Władza na tylnym siedzeniu

11.10.2014
Lobbing w Waszyngtonie jest dziś silniejszy niż kiedykolwiek, choć formalnie został ograniczony. Także dotacje najbogatszych na cele polityczne są rekordowo wysokie. Zła atmosfera wokół wpływania na decyzje prawodawców i władzy wykonawczej nie przekłada się na realnie słabsze naciski na polityczne decyzje, a te muszą oddziaływać na gospodarkę.

(CC BY NC SA Truthout.org)


System polityczny Stanów Zjednoczonych nosi cechy plutokracji: bogaci nie muszą rządzić bezpośrednio, mają wystarczająco duży – jeśli nie decydujący – wpływ na politykę. Świadczy o tym nie tylko przywoływany w każdej analizie nierówności ekonomicznych podział zasobów i aktywów, których 80 proc. pozostaje w rękach 2 proc. obywateli. Prezydent Barack Obama miał ambicje wprowadzenia w Ameryce europejskich rozwiązań państwa socjalnego. Odpowiedzią ze strony dużych pieniędzy był wzrost lobbingu korporacyjnego i indywidualnych dotacji wraz ze zniesieniem limitów na finansowanie kampanii politycznych. Najbardziej widoczne efekty to na przykład obstrukcja jaką ustawodawcy tworzą wobec rządowych projektów.

Lobbyści w odwrocie, lobbing w natarciu

Amerykański gigant konsultingowy McKinsey obliczył w 2013 roku, że interwencje rządu w postaci nowych regulacji przedstawiają dla biznesu ryzyko wartości średnio 30 proc., a w sektorze finansowym 50 proc. zysków. Nic dziwnego, że wydatki na przekonywanie do korzystnych rozwiązań prawnych biją rekordy. Według opensecrets.org ponad 200 klientów sektora finansowego (głównie banki) wydaje na lobbing w drażliwych sprawach bezpieczeństwa i inwestycji średnio około 100 dol. dol. rocznie. Rekord nie należy bynajmniej do Wall Street, która plasuje się zaledwie na pozycjach od ósmej do jedenastej w zależności od roku. Najwięcej na lobbing wydają: przemysły farmaceutyczny (272 mln dol. w 2009 r., a w roku 2013 226 mln dol.) i ubezpieczeniowy (163 mln dol. w 2009 r., 154,6 mln dol. w roku 2013).

Oficjalne dane mówią, że w 2013 roku na lobbing wydano w USA 3,2 mld dol. Fundacja Sunlight, która stara się podnosić standardy przejrzystości w polityce i biznesie, twierdzi, że faktycznie wydatki te były co najmniej dwa razy większe. Prof. James Thurber z American University podaje nawet wartość 9 mld dol.

Te rozbieżne dane wynikają z tego, że – jak udokumentowało Center for Responsive Politics – w 2012 roku 46 proc. tych, którzy jeszcze w roku 2008 byli zarejestrowani jako lobbyści, zmieniło zawód, ale nie zmieniło miejsca pracy. Jako nie-lobbyści nie muszą ujawniać przychodów i wydatków, co zaniża oficjalne wyniki.

Lobbyści się wyrejestrowują nie z powodu deklaracji o przychodach, tylko by zwiększyć skuteczność.

Przyjęta w 2007 roku w celu uczynienia sektora bardziej przejrzystym ustawa Honest Leadership and Open Government nie zwalczyła złej opinii o lobbingu i walka z nim stała się jednym z punktów polityki Baracka Obamy. Dla „ochrony głosu zwykłych obywateli” prezydent wprowadził w 2011 r. zakaz zasiadania osób reprezentujących interesy korporacji w rządowych radach eksperckich. Unieważniając tę decyzję, sąd zapytał, w jaki sposób wykluczenie reprezentantów takich firm jak Boeing czy General Electric miałoby chronić głos obywateli. Jest on chroniony przez pierwszą poprawkę do konstytucji, która daje każdemu prawo do organizowania się i składania petycji do rządu, czyli lobbingu.

Pieniądze kupują (byłych) polityków

Klimat niechęci spowodował jednak, że lobbyści znaleźli inne ścieżki. Amerykańska Liga Lobbystów (American League of Lobbyists) zmieniła nazwę na Stowarzyszenie Profesjonalistów w Relacjach z Rządem (Association od Governmet Relations Professionals). Jednocześnie ferwor rządu we wprowadzaniu reform sprawił, iż lobbing stał się tylko bardziej ofensywny.

Taka kombinacja skutkuje tym, że sektor jest o wiele bardziej nieprzejrzysty, pozwalając m.in. na praktykę tzw. obrotowych drzwi, czyli przechodzenia z polityki i państwowych stanowisk do lobbingu. Da opinii publicznej jest to dowód skorumpowania Waszyngtonu, a mimo to nawet największe polityczne nazwiska korzystają coraz szerzej z takich możliwości.

Były lider demokratycznej większości Senatu Tom Daschle i były spiker Izby Reprezentantów Newt Gingrich (republikanin) pracują dla wielkich firm lobbystycznych, nie są jednak zarejestrowani jako lobbyści. Chris Dodd, były demokratyczny senator, współautor reformującej Wall Street ustawy Dodda-Franka, który publicznie przysięgał, że po odejściu z Senatu w 2010 r. nie wstąpi w szeregi lobbystów, dziś jest szefem grupy adwokackiej przemysłu filmowego Motion Picture Association of America (skutecznie reprezentował interesy producentów z Hollywood przy negocjacjach ustawy SOPA, na czym zarobił ponad 3,3 mln dol.). Tim Pawlenty, były gubernator stanu Minnesota, jest szefem elegancko nazwanej grupy adwokackiej sektora finansowego Financial Services Roundtable i zarabia na tym stanowisku 1,8 mln dol. rocznie, czyli 15 razy więcej niż jako gubernator).

Obok nieformalnego istnieje także zakulisowy lobbing. Prof. Janine Wedel z George Mason University zidentyfikowała nową klasę lobbystów, nazywając ich flexiens (elastyczni), albowiem gładko łączą różne role od pozycji w rządzie (doradcy, analityka), biznesie (tak samo), mediach (autora) do think-tanków (researchera, autora), zajmując się po cichu zleceniami lobbingu.

Jaka jest skala tego zjawiska? Zważywszy, że według Biura Badań Kongresu 3/4 kontrahentów rządu federalnego to prywatne firmy, może ono być bardzo szerokie. Pewną wskazówką jest też najwyższy w kraju wzrost cen nieruchomości w regionie Metro-Waszyngton.

Chodzi o lobbystów pracujących na rzecz dużych, często nieoficjalnych pieniędzy.

Najbogatszych nic nie ogranicza

W kwietniu 2014 r. roku Sąd Najwyższy zdjął skumulowane limity na dotacje na kampanie polityczne dla osób prywatnych. Współgra z orzecznictwem z 2010 roku, które zniosło ograniczenia dla firm fundujących ogłoszenia w kampaniach. Center for Responsive Politics obliczyło, że w 2012 roku około 590 osób wykorzystało ówczesne maksymalne pule finansowania kandydatów w wyborach różnych szczebli. Po zniesieniu limitów grupa ta może zwiększyć dotacje.

Darell West, dyrektor Governance Studies w Brookings Institute, przedstawia w swojej ostatniej książce 492 amerykańskich miliarderów i ich wpływ na kształtowanie polityki i społeczeństwa. Są coraz bardziej aktywni, ale nie zawsze ujawniają swoje cele. Angażują się w sporne kwestie w państwie. Jeff Bezos (Amazon) np. wsparł w stanie Waszyngton referendum na temat małżeństw tej samej płci kwotą 2,5 mln dol. Melinda i Bill Gatesowie (Bill & Melinda Gates Foundation) również wsparli to referendum (aczkolwiek tylko kwotą 100 tys. dol.) i są zaangażowani w reformę systemu edukacji, na co wydają miliony. Mark Zuckerberg (Facebook) wspiera projekt reformy, która zalegalizowałaby pobyt w USA obecnych nielegalnych imigrantów. Waren Buffett jest znany z nawoływania do podniesienia podatków dla megabogatych Amerykanów.

Rupert Murdoch jest właściciel dwóch superwpływowych mediów: „Wall Street Journal” i agresywnie walczącej po stronie republikanów telewizji Fox News. George Soros z kolei wpłacił 1 mln dol. na kampanię Obamy w 2012 roku i zadeklarował, że będzie wspierał Hillary Clinton. Rekord znanych wydatków pobił Sheldon Adelson (Las Vegas Sand Corporation), wydając w 2012 r. 93 mln dol. na Mitta Romneya, kontrkandydata Baracka Obamy. Przyrzekł, że na swego kandydata do prezydentury w 2016 r. wyda dwa razy więcej.

Szczodry jest także Michael Bloomberg. Aby ograniczyć prawo posiadania broni w USA, przekazał 50 mln dol. na walkę przeciw National Rifle Association. W tym celu stworzył organizację non-profit Mayors Against Illegal Guns I Everytown for Gun Safety i Partnership for a New American Economy. Fundacja małżeństwa Pierre’a i Pameli Omidyar (eBay) z kolei pracuje na rzecz wzmocnienia przejrzystości rządu, praw własności i rozwoju gospodarczego, a Peter G. Peterson (obecnie Peter G. Peterson Foundation) sfinansował powstanie organizacji Fix the Debt i Komisji na rzecz Odpowiedzialnego Federalnego Budżetu, ponieważ uważa, że rząd federalny musi za wszelką cenę zredukować zadłużenie.

Żaden z miliarderów nie jest jednak zaangażowany tak głęboko i dalekowzrocznie w politykę jak bracia Charles i David Kochowie (właściciele Koch Industries Inc., imperium ropy naftowej, gazu ziemnego, chemii, transportu i przemysłu wytwórczego, czyli drugiej największej prywatnej firmy w USA). Zwykle plasują się na 5. i 6. miejscu najbogatszych osób na świecie, majątek każdego z nich szacuje się na 53-54 mld dol. Zajmują się wszystkim – od wspomagania think-tanków, przez fundowanie kampanii medialnych po bezpośrednie finansowanie komitetów wyborczych – i na każdym poziomie: od hrabstwa (czyli gminy) po rząd federalny. Zajmują ich sprawy od podatków dla korporacji po decyzje w sprawie granic dystryktów szkolnych. W Columbus w stanie Ohio wygrali z projektem zwiększenia podatków dla utrzymania ogrodu zoologicznego. Reprezentują głęboki libertarianizm i przekonanie, że im mniej uprawnień ma rząd, tym lepiej dla obywateli. Ich cele sięgają dalej niż wpływ na najbliższe wybory. Oni chcą zmienić system.

Jak wydatki superbogaczy mają się do wyników najdroższych zawsze kampanii prezydenckich? W ostatnich wyborach kampanie obu kandydatów kosztowały niemal tyle samo, czyli blisko 1 mld dol. Jak natomiast plutokracja ma się do interesu społeczeństwa? Ocena zależy od przekonań, albowiem prawo do organizacji lobbingu ma w USA każdy.

Branże, którym zależy najbardziej (infografika DG)

OF


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły