TTIP: Nieuchronny powrót

05.09.2018
Po spotkaniu z przewodniczącym Komisji Europejskiej Jeanem-Claudem Junckerem amerykański prezydent Donald Trump oświadczył, że obie strony zgodziły się pracować nad nową umową, która zniesie cła i bariery na wszystkie towary z wyjątkiem przemysłu motoryzacyjnego. Jeśli deklaracja Trumpa i Junckera okaże się prawdziwa, będzie oznaczała powrót do negocjacji transatlantyckiej umowy handlowej TTIP.

Port w Long Beach, Kalifornia (Dennis Schroeder/NREL, CC BY-NC-ND)


Negocjacje w sprawie Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP) rozpoczęły się w lipcu 2013 roku i trwały do października 2016 roku. W sumie odbyło się 15 rund negocjacji, których efektem był dokument liczący przeszło 800 stron, zawierający szczegółowe propozycje dotyczące takich spraw jak:

– warunki wprowadzania towarów określonych grup na rynek partnera,

– reguły pochodzenia towarów określonych grup (eksportowane towary zawierają komponenty importowane z innych obszarów i konieczna jest definicja, określająca – kiedy towar można uznać za europejski lub amerykański, a nie np. azjatycki),

–  spójność regulacyjna,

– bariery techniczne w handlu – zdobywanie certyfikatów, pozwalających na sprzedaż towaru na rynku partnera,

– kwestie sanitarne i fitosanitarne,

– wprowadzanie na rynek wyrobów farmaceutycznych i kosmetycznych, które w USA wymagają zgody Federalnej Agencji Leków, a w UE zgody odpowiednich urzędów w poszczególnych krajach,

– kwestie własności intelektualnej,

– ochronę inwestycji i rozstrzyganie sporów,

– udzielanie zamówień publicznych,

– wzajemne uznawanie dokumentów, poświadczających kwalifikacje osób i firm świadczących usługi.

Dokument obszerny i szczegółowy

Pewnym paradoksem jest to, że zapewnienie wolnego handlu wymaga dziś tak obszernego i szczegółowego dokumentu, pisanego językiem wymagającym interpretacji prawników. To był zarzut wobec TTIP ze strony i protekcjonistów, i libertarian. Ale we wszystkich krajach przepisy regulujące wprowadzanie towarów na rynek są coraz bardziej skomplikowane. Chodzi zarówno o bezpieczeństwo produktów, jak i przestrzeganie zasad uczciwej konkurencji. Tak więc wolny handel w coraz większym stopniu zapewnia… biurokracja. Dotyczy to zarówno Unii Europejskiej, jak i Stanów Zjednoczonych, choć reguły po obu stronach Atlantyku są nieco inne, co utrudnia negocjacje.

W dodatku TTIP w wersji takiej, jaką znamy po 15 rundach negocjacji, nie eliminował wszystkich barier wchodzenia na rynek. Przykładem jest eksport do USA kosmetyków, czym zainteresowanych było kilka polskich firm. W USA muszą one uzyskać zgodę na sprzedaż, taką jak lekarstwa, co wymaga przejścia przez nie wielu testów.

TTIP nie zawierał rozwiązań w kwestii handlu produktami rolnymi. USA podobnie jak UE stosują protekcjonizm rolny, jednak inna jest struktura wsparcia. USA w większym stopniu niż UE skupia się na wspieraniu konsumentów poprzez programy pomocy żywnościowej. Generalnie, wsparcie dla rolnictwa w USA jest dużo niższe niż w Unii Europejskiej, choć niektóre produkty są szczególnie chronione. Przykładem przemysł cukrowniczy, który w USA jest podtrzymywany nie tylko cłami, ale też poprzez narzucenie kwot importowych. Konsumenci amerykańscy ponoszą z tego tytułu koszt szacowany na 3,4-4,0 mld dolarów rocznie. Jego efektem jest utrata miejsc pracy od 17 do 20 tys., czyli więcej niż jest zatrudnionych w produkcji cukru (od trzciny cukrowej do gotowego wyrobu). Ochrona przemysłu cukrowniczego w USA to klasyczny przykład działania silnego lobby, którego interesy przeważają nad interesami milionów konsumentów. Kilka koncernów, zatrudniających łącznie kilkanaście tysięcy pracowników, jest w stanie wpływać na regulacje, a w dodatku na politykę zagraniczną USA.

W Unii Europejskiej dopłaty bezpośrednie dla rolnictwa są dotacją, która zakłóca konkurencję ze strony importerów, ale usunięcie dopłat nie wchodzi w grę, gdyż oznaczałoby likwidację części rolnictwa w wielu krajach UE. Głównymi towarami rolno-spożywczymi, sprzedawanymi przez kraje europejskie do USA, są napoje bezalkoholowe i alkoholowe.

TTIP – jeśli zostałby zawarty – eliminowałby w handlu cła, które są niewielkie, ale w niektórych okolicznościach uciążliwe. Towary z Unii Europejskiej są obciążane na amerykańskiej granicy cłem średnio 2,1 proc., a towary amerykańskie eksportowane do Europy – 2,8 proc. Wyższe są europejskie cła na produkty rolno-spożywcze – 10,9 proc. Oba obszary gospodarcze utrzymują znacznie wyższe cła w chronionych sektorach. Na przykład żywność przetworzona wwożona do Unii Europejskiej jest obciążana cłem 14,5 proc. W USA wysokie cła obowiązują na francuskie sery i włoską konfekcję, a na papierosy wynoszą aż 350 proc.

Ponadto wysokie cła w przywozie do Unii obowiązują na samochody ciężarowe (22 proc.), niektóre rodzaje obuwia (17 proc.), na elektronikę (14 proc.) czy odzież (12 proc.). W USA wysokimi cłami obciążone są przetworzone produkty spożywcze (np. papierosy aż 350 proc.), a także produkty przemysłowe: tekstylia (40 proc.), ubrania (32 proc.), wyroby skórzane i obuwie (56 proc.).

Europa stwarza bariery

Administracja amerykańska przygotowała  w ubiegłym roku dokument Foreign Trade Barriers, w którym opisuje przeszkody, jakie napotykają amerykańscy eksporterzy w handlu z innymi krajami. Unii Europejskiej poświęcono 47 stron. Prawie wszystkie wymienione bariery pozataryfowe były negocjowane w ramach TTIP.

W 1985 r. UE (wówczas jeszcze EWG) przyjęła tzw. „Nowe podejście”, które wprowadza europejskie standardy (EN) dopuszczania towarów na rynek. Są one bardziej wyśrubowane niż standardy międzynarodowe, co utrudnia eksport amerykańskich produktów, takich jak zabawki, maszyny, urządzenia medyczne. Wprawdzie „Nowe Podejście” nie zabrania stosowania innych norm, ale koszty, związane z ryzykiem niedopuszczenia towaru są często zaporowe. Jeśli producent zdecyduje się nie używać EN, musi złożyć dokumentację techniczną i przeprowadzić drogi i uciążliwy proces, by wykazać, że produkt spełnia zasadnicze wymagania. Ale producent nie ma pewności, że organa UE lub państw członkowskich uznają produkt za zgodny z normą.

Prawo unijne to setki dyrektyw i rozporządzeń. Wiele z nich określa standardy odnoszące się do różnych rodzajów produktów.

Przykładowo, rozporządzenie Unii Europejskiej z roku 2006 w sprawie rejestracji, oceny, udzielania zezwoleń i stosowanych ograniczeń w zakresie chemikaliów (REACH), ma wpływ  praktycznie na każdy sektor przemysłowy. Narzuca wymagania dotyczące rejestracji i testowania dziesiątków tysięcy chemikaliów. REACH zabrania wprowadzania na rynek niektórych niebezpiecznych chemikaliów, chyba że producent lub użytkownik uzyska zezwolenie Komisji. Strona amerykańska uważa, że przepisy Reach są w niekiedy przesadne (np. dotyczą nanomateriałów, wielokrotnie cieńszych od włosa, stosowanych w mikroskopijnych ilościach). W dodatku urzędnicy amerykańscy są zdania, że przepisy są bardziej restrykcyjne wobec producentów zagranicznych niż europejskich.

Podobna sytuacja dotyczy kilku innych dyrektyw i rozporządzeń UE, regulujących sferę energii odnawialnej, paliw niskoemisyjnych, energetyki jądrowej, wymiarów samochodów ciężarowych, jakości żywności. Prawo unijne reguluje dość szczegółowo obrót towarowy na terenie UE i eksporterzy muszą się do tego dostosować, co podraża towary. Unia wymaga na przykład, by w produktach mleczarskich liczba komórek somatycznych na mm3 nie przekraczała pewnego poziomu. Spełnienie tego wymogu jest uciążliwe, gdyż wymaga pobierania próbek w gospodarstwach rolnych eksportujących na rynek UE.

Przepisy unijne określają, jakie substancje aromatyzujące są dopuszczalne, a jakie zakazane. Sprowadzane owoce cytrusowe muszą posiadać świadectwa, że pochodzą ze zdrowych gajów. Unia bardzo ostrożnie podchodzi do produktów genetycznie modyfikowanych, a także do pestycydów. Amerykanie nie obawiają się GMO, a wielkoobszarowe rolnictwo zużywa wprawdzie mniej nawozów sztucznych na hektar niż europejskie, ale więcej pestycydów.

Unijne dyrektywy regulują rynek usług telekomunikacyjnych, telewizyjnych, pocztowych, itd. w sposób bardziej restrykcyjny niż w USA. Przykładem jest polskie prawo dotyczące telewizji – nadawcy muszą co najmniej 33 proc. czasu antenowego przeznaczać na produkcję wytworzoną w języku polskim. Podobne przepisy istnieją w wielu innych krajach unijnych.

Dla Stanów Zjednoczonych szczególnym problemem jest ochrona własności intelektualnej. I tu po obu stronach Atlantyku występują różnice. Stany Zjednoczone są zaniepokojone tym, że Komisja Europejska i niektóre kraje unijne inaczej interpretują porozumienie w ramach Światowej Organizacji Własności Intelektualnej (WIPO), co powoduje, że niektóre znaki towarowe amerykańskich producentów nie są w UE należycie chronione. Amerykanie skarżą się też na zmieniające się często w krajach unijnych przepisy i interpretacje podatkowe, szczególnie dotyczące VAT – podatku nie istniejącego w Stanach Zjednoczonych.

Ameryka też utrudnia

Także europejscy przedsiębiorcy mają problemy z eksportem do USA i nie wynikają one tylko z barier celnych. Stany Zjednoczone są uważane za kraj mniej obciążony przepisami biurokratycznymi niż Unia Europejska, ale pewne dość niezwykłe przepisy protekcjonistyczne utrzymują się od lat.

Ustawa o Handlu Morskim z 1920 roku, lepiej znana jako „Ustawa Jonesa” wymaga, aby wszystkie towary transportowane drogą morską między portami USA były przewożone statkami pływającymi pod amerykańską banderą, zbudowanymi w Stanach Zjednoczonych, należącymi do obywateli USA i mającymi załogi składające się z obywateli amerykańskich. Ustawa ta miała pomóc amerykańskiemu przemysłowi stoczniowemu, ale brak konkurencji doprowadził amerykańskie stocznie do ruiny. Są niekonkurencyjne wobec stoczni zagranicznych, z wyjątkiem stoczni wojskowych, żyjących z zamówień rządowych. Produkcja stoczniowa w USA (liczona w tonażu statków) jest o 50 proc. mniejsza niż w… Wietnamie i przeszło 70 razy mniejsza niż w Korei Płd. Ustawa Jonesa znacznie podnosi koszty dla eksporterów do USA, którzy muszą korzystać z droższych przewozów amerykańskimi statkami przy transporcie między portami amerykańskimi, a w dodatku zabrania dostępu do ważnej gałęzi usług transportowych firmom spoza USA.

