• Aleksander Piński

Swobodny transfer kapitału niszczy fundamenty cywilizacji

17.03.2019
Możliwość swobodnego przenoszenia kapitału w świecie stworzyła nowy rodzaj władzy, która sama może się bogacić, podczas gdy kraj jej podległy popada w ruinę - wynika z książki Olivera BulloughaMoneyland: Why Thieves And Crooks Now Rule The World And How To Take It Back”.


„Budynek w którym mieści się moja ulubiona kawiarnia w Londynie, należy do firmy z Bahamów. Z kolei lokal, w którym urzęduje mój fryzjer, jest własnością spółki z Gibraltaru, a plac budowy, który mijam w drodze na pociąg, należy do podmiotu z Wyspy Man” – opisuje autor w pierwszym rozdziale książki (jej polski tytuł to „Kraina pieniądza: Dlaczego złodzieje i oszuści teraz rządzą światem i jak to zmienić”). Gdyby przeciętny człowiek próbował samodzielnie dojść do tego, dlaczego taka sytuacja ma miejsce i co z niej wynika, to nie miałby czasu na nic innego. Stąd nic dziwnego, że większość ludzi woli ignorować to, co robią najbogatsi.

Według Bullougha najbogatsi żyją w zupełnie innej rzeczywistości niż my wszyscy. Nazywa ją „Krainą pieniądza”(ang. Moneyland). To świat, w którym jednocześnie istnieją maltańskie paszporty, angielskie prawo przeciw zniesławieniu, amerykańska ochrona prywatności, panamskie korporacje, trusty z Jersey, fundacje z Lichtensteinu. Jednak najistotniejszą cechą „Krainy pieniądza” jest to, że nie ma w niej stałych zasad. Najbogatsi wybierają sobie prawa, które będą ich obowiązywać, przenosząc swoje aktywa do kraju, który jest im najbardziej przyjazny.

W praktyce oznacza to, że najbogatsi są ponad prawem, które obowiązuje wszystkich innych obywateli. Bollough nawiązuje do poglądów amerykańskiego socjologa Mancura Olsona, który wyprowadził początek naszej cywilizacji z momentu, w którym lotna zgraja zbójców doszła do wniosku, że zamiast napadać na ludzi i zmieniać miejsce pobytu, będzie mogła znacznie więcej i z mniejszym ryzykiem zarobić, okradając tę samą grupę osób.

Okradani zgodzili się na to, ponieważ w zamian za oddawanie części dochodu (w postaci podatków) otrzymali stabilność i bezpieczeństwo. W efekcie zarówno rządzącym, jak i społeczeństwu zaczęło zależeć, by mogli oni produkować jak najwięcej bez zakłóceń ze strony innych rzezimieszków. „Obwoźni bandyci oznaczają anarchię, a zastępując anarchię rządem sprawiamy że produktywność istotnie wzrasta” – pisał Olson w wydanej w 2000 r. książce  „Power and Prosperity” („Władza i dobrobyt”).

Ale, jak twierdzi autor, możliwość swobodnego przenoszenia kapitału na świecie stworzyła nowy rodzaj władzy, która okrada swój kraj. Ci „offshorowi oszuści” łączą najgorsze cechy obwoźnych bandytów z najgorszymi cechami ich osiadłych następców. Ponieważ nie trzymają oni pieniędzy w kraju, który okradają, nie mają żadnej motywacji, by był on stabilniejszy i bogatszy. W efekcie raje podatkowe zlikwidowały mechanizm, który stał u podstaw współczesnej cywilizacji.

Bullough podaje jako jedną z ofiar tego porządku Ukrainę, kraj który jeszcze w momencie upadku komunizmu miał PKB na obywatela porównywalny z Polską, a dziś jest o dwie trzecie biedniejszy. I zestawia to z obrazami  prywatnego bogactwa ukraińskich polityków. „Kraina pieniądza” to państwo bez granic, bez flagi, bez paszportów i bez armii. Ale armia jest najbogatszym niepotrzebna, bo chronią ich tabuny prawników i finansistów.

