Powolne uzależnianie Białorusi

14.08.2013
Nagłaśniane konflikty między rosyjskimi inwestorami a władzami białoruskimi, jak ostatni w handlu nawozami potasowymi, nie zmieniają faktu, że białoruska gospodarka integruje się z rosyjską powoli i niepostrzeżenie.

Aleksandr Łukaszenko(CC BY-NC-ND Expo Socialism)


Białoruś mimo kłopotów gospodarczych niechętnie myśli o prywatyzacji, choć zarządzanie krajem, w którym ponad 70 proc. PKB wytwarzają firmy państwowe jest coraz trudniejsze. Możliwości państwowego wsparcia kurczą się gwałtownie, a produkcja dla wykonania planu kończy się załadowaniem po dachy firmowych składów niesprzedanymi towarami. Na najlepsze kąski białoruskiej gospodarki czyha Rosja, Mińsk robi zaś wszystko, by zniechęcić „przypadkowych” inwestorów prywatnych.

Wizja utraty władzy ekonomicznej jest dla Aleksandra Łukaszenki trudna do przyjęcia. „Władza to własność i jeśli się jej pozbędziecie, to czym będziecie rządzić?” – w taki sposób białoruski prezydent zwrócił się kiedyś do swoich urzędników. Nie ma się więc co dziwić, że na Białorusi wprowadzane są przepisy z punktu widzenia zachodniej gospodarki kuriozalne.

W czerwcu władze w Mińsku nagle zatroszczyły się o interes właścicieli mniejszościowych i postanowiły, że przedstawiciele państwa mogą wstrzymać decyzję zebrania walnego akcjonariuszy w sytuacji, „jeżeli realizacja tych decyzji jest wbrew dobru ogólnemu, szkodzi środowisku lub umniejsza prawa i gwarantowane przez prawo interesy osób trzecich”.

Prywatyzacja tylko dla zaufanych

Te przyjęte przez parlament – w pierwszym czytaniu – poprawki do ustawy prywatyzacyjnej to powrót do praktyk sprzed 2008 r., gdy na Białorusi funkcjonowały przepisy „złotej akcji”. Dawały one prawo kontroli państwowej w prywatyzowanych przedsiębiorstwach państwowych. Miały być barierą przed cichym wykupem akcji pracowniczych. Wycofano się z tego rozwiązania pod naciskiem międzynarodowych instytucji finansowych.

W następnym roku Międzynarodowy Fundusz Walutowy przyznał Białorusi kredyt w wysokości 3,5 mld dol., a kraj poszybował w rankingach „Doing business”. Pojawiły się realne zapowiedzi masowej prywatyzacji. Wtedy jeszcze Białorusi groziło, że Rosjanie zaprzestaną subsydiowania jej gospodarki i rząd przestraszył się, że nie będzie pieniędzy na utrzymywanie państwowych przedsiębiorstw. W połowie 2010 r. Białoruś wstąpiła do rosyjskiego projektu Unii Celnej i subsydia z Moskwy znowu zaczęły płynąć szerokim strumieniem.

O prywatyzacji robiło się coraz ciszej. Aż w marcu 2012 r. Łukaszenko zapowiedział, że każde białoruskie przedsiębiorstwo może być sprywatyzowane – byle za dobrą cenę, i jak podkreśla białoruska ekonomistka, komentatorka pisma „Biełorusy i Rynok” Tacciana Manionak, urzędnicy Państwowego Komitetu ds. Własności ze strachu przed ewentualnymi konsekwencjami otrzymania niewłaściwej ceny, zupełnie zablokowali sprzedaż zakładów. W efekcie w 2012 r.) ukraińsk sprywatyzowano tylko jedną firmę – pakiet kontrolny lotniczych zakładów remontowych w Orszy kupił ukraiński Motor Sicz. Teraz na białoruskie firmy chętnych będzie jeszcze mniej, skoro państwo może wystąpić w obronie mniejszościowych udziałowców. Zdaniem białoruskiego polityka Jarosława Romańczuka – nowe prawo, to w rzeczywistości ustawianie państwa pod prywatyzację w kręgu zaufanych biznesmenów, takich jak np. Jurij Czyż czy Nikołaj Worobieu. Ci mając dobre kontakty z Łukaszenką nie będą musieli się bać, że państwo wykorzysta nowe uprawnienia kontrolne.

