Sukces największym zagrożeniem dla Chin

25.12.2018
Czy Chiny po czterech dekadach bezprecedensowych sukcesów gospodarczych i zmian też czekają trudne lata – pyta w książce „China's Crisis of Success” („Chiński kryzys wywołany sukcesem”) amerykański analityk William H. Overholt.


Znane są w historii przypadki, że komuś w karierze idzie doskonale, ale nagle – z nie do końca znanych czy wyjaśnionych powodów – wszystko się kończy. Wielki sukces błyskawicznie zamienia się w klęskę. Czy to może być przypadek Chin?

Powyższy problem porusza William H. Overholt, doświadczony amerykański praktyk, analityk i badacz, związany z Azją od ponad 50 lat. Zaczynał pracę w 1963 r. na Filipinach, przez dekady mieszkał w Hongkongu i zna kontynent od podszewki. Kiedyś, w początkach lat 90. minionego stulecia narobił szumu książką, zapowiadającą nieunikniony szybki wzrost Chin, w co jego koledzy po fachu nie za bardzo wierzyli. Teraz zapowiada, choć nie przesądza, iż największym zagrożeniem dla Chin może okazać się zawrót głowy od nadmiaru sukcesów.

Wzorce wschodnie, nie zachodnie

Tezy tego eksperta, dziś zatrudnionego na Harwardzie, są godne uwagi, jako że są inne, niż zazwyczaj stawiane w świecie zachodnim. Po prostu, ogromne azjatyckie doświadczenie i znajomość tamtejszych, głównie chińskich, realiów robi swoje.

Overholt znakomicie zna różne oblicza Azji: od Filipin, poprzez Indonezję i Indie, po Chiny i „cztery gospodarcze tygrysy” (Koreę Południową, Hongkong, Singapur i Tajwan). I na tej podstawie stawia śmiałe tezy. Pisze: „Zachodni eksperci od Chin zazwyczaj uważają, że tamtejsze problemy z korupcją są tak nabrzmiałe, gdyż wywodzą się z systemu komunistycznego i zostaną naprawione w chwili, gdy Chiny staną się bardziej demokratyczne. Tyle tylko, że ci eksperci nigdy nie pogodzili się z faktem, że tego rodzaju ewolucja sprawiłaby, iż takie Chiny przypominałyby Indie czy Filipiny”.

Innymi słowy: zamiast sukcesów miałyby bezustanne problemy i zawirowania, a zanieczyszczenie środowiska nie mniejsze, niż notują u siebie. Jego zdaniem, takie manichejskie podziały na dobrych i złych nie tylko niczego nie wyjaśniają, ale zacierają ostrość spojrzenia i nie pozwalają zrozumieć, dlaczego Chiny, Korea Południowa, Tajwan (wcześniej też dyktatorskie, zanim stały się demokracjami) czy Singapur mogą poszczycić się tak wielkim wzrostem i szybką modernizacją. I wcale nie jest zdziwiony, że to właśnie tam, a nie na Zachodzie wraz z ferowanym przezeń neoliberalnym konsensusem waszyngtońskim, Chiny szukały wzorców dla siebie. A tamtejszy gradualizm okazał się bardziej skuteczny i dużo mniej bolesny społecznie od szokowej terapii.

Overholt jest w swoich poglądach bliski chłodnemu, wręcz wyrachowanemu pragmatyzmowi założyciela Singapuru Lee Kuan-yew czy wizjonera chińskich reform Deng Xiaopinga (obaj już zmarli). Autor nie zachwyca się na przykład Michaiłem Gorbaczowem i jego pierestrojką. Zarzuca zachodnim obserwatorom pokomunistycznych zmian „ideologiczną neurozę” i patrzenie na badane obiekty – czy to dawne ZSRR, czy obecną ChRL – poprzez ideologiczne okulary, stereotypy i uprzedzenia, powodujące oderwanie się od rzeczywistości, nadmierne teoretyzowanie i w efekcie – błędne wnioski.

Państwo ponad rynkiem

Najnowsza, głęboka co do treści i wyjątkowo trzeźwa w przesłaniu praca Overholta jest jednym wielkim apelem do jego amerykańskich kolegów i całego Zachodu: bierzcie pod uwagę doświadczenia azjatyckich modeli rozwojowych, tamtejszego państwa rozwojowego, i wyciągnijcie z tego należyte wnioski. Począwszy od tego, koronnego, że liczy się nie tylko rynek, ale i państwo; że nawet w ramach wszechobecnej i wszędobylskiej globalizacji należy brać pod uwagę narodowe interesy i własną specyfikę.

Chiny po 1992 r., gdy weszły już otwarcie – dzięki wizji i woli Deng Xiaopinga – na światowe rynki, cały czas uważały na to, by im się całkowicie nie podporządkować i nie tracić kontroli nad procesami gospodarczymi. Zastosowano chłodną, ale skuteczną formułę: „rynek tak, ale tam gdzie leżą nadrzędne interesy państwa, tam jest jego interwencja”.

Oczywiście, zakres tego interwencjonizmu jest kwestią sporną. Nawet Overholt, bardzo pozytywnie oceniający minione cztery dekady chińskich reform, nie ukrywa, że nadmiar autokracji i powrót do jednoosobowych rządów – co jeszcze nie jest faktem, lecz realnym zagrożeniem – w wykonaniu obecnego chińskiego wodza, Xi Jinpinga, może przynieść skutki odwrotne od zamierzonych. Tym bardziej, że – jak w pewnym momencie wylicza – Xi pełni łącznie niemal 20 najważniejszych funkcji w państwie, bo pozakładał różne grupy zadaniowe, na czele których sam stoi. Podważył też, co nie jest dobre, pozycję premiera Li Keqianga i jego gabinetu.

Kraj w przebudowie

W tym kontekście napotykamy kolejną programową i zarazem kluczową tezę autora. Uważa on, iż „jest mało prawdopodobne, by Chiny upadły”, jak im wielu w USA i na Zachodzie od lat przepowiada. Overholt jest innego zdania. Obawia się czegoś zupełnie innego: Chiny „właśnie przechodzą przez kolejne bolesne strukturalne reformy, a w ich trakcie rośnie ryzyko potężnej wywrotki”.

Tym bardziej, że jedna już była, gdy nader ambitne obecne przywództwo „piątej generacji” (u władzy od końca 2012 r.), chcąc przyspieszyć budowę nowego modelu rozwojowego, opartego na klasie średniej i silnym rynku wewnętrznym, a nie ekspansji i eksporcie jak dotychczas, popełniło gruby błąd, próbując przyspieszać budowę „społeczeństwa umiarkowanego dobrobytu” i zapraszając obywateli ChRL do gry na giełdach. Chińczycy szybko napędzili spekulacyjną bańkę, a ta z hukiem w 2015 r. pękła. A kraj w niespełna rok stracił blisko bilion dolarów oszczędności. Państwo stoi, nawet się nie chwieje, ale koszty są ogromne i mierzone nie tylko w straconych juanach: bo miliony ludzi straciło zaufanie do władz, którym zawierzyło. Natomiast te ostatnie zdradzają objawy strachu, stawiając na bezpiekę i twardy autorytaryzm. Te tymczasem, jak słusznie zaznacza autor, są „przeciwskuteczne z punktu widzenia innowacyjnej myśli”.

Widmo pustych osiedli

Overholt podkreśla, że „nie zazdrości” Xi Jinpingowi, który „musi teraz podejmować najbardziej ryzykowaną strategię polityczną ze wszystkich przywódców wielkich państw na świecie”. A to dlatego, że Chiny – owszem – szczycą się bezprecedensowym w dziejach całej ludzkości szybkim, niemal dwucyfrowym wzrostem przez ponad trzy dekady, ale zarazem narobiły sobie na tej drodze tyle kłopotów i nawarstwiły tyle problemów, że niełatwo będzie sobie z nimi poradzić.

Jakie to są problemy? Znane i całkiem dobrze definiowane przez władze: korupcja, ogromne rozwarstwienie dochodowe, nadmiar państwa w gospodarce i – nadal – potęga wielkich, nie zawsze użytecznych państwowych konglomeratów w produkcji. Do tego dochodzą nadmierne długi, szczególnie w wykonaniu władz lokalnych, które zarazem – wbrew zakazom centrali – chętnie inwestują w infrastrukturę, a nie na przykład w zieloną gospodarkę czy ekosystemy.

Tymczasem w poprzedniej, ekspansywnej fazie rozwoju, środowisko naturalne dokumentnie i bezprzykładnie zniszczono, a rodzimi, głodni zysku deweloperzy nie tylko zmienili oblicze kraju, ale też nastawiali osiedli – widm, w których nikt nie mieszka, tylko wiatr hula po pustych balkonach.

Tak: dzisiejsze Chiny to kraina czy kontynent sukcesu, ale też poważnego potencjalnego kryzysu. Albowiem stanowią one zarazem teren potężnych wyzwań: gospodarczych (bo partii i państwa jest w niej jednak zbyt dużo), handlowych (z widmem wojny handlowej i celnej z USA włącznie), ekologicznych, społecznych, demograficznych (nadmiar chłopaków po „polityce jednego dziecka”), gwałtownej urbanizacji (startowano w 1978 r., z 17 proc. dziś to już blisko 60 proc.), a przede wszystkim tego, że tamtejsza gospodarka przeszła z etapu prostoty do ery skomplikowania”.

Skomplikowane procesy nastąpiły też w chińskim społeczeństwie, które stało się poletkiem doświadczalnym gruntownych zmian świadomościowych i kulturowych. W komunizm już nikt tam nie wierzy, a w odradzający się i wtłaczany odgórnie przez władze konfucjanizm nie wszyscy chcą wierzyć, uciekając czy to do buddyzmu, czy bardziej ulotnego i indywidualistycznego taoizmu, czy do chrześcijaństwa.

Overholt w rozważania społeczno-kulturowe za bardzo nie wchodzi. Notuje jedynie problemy. Jego analiza ma przede wszystkim charakter gospodarczy, jak też międzynarodowy, w kontekście globalizacyjnym. A w nim na plan pierwszy coraz bardziej wysuwają się, również w jego analizie, nie tylko kwestie handlowe czy celne, lecz – budzące coraz większy niepokój na zewnątrz – ambitne chińskie plany innowacyjne. Chiny mają już 11 firm w pierwszej setce o zasiągu globalnym, począwszy od Lenovo, Huawei, ZTE czy producenta samochodów elektrycznych BYD, podczas gdy Indie żadnego, poza usługami Infosys.

Od sukcesu do kryzysu

Państwo Środka odnotowało bezprzykładne sukcesy. W „epoce Xi Jinpinga” trwa realizacja ambitnych programów na scenie wewnętrznej – takich jak budowa klasy średniej do 2021, innowacyjnego społeczeństwa do 2035 r., a nawet „wielkiego renesansu narodu chińskiego” do 2049 r. Są też projekty zewnętrzne, takie jak Inicjatywa Pasa i Szlaku. Jednak wszystkie one napotykają na potężne wyzwania.

Toteż warto zastanowić się nad końcową konkluzją tego wyjątkowo dobrze zorientowanego i znającego współczesne Chiny i Azję eksperta z Harvardu: „Chiny znalazły się na styku wielkości, stagnacji lub tragedii, a ryzyko jest tak ogromne, że nawet jakieś nieprzewidziane wydarzenie może zakłócić cały proces. To jest właśnie właściwa definicja chińskiego kryzysu, który może wywodzić się z dotychczasowych sukcesów”.

Pełna zgoda. Dlatego o Chinach i o procesach tam dzisiaj zachodzących trzeba po prostu wiedzieć więcej. Mają bowiem, ze względu na tamtejszą skalę, globalny wymiar. Cokolwiek się teraz w Chinach czy z Chinami stanie, będzie miało znaczenie dla wszystkich.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test