Sri Lanka na sznurze chińskich pereł

19.05.2011
Dwa lata nie wystarczyły, by Sri Lanka otrząsnęła się po wieloletniej wojnie domowej. Nie wystarczyły także zachodnim mocarstwom do powstrzymania rozwoju kolejnej dyktatury. Wystarczyły za to Chińczykom do zdobycia następnego przyczółka gospodarczej i politycznej dominacji.

W Vavuniji najpierw pojawiły się kolorowe reklamy telefonów komórkowych i Coca-Coli, potem skromne restauracyjki i sklepy. Do miasta życie zaczęło wracać dopiero, gdy otwarto świeżo odminowaną drogę A9, po której zaczął jeździć autobus na trasie Kolombo – Dżafna. Przerwa w kursie trwała przeszło ćwierć wieku. W tym czasie Sri Lanka (dawny Cejlon) była pogrążona w jednej z najbardziej krwawych wojen współczesnej Azji. Przez Vavuniję przebiegała linia frontu walk między wojskami rządowymi, a Tamilami, dążącymi do utworzenia na północy i wschodzie wyspy własnego państwa. Mimo, że wojna skończyła się dokładnie dwa lata temu, obcokrajowcy – by móc dotrzeć w rejony dawnych walk na północ od miasta – wciąż muszą ubiegać się o specjalne przepustki z ministerstwa obrony. Ciągnących się przez bazę wojskową Elephant Pass (“Przejście słonia”) aż do samej Dżafny – duchowej i kulturowej stolicy srilańskich Tamilów.

Dziennikarze najczęściej przepustek nie dostają. Bo i władze nie są zainteresowane ujawnieniem, co tak naprawdę dzieje się na terenach, które kiedyś miały być tamilskim państwem. Teraz, jak i reszta wyspy, są polem umacniania władzy prezydenta Mahinda Rajapaksy, który uwolnił kraj od terrorystów. I wpuścił Chińczyków.

Chiny budują zaplecze

Po wyspie Hainan, z podziemną bazą dla okrętów atomowych, oraz Pakistanie, Birmie i Bangladeszu, gdzie Chińczycy zbudowali bądź umocnili porty, które mogą być wykorzystywane przez marynarkę do dokowania i uzupełniania paliwa, Sri Lanka stała się naturalnym wyborem na ukończenie chińskiego “sznuru pereł” na Oceanie Indyjskim.

Chiny zabezpieczają w ten sposób swoje szlaki handlowe i – potencjalnie – militarne. A przy okazji, w ścisłej współpracy z rodziną prezydenta Sri Lanki, przejmują szturmem gospodarczą kontrolę nad byłą kolonią brytyjską.

Sri Lanka, która w latach 70. miała ambicje zostania “drugim Singapurem” i turystyczną perłą Azji, pogrążyła się w chaosie i gospodarczej zapaści przez bratobójczą wojnę. To jeszcze za panowania Brytyjczyków wybuchły pierwsze animozje między rdzenną ludnością Sri Lanki – buddyjskimi Syngalezami a pochodzącymi z Indii Tamilami – hinduistami. Anglicy uznali, że ci ostatni są bardziej pracowici, pokorni, skłonni do uczenia się angielskiego i wypełniania poleceń. Obsypali ich więc przywilejami: dostęp do edukacji i posady w administracji. Przy okazji sprowadzili z południowych Indii tysiące nowych Tamilów do pracy na plantacjach herbaty i przy karczowania dżungli pod nowe uprawy. Syngalezi, większość etniczna, stali się mniejszością gospodarczą i polityczną. Ale zemścili się dopiero po wyrzuceniu Anglików w 1948 r., wprowadzając rasistowskie prawo narzucające prymat swojego języka i religii. Spychana na margines tamilska mniejszość po raz pierwszy zażądała niezależności pod koniec lat 70.

W jej interesie wystąpił Velupillaia Prabhakaran, który założył organizację militarną LTTE (Tygrysy Wyzwolenia Tamilskiego Islamu), znaną jako Tygrysy Tamilskie. Wkrótce stał się wzorem dla innych separatystów na świecie. Z ośmioma tysiącami bojówkarzy rekrutowanych nawet wśród kobiet i dzieci, finansowaną przez diasporę własną flotą i brygadą zamachowców – samobójców terroryzował kraj regularnie od lipca 1983 roku. W zasadzce Tygrysów na półwyspie Dżafna zginęło wówczas kilkunastu żołnierzy rządowych, co sprowokowało armię do przeprowadzenia rzezi tamilskich mieszkańców stolicy – Kolombo. Dawna kolonia brytyjska zamieniła się w krwawe pole walki między syngalezką armią a terrorystami, w której zginęło w sumie ponad 70 tysięcy ludzi. Premier Indii Rajiv Gandhi zginął w 1991 roku najprawdopodobniej z rąk zamachowcy – samobójcy z LTTE w geście zemsty za wysłanie na wyspę indyjskich sił pokojowych, które miały pomóc ówczesnym władzom w zaprowadzeniu na wyspie “porządku”.

Końca konfliktu nie było widać, bo następujące po sobie władze albo były gotowe na ustępstwa wobec Tamilów, albo zaostrzały represje i odchodziły od stołu rokowań. Prabath Sahabandu, redaktor naczelny lokalnego, anglojęzycznego dziennika The Island podsumowuje:

– Ostatnie trzydzieści lat polityki tego kraju to przede wszystkim, oprócz okrucieństwa, korupcja i przestępstwa wyborcze.

W 2001 roku Kraj był już bankrutem z długiem przekraczającym 100 proc. PKB i 1,4 – proc. spadkiem PKB. Kryzysowi walutowemu udało się zapobiec tylko dzięki osiągniętemu wówczas na krótko porozumieniu o zawieszeniu broni z LTTE i zaciągnięciu znacznych pożyczek zagranicznych.

Dzięki zwiększonym wydatkom na obronę w końcowej fazie wojny domowej oraz zagranicznym, głównie chińskim inwestycjom – wzrost PKB w 2009 r. sięgnął prawie 4  proc., a w zeszłym roku 8 proc. (ale przy ponad 9-proc. deficycie PKB). Oprócz Chińczyków głównymi inwestorami (i jednocześnie importerami) są ich główni rywale w regionie: Hindusi, Malezyjczycy i Brytyjczycy, najczęściej powiązani z potomkami byłych kolonizatorów. Inni nie mają tu nawet czego szukać.

Wpływy z inwestycji i odradzającej się po wojnie turystyki nie przekładają się na sytuację zwykłych mieszkańców. Według oficjalnych rządowych statystyk (które nie uwzględniają w ogóle ludności tamilskiej) bezrobocie nie przekracza 5 proc. A naprawdę jedna czwarta 21 milionowej populacji żyje poniżej granicy ubóstwa.

Wejście smoka

Chińczycy pojawili się, kiedy zachodnie mocarstwa odmówiły finansowego wspierania rządzących w bratobójczych rzeziach. Od 2005 roku przejęli na siebie główny obowiązek zapewniania pomocy “humanitarnej”, broni i amunicji. Większość dostaw broni (nadal kupowanej) miała załatwiać firma Lanka Logistics and Technologies, w której większościowy udział ma sekretarz obrony i zarazem brat aktualnego prezydenta Sri Lanki. Rajapaksa, lider partii rządzącej, po raz pierwszy wygrał wybory właśnie w 2005 roku, paradoksalnie dzięki ich zbojkotowaniu przez Tamilów. Z bojówkami Tygrysów ostatecznie rozprawił się w maju 2009 roku. Wzmocnione chińskim sprzętem wojska całkowicie odcięły rebeliantów LTTE od ostatniego skrawka wybrzeża Oceanu Indyjskiego, jaki jeszcze kontrolowali. Dzięki zmasowanym atakom z ziemi, morza i powietrza 18 maja 2009 roku Rajapaksa mógł dumnie ogłosić:

– Mój rząd i nasze siły zbrojne w tej bezprecedensowej humanitarnej operacji ostatecznie pokonały Tamilskich Tygrysów. Ale o humanitaryzmie nie mogło być mowy. Parę dni później ministerstwo obrony ujawniło, że w ostatniej fazie wojny zginęło ponad 6 tys. żołnierzy. I prawdopodobnie kilka lub kilkanaście tysięcy cywilów uwięzionych w oblężeniu.

Na pomoc rządowi znów ruszyły Chiny, dzięki którym Rada Praw Człowieka ONZ przyjęła rezolucję uznającą konflikt na Sri Lance za wewnętrzną sprawę tego kraju i pozwalającą władzom na ograniczenie organizacjom humanitarnym dostępu do obozów dla osób wewnętrznie wysiedlonych. Srilańscy dziennikarze, bądź opozycjoniści, którzy usiłują podejmować drażliwe dla rządu tematy, giną bez śladu albo ulegają nieszczęśliwym wypadkom. Od zakończenia wojny zginęło już ponad 30 dziennikarzy i setka innych osób, które odważyły się wypowiadać negatywnie o polityce “jego ekscelencji”, jak każe nazywać się prezydent.

Sri Lanka – rodzinny interes

W ten sposób Sri Lanka dołączyła do krajów, gdzie jedyną kontrolę sprawuje dyktator z demokratyczną legitymacją. W ubiegłym roku Rajapaksa wygrał kolejne wybory kilkoma procentami głosów z Sarathem Fonseką, byłym dowódcą armii i autorem zwycięstwa nad Tamilami. Ten oskarżył prezydenta o oszustwa wyborcze i łamanie demokracji, a w odwecie został oskarżony o planowanie zamachu stanu i skazany na 30 miesięcy więzienia. Jesienią zeszłego parlament, zdominowany przez prezydencki Zjednoczony Ludowy Sojusz Wolności (UPFA), zmienił konstytucję, dzięki czemu Rajapaksa nie ma już ograniczeń w ubieganiu się o kolejne kadencje i ma wyłączność w mianowaniu najważniejszych urzędników. Osobiście, albo poprzez trzech rodzonych braci, kieruje w sumie około 80 instytucjami, m.in. armią, ministerstwami obrony, finansów, portów i lotnictwa. To dzięki absolutnej władzy rodziny Rajapaksy Chińczycy, bez przetargów i ujawniania warunków kontraktów, dostają większość zleceń na odbudowę kraju. Począwszy od remontu drogi Kolombo-Dżafna po luksusowe hotele, które mają do kraju przyciągać 2 miliony turystów rocznie.

Lokalna prasa opozycyjna pełna jest emocjonalnych reportaży o losach tamilskiej ludności nie mogących wrócić po wojnie do swoich wsi, bo wiele terenów zostało sprzedanych a nawet – jak przyznał sekretarz resortu finansów – oddanych za darmo pod budowę kompleksów turystycznych i biurowych. Budowanych, najczęściej w joint-venture z tutejszym rządem, m.in. przez chińskiego producenta sprzętu wojskowego CATIC, który w czasie wojny dostarczał Sri Lance samoloty bojowe.

Największym klejnotem wśród chińskich inwestycji ma być położona na południu wyspy Hambantota. W tej małej rybackiej wiosce, zrujnowanej doszczętnie przez tsunami w 2004 roku, chiński państwowy konglomerat buduje gigantyczny port, który według oficjalnej propagandy ma umożliwić Sri Lance udział w obsługiwaniu transoceanicznej floty. Jak ujawniła gazeta Tamil Daily News, 90 proc. z 2 mld dolarów potrzebnych do jego wybudowania, srilańskie władze pożyczają od Chińczyków. Co ciekawe, od otwarcia w listopadzie ubiegłego roku pierwszego etapu inwestycji do końca marca tego roku, do portu nie wpłynął ani jeden statek. Być może dlatego, że na potrzeby niewielkiego srilańskiego handlu, opartego niemal wyłącznie na imporcie, wystarcza istniejący od dawna port w Kolombo. A statki płynące z Europy do Azji nie muszą zatrzymywać się w rybackiej wiosce, skoro zaledwie trzy dni drogi dalej mają do dyspozycji nowoczesne porty w Singapurze czy Dubaju, gdzie i paliwo i przeładunek kosztują dużo mniej. Nie zrażone tym srilańskie władze zleciły już Chińczykom kolejną inwestycję w Hambantocie – gigantyczne centrum sportowe, ze stadionam do hokeja, lekkiej atletyki, polem golfowym i centrum wystawienniczym. Stadion do krykieta już jest.

W kraju, gdzie jedna trzecia ludności żyje poniżej granicy ubóstwa, ponad ćwierć miliona o wysiedlonych w czasie wojny wciąż nie ma gdzie mieszkać, obywateli udało się przekonać do właściwego głosowania w wyborach paczkami darmowej żywności i nawozów do upraw.

W rejonie Vavuniji władze wciąż utrzymują nie tylko obozy dla wewnętrznych uchodźców, ale i centra “rehabilitacji” dla około czterech tysięcy byłych członków LTTE. Część bojówkarzy skazano za działalność terrorystyczną, część wypuszczono na wolność w ramach powojennego procesu “rekoncyliacji”. Co się z nimi dzieje i na czym polega rehabilitacja, nie wiadomo. Wojsko rozsiane na drodze biegnącej przez rejon Vavuniji nie pozwala nawet zbliżyć się do terenów obozów. Wiadomo tylko, że teoretycznie zlikwidowana LTTE wciąż może być zagrożeniem dla spokoju na wyspie. Żyjący w USA przywódca milionowej diaspory tamilskiej, Rudrakumaran Viswanathan, założył rząd tamilskiego Ilamu na uchodźctwie i grozi, że nowy cel Tamilów to przeprowadzenie referendum niepodległościowego na wzór przeprowadzonego w styczniu w Sudanie Południowym. Na rękę Tamilom byłoby uchwalenie przez Radę Praw Człowieka ONZ rezolucji w sprawie łamania praw człowieka na Sri Lance. Ale przy sprzeciwie Chin to mało realne.

Artykuły powiązane


Tagi

Popularne artykuły

test