Obrona też nie dla wszystkich

To, że nie wszyscy mniejszościowi udziałowcy mogą liczyć na wsparcie państwa pokazuje głośny przypadek Rosjan, którzy zainwestowali w mińskie zakłady „Sukno”. Nagle białoruskie władze uznały, że „przedsiębiorstwo nie idzie we właściwą stronę” i zarządziły dodatkową emisję akcji, która trafiła w ręce państwa. Udział Rosjan w ciągu jednego dnia zmniejszył się z 35 do 20 proc. Rosjanie wprawdzie skarżyli się w sądach, że protokół walnego zebrania został sfałszowany, ale niewiele wywalczyli, mimo wsparcia rosyjskiej ambasady.

Zdaniem Tacciany Manionak, Białoruś tak naprawdę nie chce wpuszczać inwestorów do swoich przedsiębiorstw i woli, by ci zaczynali inwestycje od zera. Inwestorzy przejmując państwową firmę muszą zresztą zobowiązać się do utrzymania stanu załogi i zabezpieczenia kosztownego pakietu socjalnego.

Do niedawna Rosjanie dotowali białoruską gospodarkę właściwie bezwarunkowo – czy to kredytami czy też tanimi źródłami energii. Kwestia kredytów za prywatyzację stanęła na poważenie w 2011 r. Białoruś otrzymała wtedy obietnicę kredytu od podporządkowanej Rosji Euroazjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej w zamian za przeprowadzenie prywatyzacji na sumę 2,5 mld dol. rocznie przez trzy lata. Efektem porozumienia była sprzedaż drugiej połowy akcji białoruskiego operatora gazowego Biełtransgaz. Teraz jednak Rosjanie na pozór spuścili z tonu, i jak podkreśla Jarosław Romańczuk, traktują wstępny warunek jedynie jako rekomendację. Jednak nie do końca, bo słowo prywatyzacja zastąpiła słowo integracja.

Nowa moda – integracja

Na scenie pojawiły się tzw. projekty integracyjne. Białorusini wytypowali cztery duże przedsiębiorstwa, w które mogliby zainwestować Rosjanie. Są to: producent ciężarówek MAZ, Grodzieński Azot, Mińska Fabryka Ciężarówek Wojskowych, które służą jako podwozia dla mobilnych rosyjskich wyrzutni rakietowych, mińska fabryka układów scalonych „Integrał”. Gdy przyjrzeć się potencjalnym inwestorom rzuca się w oczy, że w projektach inwestycyjnych udział mogą wziąć jedynie rosyjskie przedsiębiorstwa państwowe.

W fabrykę MAZ chce zainwestować KAMAZ, w trzech czwartych znajdujący się rękach państwowych firm rosyjskich. Grodzieńskim Azotem zainteresowany jest państwowy Gazprom, od którego jako dostawcy energii i tak białoruskie przedsiębiorstwo jest uzależnione. Pozostali kandydaci to firmy sektora wojskowego więc zostaną one zintegrowane z państwowym rosyjskim przemysłem zbrojeniowym.

Białoruś myśli więc nie o prywatyzacji, i przekształceniu swoich przedsiębiorstw w firmy komercyjne, ale o włączeniu ich w struktury zależne od Kremla. Zdaniem Manionak, białoruskie władze liczą, że ten nie przeprowadzi drastycznej restrukturyzacji, a w razie czego wspomoże kredytami państwowymi. Również Rosjanie traktują tę integrację jako projekt bardziej polityczny niż gospodarczy.

O tym, że Białorusi nie spieszy się do gospodarki rynkowej, nawet z Rosjanami, pokazuje przykład zakończenia współpracy w dziedzinie handlu nawozami potasowanymi. Białoruskie przedsiębiorstwo Biełaruśkalij jest jednym z największych na świecie producentów soli potasowych. Kilka lat temu razem z Uralkalijem, należącym do rosyjskiego oligarchy Sulejmana Kerimowa, Białorusini założyli wspólne przedsiębiorstwo BKK zajmujące się sprzedażą produktów obydwu firm wydobywczych, by móc dyktować ceny.

Było to strategiczne porozumienie, bo obie firmy wytwarzają prawie 40 proc. światowej produkcji potasu. Łukaszenko wspominał nawet o możliwości sprzedaży w przyszłości pakietu akcji Biełaruśkalij Kerimowowi. Nagle jednak, pod koniec lipca, rosyjska firma zerwała współpracę oskarżając Białorusinów o sprzedaż surowca z ominięciem wspólnego tradera. Łukaszenko wcześniej komentował niesnaski między firmami, twierdząc, że koncern Kerimowa jest „firmą komercyjną”, która ma interes inny niż białoruska gospodarka.

