Rolnicy w Polsce nie są traktowani wyjątkowo

15.05.2018
Polska może zostać największym dostawcą żywności w Europie. Nasza branża rolno-spożywcza jest jedyną, w której naprawdę liczymy się na świecie. Nie ma jednak drugiego sektora, który musi sprostać tak dużej dysproporcji konkurencyjnej w UE i z tym należy skończyć – mówi dr Adam Koziołek, rolnik przedsiębiorca.

Dr Adam Koziołek (Fot. PWR)


ObserwatorFinansowy.pl: Dlaczego polski rolnik, który od ponad 10 lat otrzymuje sowite dofinansowanie z UE, wciąż potrzebuje wspierania?

Adam Koziołek: Polski rolnik dostaje o 20 proc. mniejsze dofinansowanie UE niż jego konkurenci z Francji czy z Niemiec. Dopłaty do 1 hektara są u nas o 20 proc. niższe niż dla rolnika francuskiego i niemieckiego. Patrząc na to od strony biznesowej polski rolnik ma po prostu o 20 proc. niższy dochód z tytułu dopłat bezpośrednich niż rolnik na zachodzie Europy. Nie ma w Polsce, i chyba w ogóle nie ma na żadnym rynku innej branży, która musi sprostać tak dużej dysproporcji konkurencyjnej.

Projekt nowego budżetu UE na lata 2021-2027 zakłada zmniejszenie finansowania wspólnej polityki rolnej o 5 proc. Według PAP fundusze dla polskich rolników zostaną obcięte nieznacznie – o 1 proc., ale w innych medialnych komentarzach padały jednak wyliczenia mówiące nawet o 20-proc. cięciach.

Uważam, że nie dojdzie do takiej redukcji. Dla polskich rolników decydujące jest zaś ujednolicenie wysokości dopłat.

Jeszcze przed przedstawieniem uzgodnień w Brukseli premier Mateusz Morawiecki poinformował, że rząd szykuje dla rolników własny program wsparcia. Ten sektor jest aż tak nierentowny, że wciąż wymaga dotowania?

Każda decyzja Brukseli zmieniająca obecny sposób działania gospodarstw rolnych w Europie będzie miała wpływ na ich koszty operacyjne. Dla przykładu – w parlamencie europejskim toczy się dyskusja w sprawie ograniczenia użycia niektórych środków ochrony roślin. Jeśli na tym polu coś się zmieni, to już dziś wiadomo, że zmieni to także warunki finansowe działalności.

Rządowy program, z tego co wiem, nie zakłada wykładania pieniędzy, lecz zmianę ustawy o rolniczym handlu detalicznym – chodzi o to, żeby rolnicy mogli sprzedawać płody rolne z pominięciem pośredników. Marża zostawałaby dla nich. Ale rolnicy nie są w Polsce traktowani wyjątkowo. Rząd wspiera przecież także inne sektory: górnictwo, huty, stocznie. W ostatnich 20 latach wydaliśmy na wsparcie górnictwa węglowego z 150 mld zł, a nigdy nie słyszałem, żeby ktoś pytał, czy warto  wspierać górnictwo. Dlaczego więc pytamy, czy warto wspierać sektor rolno spożywczy, który daje tak duży wkład do polskiej gospodarki?

Czyli rolnik potrzebuje wsparcia rządu?

IERiGŻ: Eksport żywności w 2018 r. wzrośnie o 5 proc.

Postawię sprawę inaczej. Według międzynarodowego raportu firmy McKinsey, Polska do 2025 roku będzie nowym motorem wzrostu Europy – nasz kraj może zostać największym dostawcą żywności na kontynencie. Obecnie jesteśmy największym eksporterem drobiu w Europie, jednym z największych producentów i eksporterów owoców i warzyw. Jesteśmy trzecim pod względem wielkości producentem cukru i jednym z największych eksporterów słodyczy. Branża rolno-spożywcza jest jedyną, w której naprawdę liczymy się na świecie. Należy więc zadać publiczne pytanie, czy sektor, który stanowi 7 proc. polskiej gospodarki, który jest największym jej kołem zamachowym, powinien być wspierany czy nie?

Sam pan wymienił sektor rolno-spożywczy jako już bardzo rozwinięty, z dużym wkładem dla gospodarki, a Polska jest już w tej chwili liczącym się eksporterem.

W czasach transformacji doprowadzono do drastycznego rozwarcia nożyc kosztowych w rolnictwie. Polityka prowadzona od czasu wejścia do Unii Europejskiej to powrót do normalności. To jeszcze potrwa. Gospodarstwa niemieckie, duńskie czy francuskie zmieniały się od wojny, polskie dopiero od kilkunastu lat.

Według danych GUS w Polsce działa ponad milion gospodarstw rolnych. Jakie są proporcje w podziale na te, które można uznać za przedsiębiorstwo rolne, i te, które są po prostu wiejskimi gospodarstwami domowymi, gdzie się hoduje i uprawia głównie na własne potrzeby?

Profesor Walenty Poczta z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu w swoich badaniach stwierdza, że tylko 130 tys. gospodarstw w Polsce odnawia kapitał, czyli ma w przyszłości szansę na rozwój.

A co z resztą?

To jest pytanie do polityków – co będzie z pozostałymi? Czy chcemy żeby w Polsce pozostało około 100 – 150 tys. gospodarstw, co kompletnie zmieni nie tylko strukturę produkcji surowca, ale także strukturę wsi i obszarów wiejskich? A może powinniśmy dążyć do przekształceń na wsi w stylu niemieckim czy duńskim, gdzie z powodzeniem odnajdują się także średniej wielkości gospodarstwa, które kształtują tereny wiejskie i mają znacznie szerszy niż myślimy wpływ na życie w danym kraju.

Jaki?

W Polsce następuje wzrost ludności wiejskiej, a zmniejsza się liczba ludności w miastach. Polacy chcą mieszkać na wsi, ale rzadko uświadamiają sobie, że nie tylko matce naturze zawdzięczają atrakcyjne otoczenie. Pociąga ich wypielęgnowany, urozmaicony  krajobraz, a ten krajobraz pielęgnują rolnicy. Nie za darmo. Wieś na Węgrzech, w Czechach czy na Słowacji wygląda zupełnie inaczej, to głównie gospodarstwa wielkopowierzchniowe.

W Niemczech mieszka mniej więcej 80 milionów ludzi, dwa razy więcej niż w Polsce. Czy to znaczy, że działa tam również dwa razy tyle, co w Polsce, gospodarstw rolnych? To by dawało jakieś 2 miliony…

Nie, oczywiście, że nie. W Niemczech działa około 300 tysięcy gospodarstw. Ale tam konsolidacja sektora rolniczego trwała od 1945 roku. Wcześniej także był to sektor mocno rozdrobniony, a i dzisiaj w niektórych regionach nadal działają kilkunastohektarowe gospodarstwa. Jednak w Niemczech ponad 50 proc. ziemi rolnej jest uprawiane w dzierżawie – nie sprzedawano jej. W Polsce był znacznie większy obrót ziemią.

Jak więc powinien wyglądać stan docelowy w Polsce?

Warto starać się o balans pomiędzy rolnictwem wielkoobszarowym i rolnictwem rodzinnym. Patrząc z punktu widzenia polskiej tradycji, ale przede wszystkim gospodarczych możliwości, gospodarstwa, które chcą się rozwijać muszą mieć wsparcie państwa – i nie chodzi mi o pieniądze. Trzy przykłady niezbędnych działań, które nie mogą się obyć bez udziału państwa: edukacja rolnicza, scalanie gruntów rolnych, budowa infrastruktury.

To zupełnie różne obszary. Łączą się ze sobą?

Scalanie gruntów służy temu, aby powiększać areał upraw. Małe pola to polska zaszłość historyczna, a małe pole jest nieekonomiczne. W scalaniu, upraszczając, chodzi o ty, by rolnicy mogli się niejako wymieniać gruntami, łącząc małe pola w większe. To jednak wymaga znaczących prac geodezyjnych, bo trzeba zmieniać granice, plany terenów, a przede wszystkim infrastrukturę, np. wytyczać nowe drogi polne. To duże koszty. W innych krajach takie działania wspiera państwo.

Jaka liczba gospodarstw w Polsce byłaby optymalna dla naszego wewnętrznego rynku, ale także abyśmy mogli być w wspomnianym zapleczem żywnościowym Europy?

Nie da się odpowiedzieć jedną liczbą. Rola rolnictwa, w mojej opinii, jest większa niż tylko produkowanie surowca dla przemysłu rolno-spożywczego. Trzeba brać pod uwagę różne aspekty, na przykład ile ekologicznej żywności będą chcieli mieć do swojego użytku polscy konsumenci. Jej produkcja zazwyczaj odbywa się w mniejszych gospodarstwach. Druga sprawa – na ile polskie rolnictwo będzie mogło prowadzić sprzedaż bezpośrednią swoich produktów.

Pan nie odpowiada, pan również stawia pytania. Czy to znaczy, że w Polsce nie ma strategii, która prognozowałaby kolejne etapy rozwoju sektora?

Zgadza się, strategii, która określałaby, jak powinno wyglądać polskie rolnictwo – np. za dekadę – i jakimi metodami powinniśmy dochodzić do wskazanego etapu, nie ma.

Czy rentowność polskich gospodarstw rolnych rośnie?

