Przyszłe matki lepiej prognozują zmiany w koniunkturze niż ekonomiści

18.05.2018
Zmiany w liczbie ciąż mogą przewidywać kryzysy gospodarcze; duże cięcia budżetów szkół odbijają się na wynikach uczniów; w 2060 r. Polska będzie jednym z liderów w UE pod względem odsetka stulatków – to wnioski z wybranych, najnowszych naukowych badań ekonomicznych.


Kasey Buckles, Daniel Hungerman i Steven Lugauer przygotowali analizę „Is Fertility a Leading Economic Indicator?” (Czy płodność to wiodący wskaźnik ekonomiczny?). Nie jest odkryciem, że liczba rodzących się dzieci ma związek z sytuacją ekonomiczną kraju. Unikalność tej analizy polega na tym, że autorzy postanowili sprawdzić, czy zmiany w liczbie ciąż pozwalają przewidywać zmiany w gospodarce.

Z badania wynika, że w USA liczba ciąż gwałtownie spada na początku każdej recesji (autorzy sprawdzili i wykluczyli jako przyczynę aborcje lub poronienia). Co najciekawsze, ten spadek zaczyna się kilka kwartałów zanim we wskaźnikach zaczyna być widoczne pogorszenie koniunktury. Tę prawidłowość widać w danych zarówno z Wielkiego Kryzysu jak i recesji zaczynających się w 1990 r. i w 2001 r.

Na początku Wielkiego Kryzysu roczna stopa wzrostu liczby ciąż spadła o 4 punkty procentowe. Główną cześć analizy przeprowadzono na danych z lat 1988-2015, co daje 108 kwartalnych obserwacji. Autorzy zwracają uwagę na problem wynikający z tego, że liczbę ciąż trudno jest monitorować w czasie rzeczywistym, a tylko wówczas taki wskaźnik może być wykorzystany do przewidywania zmian w cyklach koniunkturalnych. Sugerują jednak, że dobrym sposobem na poradzenie sobie z tym problemem może być monitorowanie zmian w sprzedaży produktów ściśle związanych z ciążą jak testy na owulacje, witaminy dla kobiet w ciąży itp. Dane z ich sprzedaży są w USA zbierane i raportowane w tygodniowych odstępach.

Z pracy wynika, że pod koniec 2014 r. miał miejsce gwałtowny spadek liczby ciąż w USA i, jak na razie, do żadnej recesji nie doszło. Tak więc należy wykazać ostrożność w posługiwaniu się tym wskaźnikiem.

To nie pierwszy, atrakcyjny medialnie, wskaźnik, który wymyślili naukowcy, a który miał być powiązany z cyklami koniunkturalnymi. W 2010 r. Marjolein van Baardwijk i Philip Hans Franses w pracy „The hemline and the economy: is there any match?” (Długość spódnic i gospodarka: czy jest zależność?) wykazali, że jest korelacja między średnią długością noszonych spódniczek a koniunkturą gospodarczą: dobre czasy sprawią, iż spódnice stają się krótsze, złe – dłuższe. Z tym, że spódnice reagują z około trzyletnim opóźnieniem, a zatem wskaźnik ten jest bezużyteczny.

W 2060 r. Polska będzie jednym z liderów w UE pod względem liczby osób mających sto i więcej lat – wynika z raportu „Międzypokoleniowe relacje z perspektywy ekonomicznej. Narodowe Rachunki Transferów i Narodowe Rachunki Transferów Czasu w Polsce” pod redakcją Agnieszki Chłoń-Domińczak.

Obecnie znajdujemy się bardziej w dolnej części stawki. W 2016 r. było w Polsce 13,4 stulatków na każde 100 tys. osób.

Dla porównania w Grecji, która jest liderem, wskaźnik ten wynosi 61,4. Na kolejnych miejscach są Portugalia (41,5), Francja (31,9) i Włochy (30,9). Tymczasem w 2060 r. Polska ma dołączyć do najbardziej długowiecznych krajów południa Europy. Według prognoz Eurostatu będziemy wówczas mieć 239 stulatków na każde 100 tys. obywateli. Przed nami będą tylko Hiszpanie (276,6), Portugalczycy (282,8) i Grecy (384,7).

Joshua S. Graff Zivin i Elizabeth Lyons opracowali analizę „Can Innovators be Created? Experimental Evidence from an Innovation Contest” (Czy innowatorów da się stworzyć? Eksperymentalne dowody z konkursu na innowacje). Zajęli się w niej zbadaniem prawdziwości powszechnego przekonania, że innowatorem człowiek się rodzi, tzn. proces kreatywny wymaga wrodzonych umiejętności i tacy ludzie stają wynalazcami, bo zdają sobie sprawię ze swoich silnych stron. A ci, którzy nie próbują wymyślać nowych rzeczy po prostu wiedzą, że nie byliby w tym dobrzy.

By sprawdzić tę hipotezę autorzy przeprowadzili eksperyment wśród studentów inżynierii i nauk komputerowych na Uniwersytecie w San Diego. Ogłosili konkurs na napisanie aplikacji komputerowej z nagrodą pieniężną w wysokości 5000 dol. za pierwsze miejsce, 2000 dol. za drugie i 1000 dol. za trzecie.

Kiedy minął termin zgłaszania się do konkursu i zamknięto listę tych, którzy chcieli tworzyć z własnej inicjatywy, do konkursu wprowadzono dodatkową grupę osób, którym za wzięcie w nim udziału zapłacono kuponem na 100 dol. By dostać te pieniądze nie musieli robić nic poza wyrażeniem zgody na umieszczenie swojego nazwiska na liście uczestników i otrzymywanie maili związanych z rywalizacją. Pierwotnie do konkursu zgłosiły się 103 osoby. Po wprowadzeniu zachęty pieniężnej dołączyło do nich kolejnych 87 studentów.

Po sprawdzeniu wyników okazało się, że nie było istotnej różnicy między wynikami tych, którzy pierwotnie zgłosili się do konkursu a tymi, których do tego zachęcono pieniędzmi. Autorzy konkludują, że udział w takim konkursie jest kosztem (studenci muszą poświęcić swój czas nie mając gwarancji, że ktoś im za niego zapłaci). Dawanie pieniędzy za wzięcie udziału jest formą pokrycia części tych kosztów i w opinii naukowców może być dobrym sposobem na zwiększenie liczby potencjalnych innowatorów.

Kirabo Jackson, Cora Wigger i Heyu Xiong przygotowali pracę „Do School Spending Cuts Matter? Evidence from the Great Recession” (Czy cięcia wydatków na szkoły mają znacznie? Dowody z Wielkiego Kryzysu). Zwracają w niej uwagę na fakt, że audyty wydatków dokonywanych przez szkoły zwykle znajdują dowody na marnotrawstwo pieniędzy. Z drugiej strony są także dowody na to, że gdy szkoły mają napięte budżety dokonują oszczędności bez szkody dla uczniów.

Autorzy postanowili zatem sprawdzić teorię, że zabieranie części pieniędzy edukatorom zmusza ich do racjonalnego zarządzania pozostałymi środkami. W tym celu przeanalizowali dane z Wielkiego Kryzysu w USA z lat 30. XX w. Sprawdzili, jak wymuszone wówczas duże cięcia wydatków na edukację wpłynęły na wyniki uczniów. Okazuje się, że szkoły głównie cięły wydatki niezwiązane z ich podstawową działalnością.

Biorąc jednak pod uwagę wielkość cięć budżetów, musiały także częściowo zmniejszyć wydatki na swoją podstawową działalność (choć to zmniejszenie było znacznie mniejsze niżby wynikało z cięcia budżetu). W sumie zmniejszenie budżetu szkoły o 10 proc. prowadziło do obniżenia wyników testów uczniów o 7,8 proc. odchylenia standardowego.

Co więcej, 10 proc. mniejszy budżet w czasie wszystkich czterech klas liceum wiązał się z niższym o 2,6 proc. odsetkiem kończących szkołę. Autorzy konkludują, że istotne obniżki budżetów szkół mogą zaszkodzić uczniom. Co oczywiście nie oznacza, że nie należy walczyć z marnotrawstwem publicznych pieniędzy, ale warto to robić w rozsądny sposób.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły