• Olgierd Sroczyński

Przypadek kontra mity

21.10.2018
Sukces finansowy jest dziełem przypadku, a wszelkie poradniki biznesowe, które udzielają recept na jego osiągnięcie, reprodukują fałszywy pogląd na naturę bogactwa – to teza książki Roberta H. Franka „Sukces i szczęście”.


Książka Roberta H. Franka. „Sukces i szczęście” (ang. Success and Luck: Good Fortune and the Myth of Meritocracy) wydana w oryginale równe dwa lata temu, wywołała niemałe zamieszanie publicystyczne, głównie ze względu na popularność samego autora, który jest dyżurnym autorytetem ekonomicznym i moralnym „The New York Times”.

Teza książki Franka, światowej klasy ekonomisty i jednego z najpopularniejszych wykładowców w USA, jest bardzo prosta: sukces finansowy jest dziełem przypadku, a wszelkiej maści poradniki biznesowe, które udzielają recept na jego osiągnięcie, reprodukują fałszywy pogląd na naturę bogactwa. Frank walczy z poglądem, że bogaci zasługują na swoje bogactwo, ponieważ zawdzięczają je ciężkiej pracy – ich powodzenie w biznesie jest wszakże wynikiem szczęśliwego zbiegu okoliczności, podobnego do wygrania na loterii. Takie ujęcie sprawy ma oczywiście implikacje natury etyczno-politycznej. Książka wpisuje się bowiem w debatę nad coraz wyższym opodatkowaniem bogatych i redystrybucją bogactwa na rzecz biednych.

Zajmowanie takiego czy innego stanowiska światopoglądowego nie tylko nie jest naganne, ale przy omawianiu tych kwestii jest nawet nieuniknione. Każdy badany fakt, również w naukach przyrodniczych, podlega interpretacji badacza, a zatem uzależniony jest od przyjętego modelu. To często właśnie zmiana tego modelu pozwala na właściwe zinterpretowanie obserwowanych faktów. Ale w przypadku tego, co nazywamy naukami społecznymi, związek obserwacji i interpretacji jest wręcz nierozerwalny. Badacz – np. ekonomista – będzie interpretował obserwowane zjawiska w sposób skażony wcześniejszymi przekonaniami co do metafizycznych czy etycznych fundamentów struktury społecznej.

Dorobek naukowy i publicystyczny Franka jest prawie w całości skupiony na krytyce poszczególnych aspektów kapitalizmu. Nie jest więc niespodzianką, że jego ostatnia książka pisana jest również z tej pozycji ideowej, między innymi uzasadniając postulat progresywnego opodatkowania konsumpcji, jako elementu sprawiedliwości społecznej. Klimat intelektualny, który został ukształtowany kilka lat temu przez popularność mętnych rozważań Thomasa Piketty’ego, niewątpliwie przyczynił się do ciepłego przyjęcia jego książki przez amerykańską prasę. Jeżeli nawet całość rozważań Franka przesłonięta jest jego postulatami politycznymi, to i tak warto pokusić się o wyabstrahowanie ich od tej tezy i przyjrzenie się im bez ideologicznego bagażu.

Tytułowy „mit merytokracji”, opowieść stworzona przez ludzi, którzy już odnieśli sukces, ma usprawiedliwiać ich społeczną pozycję. Tymczasem naśladowanie i stosowanie ich porad w żaden sposób nie przybliży nikogo do osiągnięcia podobnego statusu. Rzeczywistość rynkowa i społeczna jest bowiem zbyt złożona, aby można było odizolować wszystkie czynniki, które wpłynęły na ten sukces. Co więcej, jak podkreśla Frank, rzadko możemy wyizolować jakiekolwiek czynniki, poza losowym rozkładem szczęścia w bardzo dużych grupach konkurujących ze sobą jednostek.

Przyczyną sukcesu w biznesie jest, mówiąc słowami Pascala, „nos Kleopatry” (to dla Blaise’a Pascala symbol tego, jak pozornie nic nieznaczące rzeczy wpływają na los świata; gdyby nos egipskiej królowej wyglądał inaczej, nie byłaby tak piękna, a zatem mogłaby nie rozkochać w sobie Cezara i Marka Antoniusza).

Tego typu szczegóły, pozornie nieistotne i nieuchwytne, potrafią w sposób fundamentalny wpłynąć na położenie człowieka. Ktoś może nie dostać dobrze płatnej pracy ze względu na ledwo dostrzegalny tik nerwowy, który sprawia, że nie wygląda na osobę godną zaufania. Ktoś inny mógł wybrać swoją ścieżkę zawodową inaczej, gdyby jego rodzic odpowiedział mu wyczerpująco na pytanie z zakresu matematyki czy fizyki, zadane przez niego w wieku czterech lat. Ktoś inny wreszcie mógłby być wyższy lub niższy, przystojniejszy lub brzydszy, nosić okulary lub nie nosić okularów, ubierać się lepiej, zjeść przed kluczową rozmową biznesową lżejsze śniadanie i tak dalej, i tak dalej.

Czy jednak oznacza to, że wszyscy „ludzie sukcesu”, opowiadający w wywiadach i autobiografiach o swojej ciężkiej pracy, samodyscyplinie i pozytywnym myśleniu, które doprowadziły ich na szczyt, powielając tym samym ów „mit merytokracji”, świadomie i z rozwagą kłamią? Niekoniecznie, a w większości przypadków – nawet zdecydowanie nie. Umysł ludzki nie jest w stanie myśleć przypadkowo. Przypadek jest w naszym potocznym rozumowaniu elementem irracjonalnym, wprowadzającym chaos. Umysł potrzebuje związków przyczynowych, które porządkują świat i pozwalają na pewniejsze poruszanie się w nim, zwłaszcza w przyszłości. Jeżeli to zrobię, to stanie się to. W taki sposób budowany jest sens. Przypadek zaś  ten sens zaburza. Jeżeli spróbujemy przeanalizować cały nadchodzący tydzień w kategoriach przypadków, jakie mogą nas spotkać – nawet gdyby udało się zebrać wszystkie możliwe scenariusze – to byłaby to czynność nie tyle męcząca, co zdolna wyprowadzić nas z równowagi psychicznej.

Istotne jednak jest to, że nasze zakładane scenariusze, oparte na związkach przyczynowych, czerpiemy z przeszłości. Zjawisko to dostrzegł już w XVIII w. David Hume: ponieważ słońce wschodziło do tej pory każdego dnia, wnioskujemy, że wzejdzie również jutro rano. Jest to niezmiernie interesujące zagadnienie epistemologiczne, ponieważ ma głęboki związek z tworzeniem mitów – narracji sensotwórczych – również w kwestii sukcesu biznesowego i finansowego.

Analizując własną sytuację w teraźniejszości – odpowiadając sobie na pytania o własną tożsamość, porównując siebie z innymi, czy po prostu zastanawiając się, co można byłoby napisać w naszym nekrologu, gdybyśmy nagle zmarli – łączymy wszystkie przeszłe zdarzenia właśnie na podstawie związków przyczynowych. I oczywiście każde zdarzenie w naturze ma istotnie swoją przyczynę. Iluzją jest jednak twierdzenie, że jesteśmy w stanie właściwie rozpoznać związki przyczynowo-skutkowe, odróżniając je od zwykłych następstw w czasie. Narzucają się nam te najbardziej oczywiste w odbiorze i tworzymy z nich własne narracje.

Dlatego też przedsiębiorcy, którzy osiągnęli sukces, nie kłamią – patrząc we własną przeszłość, rzeczywiście wierzą w to, że konkretne działania doprowadziły ich do takiej, a nie innej pozycji. Czy będzie to wstawanie wcześnie rano, czy nauka gry na fortepianie w dzieciństwie, czy regularny trening fizyczny, czy – popularne ostatnio – „czytanie godzinę dziennie”. Recepty te, rozpowszechniane przez dziennikarzy, znajdują chętnych naśladowców, którzy równie mocno wierzą w to, że kopiowanie takich nawyków doprowadzi ich do finansowego i zawodowego sukcesu.

Tymczasem myślenie o przeszłości w kategoriach relacji przyczynowych jest bardziej iluzoryczne, niż narracje nakierowane na przyszłość. Te ostatnie można łatwo poddać korekcie, ponieważ przyszłości jeszcze nie ma. Natomiast przeszłość już się wydarzyła, więc to, co dostrzegliśmy w zaistniałych zdarzeniach, traktujemy jako ustalone raz na zawsze. Nassim Nicholas Taleb tworzy ciekawe porównanie, obrazujące iluzoryczność myślenia historycznego: mając do dyspozycji kostkę lodu, jesteśmy w stanie z pewnym prawdopodobieństwem wyliczyć, jak duża będzie kałuża, która powstanie w wyniku topnienia kostki. Widząc jednak gotową kałużę, nie mamy już żadnych możliwości, aby stwierdzić, jaki kształt miała kostka lodu, z której kałuża powstała.

Wiemy (albo chcemy wierzyć, że wiemy) w jaki sposób do swojego sukcesu doszli Bill Gates, Steve Jobs, Warren Buffett czy Elon Musk. Nie wiemy jednak, ilu dokładnie „Billów Gatesów” czy „Elonów Musków” odpadło po drodze na szczyt. Czy oni również wstawali wcześnie rano, uprawiali poranną gimnastykę, czytali godzinę dziennie? Tego się zapewne nie dowiemy, bo nikt nie chce słuchać opowieści o przegranych.

I to jest kluczowe: my, ludzie, lubimy słuchać mitów, lubimy opowiadane historie. Potrzebujemy słuchać o wygranej, bo tak, jak mity w całej historii ludzkości, „mit merytokracji” pozwala nam się czuć bezpiecznie. Nie mamy bogactwa, ale moglibyśmy je mieć, gdybyśmy mieli przepis na sukces. Potrzeba sensu jest w nas bardzo silna, bo taka jest nasza kondycja. Mając świadomość, jesteśmy zwierzętami historycznymi, i sens jest nam potrzebny do planowania przyszłości. Dlatego historie sukcesu nadal będą się sprzedawały tak dobrze, jak się sprzedają, i ani książka Franka, ani żadna inna publikacja poświęcona przypadkowości, tego nie zmieni.

Właściwą perspektywą, którą należy przyjąć wobec przypadkowego charakteru rynku, nie może być nihilizm. Zarówno badania Franka, jak i innych naukowców, którzy zajmują się tym zagadnieniem ( A. Pluchino. A.E. Biondo, A. Rapisarda, Talent vs Luck: the role of randomness in success and failure, https://arxiv.org/pdf/1802.07068.pdf.) są modelami statystycznymi i jako takie odpowiadają wyłącznie na pytania dotyczące rezultatów. Wszystko, co dzieje się „w trakcie”, jest nadal niezmiernie trudne do opisania i zmatematyzowania. Tak jak w prawie wielkich liczb. Co prawda w miarę zwiększania liczby powtórzeń rzutów monetą, końcowy wynik zbliża się coraz bardziej do wyjściowego prawdopodobieństwa 50/50, jednak nie dowodzi wcale, że po czterech następujących po sobie orłach, wypadną z rzędu cztery reszki. To, czy sukces przypadnie w udziale tej konkretnej osobie, okaże się dopiero na końcu. Nie znaczy to, że wszystko, co dana osoba zrobiła do tego momentu, nie ma żadnego znaczenia. Sukces można więc porównywać do wygrania na loterii, ale nie zmienia to faktu, że wygrywają tylko ci, którzy kupili los w kolekturze.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły