Sama edukacja otyłości nie zapobiegnie

20.06.2015
Jak dalece rząd powinien regulować - i opodatkowywać - szkodliwe zachowania? Pytanie to od dawna nadaje kształt toczącej się w wielu krajach debacie publicznej o alkoholu, tytoniu, hazardzie, a także innych produktach i usługach. W USA - które stanowią zapewne ojczyznę globalnej kultury konsumpcyjnej - w debacie tej następuje zwrot w stronę walki z epidemią otyłości dziecięcej.  


Zakrawa na ironię, że choć wiele krajów rozwijających się nęka plaga niedożywienia dzieci, to w państwach rozwiniętych otyłość dziecięca staje się jedną z czołowych plag zdrowotnych. Bank Światowy ocenia, że na przykład w Indonezji ponad jedna trzecia dzieci cierpi wskutek niedorozwoju, co grozi im utrzymującymi się przez całe życie skutkami dla sprawności fizycznej i rozwoju umysłowego. Ciężka dola dzieci w krajach rozwijających się nie zmniejsza jednak problemu, jaki stanowi otyłość dziecięca w państwach rozwiniętych.

Choć waga tego problemu nie dorównuje być może znaczeniu globalnego ocieplenia i grożących światu braków wody, to w krajach rozwiniętych otyłość – zwłaszcza zaś otyłość dziecięca – znajduje się na krótkiej liście głównych zagrożeń zdrowia publicznego w XXI wieku. Zjawisko to szybko rozprzestrzenia się również w wielu krajach wschodzących. Uporanie się z nim nastręcza o wiele więcej trudnych problemów niż te, jakie pojawiały się w przypadku udanych interwencji w dziedzinie zdrowia publicznego, takich jak niemal powszechne szczepienia, fluoryzacja wody pitnej oraz przepisy bezpieczeństwa pojazdów.

Pytanie brzmi zatem: czy w ogóle są realne nadzieje na sukces jeśli rząd nie sięgnie po instrumenty o wiele bardziej toporne niż te, do użycia których wydaje się gotów obecnie? Zważywszy, że otyłość ma ogromny wpływ na koszty opieki zdrowotnej, na oczekiwane trwanie życia i jego jakość, jest to problem, który zasługuje na pilną uwagę.

Stany Zjednoczone przodują na świecie pod względem otyłości, są także w czołówce dyskusji na ten temat. Prawie wszyscy zgadzają się co do tego, że pierwszą linię obrony przed otyłością powinna stanowić lepsza edukacja. Kampania edukacyjna pierwszej damy Michelle Obamy „Ruszajmy się” stawia sobie za cel likwidację otyłości dziecięcej w ciągu pokolenia, ale o jej efektach niewiele dotychczas wiadomo. Inne działania obejmują apele celebrytów, takich jak kucharz Jamie Olivier oraz próby nauki partnerskiej, do których zalicza się działająca pod egidą „Ulicy Sezamkowej” platforma Kickin’ Nutrition (dla pełnej jawności: jej twórcą jest moja żona).

Choć edukacja stanowi podstawę walki z otyłością, nie jest wcale jasne, czy to wystarczy, zwłaszcza że na rynku żywności dominują wielki korporacje, dysponujące ogromnymi środkami i wszelkimi zachętami do kultywowania nadmiernej konsumpcji. Skierowane do dzieci komercyjne programy telewizyjne obfitują w reklamy przetworzonej żywności, której wartość dla zdrowia jest wątpliwa. A na każdego celebrytę, poświęcającego czas walce z otyłością, przypada mnóstwo takich, którzy wolą duży zarobek za zachwalanie produktów takich jak przesłodzone napoje, stanowiące chyba tytoń naszego pokolenia. Organizacjom non-profit trudno konkurować z wartościami, jakie uosabia film reklamowy Pepsi z udziałem Beyoncé czy reklamówka Diet Coke w wykonaniu Taylor Swift.

Przyczyny otyłości są złożone, a nauka o rozumieniu ludzkich zachowań znajduje się w stanie embrionalnym; mimo to określanie tego problemu jako epidemii nie jest wcale przenośnią. Według Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorobom [Centers for Disease Control and Prevention] w USA około 18 proc. dzieci w wieku od 6 do 11 lat dotkniętych jest już nie nadwagą, ale otyłością.

Epidemia ta niesie ze sobą wielorakie zagrożenia, a główne z nich polega na tym, ze otyłość dziecięca prowadzi do otyłości w wieku dojrzałym, to zaś oznacza znaczne zwiększenie zagrożenia cukrzycą i chorobami serca. Eksperci szacują, że w krajach rozwiniętych ponad 18 proc. dorosłych to ludzie otyli. Jeszcze bardziej zdumiewające są szacunki, iż około 9 proc. wszystkich Amerykanów – i podobny odsetek dorosłych na całym świecie – ma cukrzycę.

Politycy, którzy przeciwstawiają się wielkim firmom żywnościowym, czynią to na własne ryzyko. Gdy poprzedni, popularny burmistrz Nowego Jorku, Michael Bloomberg, usiłował zakazać napojów słodzonych w dużych opakowaniach, opinia publiczna (nie wspominając już o Sądzie Apelacyjnym Stanu Nowy Jork) odrzuciła ten pomysł, choć miał on wsparcie ekspertów medycznych. Wielu komentatorów – nawet tacy, którzy sympatyzowali z celem Bloomberga – dowodziło, że błędne jest dążenie do tak otwartej ingerencji prawnej w zachowania konsumenckie. Kiedy jednak pomyśleć o innych podejmowanych w minionych pięciu dekadach (i udanych) staraniach na rzecz zdrowia publicznego – na przykład takich jak zakazy palenia tytoniu, pasy bezpieczeństwa w samochodach oraz ograniczenia szybkości – można stwierdzić, że takie przepisy uzupełniają zwykle akcję edukacyjną.

Mniej obcesowym sposobem wpływania na wybór jedzenia mogłoby być wprowadzenie podatku od sprzedaży detalicznej wszelkiej żywności przetworzonej – nie tylko napojów słodzonych – i zrównoważenie tego subsydiowaniem żywności nieprzetworzonej. Największymi beneficjentami takiego rozwiązania byłyby w długim okresie rodziny o niskich dochodach (które najczęściej dotyka otyłość). Krótkookresowe skutki dochodowe tego rozwiązania można by zrównoważyć za pomocą zwiększonych transferów. Propozycję zarysu takiego podejścia przedstawiłem wspólnie z Davidem Ludwigiem i Dariushem Mozaffarianem, badaczami z zakresu medycyny.

Niektóre przetworzone wyroby żywnościowe są oczywiście dużo gorsze od innych. Możliwy jest zatem ich bardziej złożony podział, powinno się też oczywiście wysuwać i omawiać inne pomysły. Nasze podejście ma jednak ważną zaletę praktyczną – prostotę. Trzeba przede wszystkim zrozumieć, że amerykańska kultura konsumencka zdominowana jest przez przemysł żywnościowy, który wykorzystuje naturalną radość, jaką sprawia ludziom jedzenie i w wielu przypadkach przekształca ją w coś, co jest uzależniające i szkodliwe. Każdy, kto odwiedza USA, może bez trudu zobaczyć, jak wszechobecny jest to problem.

Właściwy punkt startu do jego rozwiązania stanowi osiągnięcie lepszego balansu między edukacją i dezinformacją komercyjną. Żywność tak jednak uzależnia, a otoczenie tak bardzo skłania do niezdrowych wyborów, że przyszła pora, by pomyśleć interwencji rządu na szerszą skalę. Powinna ona oczywiście obejmować znacznie zwiększone wydatki na edukację publiczną. Podejrzewam jednak, że rozwiązanie długofalowe będzie musiało także zawierać regulacje działające bardziej bezpośrednio – i że na dyskusję o sposobach leczenia nie jest bynajmniej za wcześnie.

© Project Syndicate, 2015

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test