Amerykanie nie mogą kupować samochodów bezpośrednio od producenta, lecz muszą korzystać z salonów samochodowych, które otrzymują licencje od władz stanowych. To kolejne utrudnienie dla eksporterów do USA.

Prywatne firmy w USA muszą rejestrować się w agencjach rządowych, a wiele zawodów może działać tylko z licencjami zatwierdzonymi przez rząd, w tym takie jak: firmy pogrzebowe, wizażyści, fryzjerzy, pośrednicy  w obrocie nieruchomościami. W większości krajów UE dostęp do zawodów też wymaga zdobywania specjalnych uprawnień. Po obu stronach Atlantyku mamy więc dość restrykcyjne przepisy, odnoszące się do usług, a rządy lub władze lokalne mają możliwość niedopuszczania usługodawców z zagranicy.

Eksporterzy europejscy spotykają się na rynku amerykańskim z przepisami biurokratycznymi, analogicznymi do tych, które utrudniają amerykańskim firmom eksport na teren UE. Produkty muszą spełniać amerykańskie normy bezpieczeństwa (tyle że inne niż w UE). Muszą posiadać odpowiednie składniki, by móc być sprzedawane na rynku amerykańskim (np. czekolada musi zawierać co najmniej 30 proc. kakao). Muszą też być etykietowane według przepisów amerykańskich. Władze amerykańskie mogą nałożyć na sprzedawany towar specjalną opłatę, jeśli uznają, że jest zbywany po cenach dumpingowych. Przedstawiciele wolnych zawodów (np. fotografowie) mają kłopot z otrzymaniem wizy do Stanów Zjednoczonych, jeżeli deklarują tam chęć podjęcia pracy.

Nowa umowa o wolnym handlu

Jest mało prawdopodobne, by Trump znał szczegóły rozmów w sprawie TTIP, gdy przerwał negocjacje. Przeciwko umowie byli politycy republikańscy, głównie dlatego, że rozmowy były zapoczątkowane na mocy decyzji prezydenta Baracka Obamy. Nie wiadomo też, czy Trump, wzywając do zawarcia szybkiego „uczciwego” porozumienia o wolnym handlu z UE myśli o wznowieniu przerwanych negocjacji, czy podjęcia nowych, według innych reguł. Amerykański prezydent zapewnia, że negocjacje będą prowadzić „najlepsi i najmądrzejsi” eksperci, ale to niewiele znaczy.

Negocjacje w sprawie TTIP nie zostały dokończone i administracja Trumpa mogła wrócić do tematów już uzgodnionych, jeśli by uznała, że konieczne są korekty. Ale twierdzenie prezydenta, że zamiast TTIP wynegocjowana zostanie prosta i krótka umowa, która zniesie wszelkie bariery, jest nieprawdopodobne. Zbyt wiele przepisów biurokratycznych obowiązuje w handlu po obu stronach Atlantyku. Ich usunięcie jest trudne, gdyż za wieloma kryje się interes określonej grupy producentów.

Z pewnością byłoby dobrze, gdyby przy okazji wynegocjowania nowej umowy zliberalizowano przepisy wprowadzania towarów na rynek po obu stronach Atlantyku i zgodzono się na mniej restrykcyjne standardy dotyczące bezpieczeństwa produktów. To jednak wywołałoby zapewne opór silnych organizacji konsumenckich, powiązanych z lobbystami. Lepiej więc przyjąć cele mniej ambitne i je realizować. Nowy TTIP byłby takim realistycznym celem.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test