsiębiorca nie będzie chciał pracować ze słabymi naukowcami. Musimy stworzyć placówki prowadzące badania na światowym poziomie. Niezbędne jest też wprowadzenie zachęt finansowych pobudzających prace badawczo-rozwojowe. Takie rozwiązanie stosuje coraz więcej państw na świecie. Największym problemem jest moim zdaniem powszechny ciągle sposób myślenia, że to, co jest prywatne, jest złe. Takie podejście widać choćby w restrykcyjnym podejściu urzędników do prywatnych firm. Jeśli tego nie zmienimy, to nawet największe ulgi i wsparcie nauki niewiele pomogą.

Wspomniał Pan o absurdalnych zasadach rozliczania wydatków na badania i rozwój …

To nie jest jedyny absurd. Barierą są też obciążenia podatkowe nakładane na początkujące firmy, zanim stworzą one jakikolwiek produkt. Kolejna jest kwestia wyceny, a przez to opodatkowania wkładu intelektualnego wnoszonego do nowej firmy.

Wszyscy o tych absurdalnych przepisach wiedzą, a mimo to widoków na zmiany nie widać. Szczególnie w przypadku sposobu rozliczeń wydatków na badania i rozwój. Mimo wielu apeli i projektów zmian Ministerstwo Finansów pozostaje w tej sprawie nieugięte.

Wydaje mi się, że możemy jednak mieć nadzieję na znaczącą zmianę. W gronie doradców prezydenta przygotowaliśmy zręby nowych przepisów wspierających innowacyjność. Nasze propozycje wnoszą poprawki do ponad 20 ustaw. Jedną z nich byłoby na przykład zniesienie obowiązku szacowania wartości wkładu intelektualnego już na początku działalności firmy. Opór ministerstwa wynika z tego, że pilnuje ono przede wszystkim bieżących kosztów i wydatków budżetu. My staramy się wykazywać, że proponowane przez nas zmiany w perspektywie kilku lat powinny zwiększyć wpływy podatkowe.

W Polsce nadal praktycznie nieobecne są fundusze venture capital. Fundacja na rzecz Nauki Polskiej zrezygnowała z utworzenia własnego funduszu. Dlaczego ten segment rynku nie może się u nas rozwinąć?

Przed rokiem na fundusze spadł cios w postaci podwójnego opodatkowania, co spowodowało, że te już obecne w Polsce chcą się wycofać. Innej natury problemem może być zbyt mała liczba pomysłów. To są również nasze doświadczenia. Po trzech latach działania programu Innowator zaczęły do nas wracać wnioski, które już wcześniej zostały odrzucone. Jestem przekonany, że jest wiele pomysłów, ale z reguły zatrzymują się one na tak wczesnym etapie rozwoju, że fundusze nawet ich nie analizują. Temu może zaradzić program Narodowego Centrum Badań i Rozwoju polegający na dofinansowaniu badań o charakterze testowym, których celem jest potwierdzenie, że pomysł sprawdza się w praktyce.

Uruchamiając program BRIdge VC, także Narodowe Centrum Badań i Rozwoju zaangażowało się w utworzenie de facto funduszy venture capital, choć w dokumentach określa je jako „publiczno-prywatne instrumenty”. Stało się tak prawdopodobnie po to, żeby uniknąć ograniczeń wynikających z prawa. Czy to nie ironiczne, że państwowa instytucja, realizując jakąś inicjatywę, ucieka się do tricków, żeby się uwolnić od krępujących przepisów?

Niestety muszę się zgodzić, choć sam program oceniam bardzo dobrze. Zastosowanie niekonwencjonalnej drogi mogło być jedynym wyjściem. W Polsce niezwykle trudno jest zrobić coś nowego.

Na pozycję w rankingu wpływa też liczba noblistów. Czy potrzebujemy strategii, która zakładałaby zdobycie, powiedzmy, co najmniej trzech nagród Nobla w naukach matematyczno-przyrodniczych w perspektywie najbliższych 20–30 lat?

Nie chciałbym mówić o konkretnej liczbie nagród. Nadzieje na polskich noblistów daje program, który ma być realizowany w najbliższym czasie w porozumieniu z Unią Europejską. Zakłada on utworzenie w Polsce do ośmiu międzynarodowych placówek, w których będą prowadzone badania na najwyższym poziomie. Niestety taką strategię będzie można zrealizować dopiero na nowych fundamentach, z pominięciem krępujących ustaw o szkolnictwie wyższym, o Polskiej Akademii Nauk i o jednostkach badawczych. Te trzy akty są bardzo nieelastyczne i zbudowanie instytucji badawczych na wysokim poziomie w oparciu o nie byłoby niezwykle trudne. Obowiązujące przepisy ustawy o szkolnictwie wyższym można zaś bardzo skutecznie wykorzystać do blokowania poprawy jakości polskiej nauki, przez co na uczelniach panuje dyktatura przeciętności.

Czy nie powinniśmy koncentrować się na dziedzinach nauki, w których Polska nie odstaje od światowej czołówki?

Problem polega na tym, że powinniśmy jeszcze zdefiniować, jak te dyscypliny rozwiną się w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat, a tego nigdy nie da się na pewno przewidzieć. Metodą na wykorzystanie dorobku najlepszych polskich zespołów badawczych będzie tworzenie wirtualnych instytutów badawczych, w ramach których istniejące już zespoły będą ze sobą współpracować w celu osiągnięcia konkretnych efektów – sprzedaży licencji, stworzenia produktów lub firm wdrażających nowe rozwiązania. Tu znów musi paść zastrzeżenie: wirtualne instytuty będą skuteczne, jeśli zbudujemy je na nowych fundamentach prawnych.

Precyzyjne określenie przyszłego kierunku rozwoju nauki jest pewnie niemożliwe, ale istnieją metody analityczne, które pozwalają na zidentyfikowanie naszych zasobów i nisz, które moglibyśmy zagospodarować.

Na razie poszukiwanie kierunków dających szanse na rozwój gospodarczy naszego kraju odbywa się chałupniczo. Wierzę, że można to robić bardziej profesjonalnie. Istnieje zresztą dość prosta metoda. Stwórzmy „mapę osiągnięć wdrożeniowych”, w których polscy naukowcy i firmy skutecznie wdrożyli nowe technologie i zacznijmy bardziej aktywnie niż do tej pory wspierać te ośrodki. To na pewno nie będą zmarnowane pieniądze.

Z toczących się od jakiegoś czasu dyskusji można wywnioskować, że wystarczy zwiększyć wydatki na badania, a znajdziemy się w innowacyjnym raju. Czy na pewno wiemy, na co przeznaczyć te pieniądze?

Tu znów kłania się problem koncentracji. Zwróciłbym jeszcze uwagę na udział kadry naukowej w badaniach. Czytałem niedawno opracowanie prof. Marka Kwieka z UAM, z którego wynika, że 10 proc. naukowców w Polsce odpowiada za 50 proc. „produkcji naukowej ”, czyli publikacji, patentów, wdrożeń itd. Nie odbiegamy w tym od reszty świata, ale z kolei wkład 43 proc. naszych naukowców w rozwój nauki jest zerowy i pod tym względem jesteśmy najgorsi w Unii Europejskiej. Problemem jest to, że nasz system szkolnictwa akademickiego nie daje możliwości rezygnowania z ludzi całkowicie bezproduktywnych. To nie znaczy, że wszyscy muszą prowadzić badania, bo są naukowcy, którzy są wyśmienitymi nauczycielami i przynajmniej w tym są dobrzy. Chodzi o wyeliminowanie osób całkowicie nieprzydatnych, co w przypadku środowiska akademickiego jest niemalże niemożliwe.

Jeśli spojrzymy na strukturę nakładów na badania, to okazuje się, że wydatki prywatnych firm na ten cel są pomijalnie małe. Może nie potrzebują one innowacji?

Istnieją w Polsce prywatne firmy innowacyjne. Dla nich pozyskiwanie środków unijnych na innowacje – a jednocześnie z tym dofinansowaniem firmy wydają też własne pieniądze – wiąże się z poważnym ryzykiem, niemającym nic wspólnego z ryzykiem rynkowym. Aplikowanie o te środki jest uciążliwe, a czas rozpatrywania wniosków jest zbyt długi. Ponadto istnieje obawa, że beneficjentami nadmiernie zainteresują się służby kontrolne. Te trzy elementy potrafią skutecznie odstraszyć. W obecnej unijnej perspektywie budżetowej te bariery zdecydowanie powinny zostać przełamane. Jeśli do 2020 roku nie doprowadzimy w sposób systemowy do tego, że wydatki firm na badania będą wyższe niż wydatki budżetowe, to możemy już nigdy tego nie osiągnąć, ale wierzę, że to da się zrobić.

Jaką rolę powinny odgrywać firmy w procesie budowania środowiska sprzyjającego innowacjom?

To jest bardzo szerokie pytanie. Zwróciłbym uwagę na to, że zarządzanie szkołami wyższymi w Polsce jest całkowicie hermetyczne, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych i wielu krajach Unii Europejskiej przedstawiciele firm zasiadają w organach nadzorczych uczelni. Finlandia wręcz sprywatyzowała niektóre uczelnie. Jestem zwolennikiem modelu, w którym uczelnia to tygiel, w którym jest miejsce do współpracy z prywatnymi przedsiębiorstwami.

A jaka jest odpowiedzialność państwa za tworzenie tego otoczenia?

Moim zdaniem jedyną rolą państwa jest tworzenie mechanizmów, które będą wymuszały działanie we właściwym kierunku. Ręczne sterowanie do niczego nie prowadzi.

 

Ale tych mechanizmów nadal nie ma…

Oczywiście, ale spójrzmy też na skutki bezpośredniego sterowania. Ze środków strukturalnych Unii wybudowaliśmy w Polsce 24 parki naukowe. Część z nich działa, część stoi pusta, a wszystkie miały być bardzo szybko dochodowe. Jak ten problem rozwiązują Niemcy czy Finowie? Za każde 1 euro pozyskane na badania od firm prywatnych przez takie ośrodki państwo przyznaje im także określony wkład ze środków publicznych. To jest przykład działania systemowego, które po zastosowaniu w Polsce, może nie dziś, ale nie dalej niż za kilka lat, pobudziłoby współpracę z biznesem.

Rozmawiał: Artur Burak

Prof. Maciej Żylicz jest biochemikiem i biologiem molekularnym. Prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, od 2010 r. doradza społecznie prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu. 


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test