Pierwsza część książki to opis tego, jak doszło do obecnej sytuacji. Bo jeszcze nie tak dawno najbogatsi w rozwiniętych krajach płacili, sięgające 90 proc., podatki, których bardzo trudno było uniknąć. Na przykład kiedy w 1965 r. zmarł legendarny brytyjski premier Winston Churchill, to podliczono, że jego majątek wynosił równowartość dzisiejszych 86 mln zł. Ale jego dzieci otrzymały z tego tylko 30 mln zł, bo resztę zabrał fiskus (i to trzeba pamiętać, że to był tylko podatek spadkowy od pieniędzy, które w momencie zarobienia też zostały opodatkowane).

George Harrison z The Beatles w piosence „The Taxmen” śpiewał, że by zatrzymać jednego szylinga swoich zarobków musi oddać dziewiętnaście szylingów państwu. Aż do końca lat 50. Londyn nie przypominał finansowej stolicy świata, którą stał się później. Europejskie rządy pożyczały sporo pieniędzy od swoich obywateli na odbudowę państw po wojnie, ale pośrednikami w tym procederze były banki z Ameryki.

Jak czytamy, bolało to w szczególności pewnego niemieckiego bankiera Siegmunda Warburga. Warburg dowiedział się w 1962 r. od przyjaciela z Banku Światowego, że poza USA krążyło ok. 3 mld dolarów oszczędności, które tylko czekało, by je zagospodarować. Znaczna część tych pieniędzy była ulokowana na kontach w Szwajcarii, gdzie ich właściciele uchylali się od płacenia podatków w swoich krajach. Ale pieniądze te nie przynosiły swoim właścicielom korzyści, a nawet musieli oni płacić szwajcarskim bankierom za przywilej trzymania u nich swoich środków.

Warburgowi wydawało się, że zaproponowanie właścicielom szwajcarskich kont, że mogą zarobić na swoich oszczędnościach za pośrednictwem obligacji będzie doskonałym interesem zarówno dla nich, jak dla niego. W szczególności jeżeli odsetki nie będą opodatkowane. Problem polegał na tym, że w powojennym porządku finansowym ponadnarodowe transfery kapitału były mocno utrudnione. Ale Warburg wysłał swoich dwóch najbardziej zaufanych ludzi, by to zmienili. I w 1962 r. udała im się ta sztuka.

Emisja obligacji Warburga, zwanych euroobligacjami, została poprowadzona przez Iana Frasera, szkockiego bohatera wojennego, który po wojnie stał się najpierw dziennikarzem, a potem bankierem. Gdyby obligacje wyemitowano w Wielkiej Brytanii, należałby się od nich 4 proc. podatek. Dlatego Fraser formalnie wyemitował je na lotniku Schipol w Holandii. Fraserowi udało się przekonać władze brytyjskiej giełdy London Stock Exchange, aby obligacje były na niej notowane, mimo że nie zostały wyemitowane i nie miały zostać wykupione w tym kraju.

Fraser zręcznymi negocjacjami spacyfikował także władze banków centralnych Francji, Holandii, Szwecji, Danii i Wielkiej Brytanii, które obawiały się wpływu euroobligacji na ograniczenia w przepływie kapitału. Ostateczna sztuczka polegała na tym, by udać, że obligacje emituje Autostrade – włoska państwowa spółka zajmująca się budową autostrad, podczas gdy naprawdę pieniądze pożyczał państwowy holding IRI (chodziło o to, że holding musiałby odprowadzić podatek, podczas gdy Autostrade nie).

Ta część książki, w której autor opisuje genezę obecnego systemu unikania podatków przez najbogatszych jest zdecydowanie najciekawsza. To mało znana historia i z przyjemnością dowiedziałem się wielu szczegółów. Kolejne rozdziały zrobiły na mnie mniejsze wrażenie. Autor na początku publikacji podkreśla, że nie jest ekonomistą i nie ma kwalifikacji, by dokonywać ekonomicznych analiz problemu. Jest dziennikarzem i swoją rolę widzi w opisywaniu rzeczywistości.

I właśnie tak się tę książkę czyta. Jak zbiór artykułów i reportaży, które łączy temat uchylania się przed płaceniem podatków przez najbogatszych. Moim zdaniem jednak jest w tych reportażach wiele mało odkrywczych wątków i kiedy je chłonąłem, miałem wrażenie, jakbym czytał po raz kolejny to, co już znałem z innych publikacji.

„Moneyland” jest książką przereklamowaną i nie zasługuje na entuzjastyczne recenzje, jakie otrzymała w wielu źródłach zachodnich. Polecam ją tylko najbardziej zainteresowanym poruszaną tematyką.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test