Ta wypowiedź świadczy dobitnie, że Białorusi nie po drodze nawet z rosyjskim kapitałem, jeżeli jest on kapitałem prywatnym – w mniejszym stopniu podatnym na polityczne naciski i kierującym się rynkową logiką.

Z tych samych powodów w ogóle nie mówi się o poszukiwaniu inwestorów dla białoruskich rafinerii. Zdaniem Jarosława Romańczuka, Łukaszenko wie komu je sprzedać i chce wejść w ścisły układ z jednym z najpotężniejszych ludzi w Rosji – szefem państwowego Rosnieftu Igorem Sieczynem, by mieć nie tylko silnego partnera biznesowego, ale również wpływowego lobbystę przy rosyjskim rządzie, który będzie blokował niewygodne dla Białorusi posunięcia.

Projekty integracyjne to próba oparcia współpracy z Rosjanami na zasadzie nieokreślonego „bratniego partnerstwa”. Jednak Rosjanie wiedzą, czym skończą się takie spółki i nie chcą wchodzić do biznesu jako partner mniejszościowy. Rosjanie, by osiągnąć swoje nie muszą się spieszyć – bo sztandarowe białoruskie towary przemysłowe z powodu niskiej konkurencyjności mogą znaleźć z odbiorcę jedynie na rosyjskim rynku.

Problemy ze zbytem na rosyjskim rynku są doskonałą metodą nacisku. Romańczuk przypomina, jakie kłopoty przeżywa producent kopalnianych ciężarówek Biełaz, który o połowę zmniejszył swój udział w rosyjskim rynku. Według eksperta, wystarczy, by Rosja ograniczyła zakupy białoruskich ciężarówek, a wartość fabryki MAZ zmniejszy się drastycznie i Rosjanie zapłacą za nią mniej.

Prawdziwe intencje rosyjskie wyraził niedawno rosyjski ambasador Aleksander Surikow, który stwierdził, że Rosja może udzielić Białorusi kredytów na modernizacje przedsiębiorstw tylko w zamian za oddanie stronie rosyjskiej udziałów w białoruskich firmach państwowych.

Stąpanie po cienkiej linie

Zarządzanie gospodarką białoruską to jak chodzenie na linie. Państwo od lat zmaga się z ujemnym saldem na rachunku bieżącym czyli niedoborem walut wynikającym z pogłębiającego się deficytu w handlu zagranicznym. Do 2011 r. Białoruś administracyjnie kontrolowała ceny walut, jednak zakończyło się to olbrzymią 108 proc. dewaluacją białoruskiego rubla i odtąd, przynajmniej w teorii, ceny walut są wolne.

Problem w tym, że rząd na wielką skalę wspiera państwowe sektory gospodarki takie jak przemysł maszynowy, rolnictwo czy budownictwo. To powoduje, że do obiegu wchodzi coraz więcej pieniędzy bez pokrycia. Do tego Łukaszenko dla zdobycia poparcia społecznego wcielił w życie plan zwiększenia średniej płacy do poziomu 500 dol., co zdaniem ekonomistów z MFW nie ma pokrycia we wzroście produktywności. Dodatkowe środki pochodzące z zagranicznych kredytów są w efekcie wydawane przez obywateli na dobra importowane lub zamieniane na dolary.

Aby rubel nie załamał się, potrzebny jest więc stały dopływ kredytów i tanich źródeł energii z zagranicy. Głównym oparciem dla Białorusi tradycyjnie jest Rosja która rocznie przekazuje Białorusi nawet 8 mld dol. Kreml zdaje sobie sprawę z chwiejności oraz potrzeb sąsiada i wie, że inwestycja w kredytowanie białoruskiej gospodarki opłaci się, bo interesujące ją białoruskie przedsiębiorstwa nie znikną. Jak podkreśla Manionak, Rosja będzie ratować białoruską stabilność i cierpliwie czekać, gdyż z biegiem czasu za białoruskie firmy i tak zapłaci mniej. W efekcie białoruska gospodarka zintegruje się z rosyjską powoli i niepostrzeżenie. Będzie tak jak z gotowaniem żaby, która nie zauważa, że w pewnym momencie została ugotowana.

OF


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test