McKinsey wylicza, że znacznie szybciej niż w innych krajach rośnie produktywność polskiego rolnictwa. Rentowność podlega dużym wahaniom, bo zależy od cen produktów w poszczególnych sektorach. W zeszłym roku rentowność branży mleczarskiej, na przykład, była bardzo wysoka, bo wysokie były ceny mleka. W tym roku jest odwrotnie.

Cały przemysł rolno-spożywczy nie jest zawieszony w próżni. Bez dobrej jakości surowca, po konkurencyjnej cenie, przemysł nie ma szansy ani się rozwijać, ani zarabiać. Najlepiej to widać w przemyśle mięsnym, bo w ostatnich latach drastycznie spadła w Polsce produkcja wieprzowiny. Zdarzało się już, że z powodu braku surowca zakłady mięsne stawały na granicy upadłości. W tej chwili Polska jest importerem netto wieprzowiny, importujemy jej olbrzymie ilości, a to ma wpływ i na rentowność produkcji, i na ceny w sklepie.

Zupełnie inaczej jest w przemyśle mleczarskim – ta gałąź ma bardzo silną pozycję. I w tym miejscu trzeba podkreślić, że większość tego przemysłu należy w Polsce do spółdzielni mleczarskich opartych na rodzimej bazie surowcowej, które dostarczają surowiec konkurencyjny jakościowo i cenowo.

Co, poza cenami surowca, wpływa dziś najbardziej na zyskowność działalności rolniczej?

Dwa czynniki odróżniają rolnictwo od innych sektorów działalności gospodarczej w Polsce. Pierwszy – ryzyko produkowania w warunkach naturalnych, pod chmurką. To oznacza duży wpływ czynników zewnętrznych (atmosferycznych), na które nie mamy żadnego wpływu, których nie jesteśmy w stanie kontrolować. Tylko w tej branży zdarza się, że wykonałem swoje obowiązki w 100 proc. a i tak nie zbiorę nic.

Drugie ryzyko to czas. Produkcja na przykład pojedynczego samochodu trwa, załóżmy, 2 tygodnie. Jeśli ja zasieję rzepak w sierpniu jednego roku to zbieram go w lipcu następnego. W tym czasie nie mogę już zrobić nic, nie mogę reagować na wydarzenia na rynku. Na przykład na to, że ceny spadły o połowę.

Przecież istnieją narzędzia finansowe, które zabezpieczają sektor – ubezpieczenia, giełdy towarowe itp.

Zgadza się, ale żeby korzystać z tych mechanizmów, trzeba móc oferować większe partie surowca. Tu dochodzimy do podstawowego problemu – brak współpracy między rolnikami to pięta achillesowa polskiego rolnictwa. Firma Danish Crown, która trzęsie światowym rynkiem wieprzowiny, jest spółdzielnią należącą do rolników. Firma Nordzucker, jeden z największych producentów cukru na świecie, to spółka akcyjna należąca do rolników. A polscy producenci buraka cukrowego do dziś nie doczekali się realizacji ustawy cukrowej, która obliguje rząd do uczynienia plantatorów akcjonariuszami Krajowej Spółki Cukrowej.

Współdziałanie dałoby rolnikom kartę przetargową?

Oczywiście, ale przede wszystkim rolnicy mogliby współuczestniczyć w tworzeniu wartości dodanej. Obecnie większość rolników w Polsce to wyłącznie producenci surowca, zaś na świecie większość rolników ma udział w tworzeniu wartości dodanej w fazie przetwarzania tego surowca. To jest decydujący element dla rozwoju polskiego rolnictwa. We Francji, Danii, w Niemczech czy w Austrii większość działań w rolnictwie jest realizowana przez spółdzielnie.

Współpraca tego typu nie jest polską mocną stroną. Sami rolnicy są nią zainteresowani?

Podobnie jak w przypadku scalania gruntów rolnicy są tym zainteresowani, ale potrzebują stabilnych ram prawnych i wsparcia takich działań. Na razie chyba nie ma do tego woli politycznej.

Jakie są największe wyzwania dla sektora rolniczego w Polsce na najbliższych kilka lat?

Poza tymi, które już wymieniłem – przystosowanie się do zmian: do zmniejszenia ilości stosowanych środków ochrony roślin, do zwiększonych wymogów jakościowych żywności. To zaś wiąże się z wprowadzaniem w rolnictwie nowych technologii. Trzeba się zmobilizować, żeby przemiany strukturalne nadążyły za zmianami następującymi na świecie, za rozwojem technologii, za globalizacją.

Rozmawiała Katarzyna Mokrzycka

Dr Adam Koziołek, absolwent Uniwersytetu w Getyndze, jest prezesem Polskiego Wydawnictwa Rolniczego. Wraz z teściem prowadzi w Polsce 250 hektarowe gospodarstwo rolne.

 


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły