UE ogranicza wsparcie dla biopaliw, Polska nie

30.09.2013
Polska należy do unijnych biopaliwowych prymusów – jesteśmy w grupie krajów, których rządy najbardziej wspierają producentów biopaliw. W każdym litrze sprzedawanego na polskich stacjach paliwa jest spora domieszka tzw. biokomponentów. W efekcie płacimy więcej nie tylko za tankowanie, ale i żywność. UE zaczęła zdecydowanie zmieniać politykę w tej sprawie, u nas się nie zanosi.

(infografika Darek Gąszczyk/CC by tommarsh)


11 września wśród biopaliwowych lobbystów z krajów UE zawrzało. Tego dnia Parlament Europejski przegłosował bardzo ważną dla nich uchwałę (jej projekt był autorstwa Komisji Europejskiej). Dotyczy ona tzw. biopaliw pierwszej generacji (czyli zdecydowanej większości używanych dziś na świecie biopaliw). A więc takich, które są produkowane z surowców spożywczych: ze zbóż, ziemniaków, kukurydzy i olejów – rzepakowego, palmowego, sojowego itd. Dotychczas wydawały się one mieć przed sobą świetlane perspektywy. W 2009 r. władze UE przyjęły dyrektywę, według której obowiązkowy udział biokomponentów (tak nazywa się biopaliwa, gdy służą jako domieszka do tradycyjnej benzyny czy oleju napędowego) w sprzedawanych w krajach członkowskich paliwach miał do 2020 r. sięgnąć 10 proc.

We wrześniowej uchwale Parlament Europejski (PE) zdecydował jednak, że tylko 5,5 proc. z tych 10 proc. mogą stanowić biopaliwa pierwszej generacji. Na resztę mają składać się biokomponenty drugiej generacji (wytwarzane z odpadów, glonów czy celulozy) lub inne odnawialne źródła energii, choćby biogaz. Na dodatek po 2020 r. UE może zdecydować o całkowitym zaprzestaniu wspierania biopaliw pierwszej generacji. Tak stałoby się w przypadku, gdyby potwierdziły się zarzuty przeciwników tych biopaliw, że nie tylko nie zmniejszają one emisji gazów cieplarnianych (zastępując część paliw produkowanych z ropy) w takim stopniu, w jakim UE od nich oczekiwała, ale wręcz ją zwiększają.

Zmiana podejścia Brukseli do biopaliw dojrzewała od kilku lat, od czasu, gdy na świecie zaczęła się nasilać ich krytyka. Powodów była kilka: po pierwsze w wielu biedniejszych krajach pod uprawę roślin (np. palm olejowych), mających służyć do produkcji biopaliw, wycinano całe połacie dziewiczych lasów. Po drugie te uprawy zajmowały coraz większą powierzchnię. W Stanach Zjednoczonych pola obsiane kukurydzą powiększyły się w ostatniej dekadzie o ponad 20 proc. –  aż 2/5 uprawianej tam kukurydzy idzie na produkcję bioetanolu. W Polsce areał rzepaku, którego 60 proc. idzie w naszym kraju – tak, jak w całej UE – na produkcję tzw. estrów (jednego z biopaliw), wzrósł tylko w zeszłym roku o ¼. Podobnie jest w pozostałych krajach, które nastawiły się na rozwój produkcji biopaliw.

Coraz więcej ekspertów, zajmujących się rynkami rolnymi, jest zgodnych, że zwiększanie upraw na ten cel podnosi ceny surowców do produkcji żywności. Bo przemysł spożywczy musi o nie konkurować z branżą biopaliwową, ma ich mniej do swej dyspozycji. Taką tezę postawili m.in. naukowcy z warszawskiego Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej w raporcie pt. „Produkcja biopaliw i jej wpływ na światowy rynek zbóż”. W pierwszej połowie września inny raport na ten temat opublikowało podlegające Komisji Europejskiej Wspólne Centrum Badawcze (Joint Research Center – JRC). Ów raport jednoznacznie stwierdza, że rozwój produkcji biopaliw pierwszej generacji wpływa na ceny żywności. Według niego, gdyby zaniechano ich wspierania przez państwo, to samo zużycie olejów roślinnych spadłoby nawet o 75 proc., a ich ceny o 15 proc.

Po trzecie zaczęto podważać jeden z głównych argumentów zwolenników biopaliw pierwszej generacji: że jako odnawialne, zeroemisyjne źródła energii (chodzi o to, że służące do ich produkcji rośliny pochłaniają, rosnąc, co najmniej tyle dwutlenku węgla, ile wydziela się podczas spalania wytworzonych z nich paliw) przyczyniają się do zmniejszania emisji gazów cieplarnianych. Są bowiem naukowcy, którzy w oparciu o swe badania twierdzą, że takie biopaliwa, wziąwszy pod uwagę ich całościowy wpływ na środowisko (np. związane z nimi wycinanie lasów), nie tylko nie zmniejszają emisji gazów cieplarnianych w takim stopniu, w jakim oczekiwała tego od nich UE. Ale nawet mogą ją zwiększać.

Do przyjęcia uderzających w biopaliwa pierwszej generacji rozwiązań, zatwierdzonych 11 września przez Parlament Europejski, potrzebna jest jednak jeszcze zgoda większości państw członkowskich. A sprzeciwiają się im m.in. Francja, Niemcy i Polska. Przeciwko tym rozwiązaniom podczas głosowania w PE gremialnie opowiedzieli się europosłowie z PO i PSL.

Dlaczego? Nie da się odpowiedzieć na to pytanie bez prześledzenia kariery, jaką do niedawna jeszcze robiły na świecie biopaliwa. Ponad dekadę temu zaczęły one cieszyć się wsparciem rządów wielu krajów, m.in. Stanów Zjednoczonych, Brazylii, Niemiec czy Francji. Owe państwa uznały bowiem, że biopaliwa to dobry sposób na zmniejszenie zależności od importu ropy i poprawienie sytuacji rolnictwa. A także na zredukowanie emisji gazów cieplarnianych, co miało znaczenie głównie dla krajów UE.

Chcąc rozwoju produkcji biopaliw, przyznawały ich wytwórcom ulgi podatkowe, dotacje, inne preferencje lub po prostu nakładały na branżę paliwową obowiązek dodawania ich do sprzedawanych na stacjach benzyn i olejów napędowych (ON). Bez takiego wsparcia te produkowane z roślin paliwa nie miałyby szans na zaistnienie, bo do dziś koszt ich wytwarzania jest wyższy od tradycyjnej, czyli wytwarzanej z ropy, benzyny i ON.

Jeszcze w latach 90. XX w. biopaliwa zaczęły cieszyć się przychylnością także władz Unii Europejskiej, która już wtedy wdrażała pierwsze przepisy, mające na celu ograniczenie emisji gazów cieplarnianych. W 2003 r. Parlament Europejski i Rada Unii Europejskiej przyjęły dyrektywę 2003/30/EW „w sprawie wspierania użycia w transporcie biopaliw lub innych paliw odnawialnych”. Zalecała ona krajom członkowskim, by do 2010 r. udział biopaliw w sprzedawanych tam paliwach sięgnął 5,75 proc. Nie było to to jednak obowiązkowe i jako takie nieobwarowane żadnymi sankcjami. By zrealizować założenia dyrektywy, poszczególne państwa miały przyjmować tzw. narodowe cele wskaźnikowe (NCW), określające, o ile co roku ma rosnąć procentowo udział biopaliw.

Choć jednak przyjęty wskaźnik (5,75 proc. udziału biopaliw do 2010 r.) nie był obligatoryjny, to niektóre kraje zaczęły robić wszystko, żeby jak najszybciej go osiągnąć. Była wśród nich i Polska, która w 2006 r. przyjęła ustawę o biopaliwach, nakładającą na sprzedawców paliw obowiązek dodawania do nich biokomponentów z roślin: estrów (np. z rzepaku) do oleju napędowego i bioetanolu (czyli odwodnionego spirytusu) do benzyn. Niecały rok później, w  czerwcu 2007 r., polski rząd zdecydował, jak duża będzie musiała być ta domieszka: przyjął narodowe cele wskaźnikowe (NCW) na lata 2008-2013. Wynosiły one: 3,45 proc. w 2008 r. (mimo, że pierwotnie planowano 2,5 proc.), 4,6 proc. w 2009 r., 5,75 proc. w 2010 r., 6,2 proc. w 2011 r., 6,65 proc. w 2012 r. i 7,1 proc. w 2013 r.

Były to jedne z najwyższych wskaźników w całej UE. Dla porównania w 2008 r. w Wielkiej Brytanii było to tylko 2 proc., w Czechach – 2,45 proc., we Włoszech i Słowenii – 3 proc., a w Niemczech, które były od początku gorącym zwolennikiem biopaliw, 2 proc. dla bioetanolu i 4,4 proc. dla estrów. W 2009 r. z kolei wyglądało to tak: Wielka Brytania miała NCW na poziomie 2,8 proc., Dania – 3 proc., Finlandia – 4 proc., Hiszpania – 3,4 proc.

Nie tylko jednak wysokie NCW stawiało nas wśród unijnych biopaliwowych prymusów. W Polsce oprócz obowiązku dodawania biokomponentów do paliw te roślinne dodatki korzystały z obniżonej akcyzy, ich producentom przyznano ulgę w podatku dochodowym, a rolnikom uprawiającym rzepak, zboże czy ziemniaki na biopaliwa – dodatkowe unijne dopłaty (do upraw tzw. roślin energetycznych). To był w dużej mierze efekt lobbingu partii najsilniej związanych z rolnikami – Samoobrony i PSL, którym wydawało się, że upowszechnienie biopaliw poprawi sytuację polskiego rolnictwa.

Problem polegał na tym, że miało się to odbyć kosztem budżetu (ulga w akcyzie dla biopaliw, której roczny koszt sięgał 1,5 mld zł) i kierowców. Biokomponenty były (i wciąż są) bowiem, także w Polsce, droższe w produkcji od paliw wytwarzanych z ropy. Firmy paliwowe przerzucają ten zwiększony – z powodu dodawania biopaliw – koszt na kierowców, uwzględniając go przy ustalaniu cen sprzedawanych na stacjach benzyn i olejów napędowych. To są setki milionów złotych rocznie (dla przykładu w 2010 r. tylko w przypadku Orlenu i Lotosu było to ponad 300 mln zł).

Wkrótce okazało się też, że biopaliwa wcale nie pomagają polskim rolnikom tak, jak tego oczekiwano. Bo firmom sprzedającym paliwa bardziej opłacało się kupować biokomponenty za granicą (tam były tańsze) niż w Polsce. W 2010 r. tylko 18 proc. etanolu i 40 proc. estrów pochodziło u nas od krajowych producentów. Rok później było podobnie. Resztę stanowił import, w dużej mierze spoza UE. To był problem dotykający całą Unię Europejską, bo biokomponenty produkowane w Ameryce Południowej czy Azji były tańsze od dostarczanych przez producentów unijnych.

To oznaczało jednak także, że obniżona akcyza na biopaliwa wspiera głównie import, a nie krajową produkcję. Z tego powodu Polska w 2011 r. zniosła ową ulgę. Rok wcześniej UE zlikwidowała dodatkowe dopłaty do upraw roślin energetycznych. Władze Unii Europejskiej zaczęły zmieniać politykę w odniesieniu do biopaliw już w 2009 r., w którym przyjęły kolejną kluczową w tej sprawie dyrektywę – 2009/28/WE („w sprawie promowania stosowania odnawialnych źródeł energii”). Zrezygnowano w niej z zapisu, żeby do 2010 r. udział wytwarzanych ze źródeł odnawialnych dodatków do paliw w krajach UE sięgnął 5,75 proc.

Zamiast tego przyjęto, że ten udział ma sięgnąć 10 proc. do 2020 r. (ten wskaźnik będzie już obowiązkowy), zakładając, że do tego czasu powinny upowszechnić się m.in. biopaliwa drugiej generacji i zastąpić choćby częściowo bioetanol ze zbóż, kukurydzy czy zbóż oraz estry z olejów roślinnych.

Mimo tej dyrektywy Polska nie zmieniła wcześniejszych, bardzo ambitnych narodowych celów wskaźnikowych. Choć miała pretekst do tego, żeby tak zrobić. Jedynym ustępstwem ze strony polskiego rządu był nowy przepis, mówiący, że firmy paliwowe mogą dodawać do benzyn i olejów o kilkanaście procent mniej biokomponentów, jeśli co najmniej 70 proc. tych produktów będzie pochodzić z krajów UE. Miało to skłonić dystrybutorów paliw do tego, by zamawiali u polskich wytwórców więcej biopaliw niż dotychczas (krajowa produkcja przegrywała cenowo głównie z dostawcami spoza UE). To udało się tylko połowicznie, bo w dalszym ciągu duża część  biokomponentów w Polsce to import.

W lipcu tego roku polski rząd przyjął rozporządzenie o wysokości biopaliwowego narodowego celu wskaźnikowego na kolejne lata. W latach 2014 – 2016 ma on wynieść 7,1 proc., w 2017 r. – 7,8 proc., a w 2018 r. – 8,5 proc. Mimo, że jest trochę niższy od wcześniej zakładanego, to w dalszym ciągu będzie wyższy niż w zdecydowanej większości krajów UE (choć i one go obniżyły). Dla przykładu: w latach 2013 – 2014 w Wielkiej Brytanii wyniesie on 4,5 proc., na Węgrzech – 4,8 i 4,9 proc., na Słowacji – 4 i 4,5 proc., w Niemczech i Austrii – 6,25 proc., w Finlandii – 6 proc., w Luksemburgu 2,4 i 3,2 proc., w Portugalii – 5,5 proc., w Hiszpanii – 6,1 proc., a we Francji – 7 proc.

Porównanie wskaźników na późniejszy okres też nie wypada dla Polski korzystnie (choć w tym przypadku brakuje danych dla części krajów – tych, które nie przyjęły jeszcze wskaźników na następne lata). Zaplanowany na 2015 r. NCW na Węgrzech to w dalszym ciągu 4,9 proc., w Wielkiej Brytanii – 5 proc., na Słowacji – 5,5 proc., w Hiszpanii – 6,1 proc., Austrii – 6,25 proc.  Wyższy niż u nas ma być tylko w Portugalii i Słowenii (po 7,5 proc.) oraz w Finlandii (8 proc.).

(infografika Darek Gąszczyk/CC BY-SA by Peter aka anemoneprojectors)

W lipcowym rozporządzeniu polskiego rządu, przyjmującym biopaliwowe wskaźniki na kolejne lata, powyższe dane porównawcze są przywołane. Mimo to w uzasadnieniu nie pada odpowiedź na pytanie, dlaczego Polska wciąż ma należeć do grona tych unijnych krajów, które najbardziej sprzyjają produkcji biopaliw. Padają tam za to argumenty, że rzeczywisty udział biokomponentów będzie niższy niż w założonych wskaźnikach, m.in. ze względu na utrzymaną możliwość zmniejszenia ich domieszki przez firmy paliwowe w sytuacji, gdy co najmniej 70 proc. stosowanych przez nich biokomponentów pochodzi z terenu UE. Poza tym rządowe rozporządzenie dopuszcza stosowanie innych niż biokomponenty pierwszej generacji paliw z odnawialnych źródeł energii, np. tak zwanych węglowodorów syntetycznych, które produkuje się m.in. z odpadów z przemysłu tłuszczowego.

Dlaczego więc rządowa koalicja PO – PSL sprzeciwia się – przegłosowanemu ostatnio przez Parlament Europejski – zmniejszeniu udziału biopaliw pierwszej generacji do 5,5 proc.? Jej oficjalne stanowisko jest w dużej części zbieżne z opinią lobby rolniczego i biopaliwowego, która mówi, że przyjęcie tego rozwiązania grozi przede wszystkim obniżeniem dochodów rolników (rzepak uprawia się w 100 tys. polskich gospodarstw), załamaniem unijnego przemysłu biopaliwowego, związaną z tym likwidacją wielu miejsc pracy oraz zakłóceniem tzw. bilansu paszowego w UE.

W tym ostatnim chodzi o to, że unijne kraje importują z innych kontynentów dużą część potrzebnych im pasz białkowych, używanych w rolnictwie. Jedną z tych pasz jest tzw. śruta rzepakowa. Jeśli więc zmniejszy się produkcja rzepaku, to będzie mniej także owej śruty, a wtedy trzeba będzie zwiększyć import pasz spoza UE.

To jednak dość bałamutne argumenty, bo w przypadku Polski przyjęcie rozwiązań przegłosowanych przez Parlament Europejski oznacza, przynajmniej do 2016 r., utrzymanie zużycia biopaliw pierwszej generacji tylko na trochę niższym od obecnego poziomie.

Lobby rolnicze i biopaliwowe twierdzi, że nie chodzi mu o zablokowanie zaproponowanych zmian, ale wprowadzanie ich w wolniejszym tempie. Np. tak, żeby na razie zmniejszyć zaplanowany na 2020 r. udział biopaliw pierwszej generacji tylko do 7,5 proc. Polski rząd zapewne nie zmieni swego stanowiska w tej sprawie, przynajmniej do przyszłorocznych wyborów parlamentarnych. Bo za dużo do stracenia miałby PSL, którego elektorat to wciąż głównie rolnicy.

Co to dla nas oznacza? Biopaliwa drugiej generacji nie są wytwarzane z surowców spożywczych, więc nie wpływają na ich ceny. Po drugie ich produkcja  – z różnych względów – powinna być dużo tańsza niż w przypadku roślinnych domieszek do paliw z olejów jadalnych, zbóż czy ziemniaków. Przyjęcie przegłosowanego przez Parlament Europejski rozwiązania byłoby więc dla większości z nas korzystne. Biopaliwa w mniejszym stopniu podbijałyby u nas ceny żywności, ziemi rolnej, a także benzyny i oleju napędowego.

OF


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test