USA: stan unii podatkowej

02.02.2015
Prezydent Obama chce zwiększyć wpływy podatkowe o 320 mld dolarów. Republikanie chcą zmniejszyć wpływy podatkowe o prawie identyczną sumę. Już tylko ta różnica wskazywałaby, że porozumienie nie jest możliwe.

Dodatkowe środki prezydent Obama chce przeznaczyć na wprowadzenie darmowych tzw. community college - to odpowiednik technikum. (CC By ND dhendrix73)


Wydaje się też to niemożliwe z powodu fundamentalnych różnic w zapatrywaniach na gospodarkę, a także, a może najbardziej dlatego, że prezydent postawił swój projekt na pierwszej linii w bezwzględnej wojnie z Republikanami. Ogłaszając plan w dorocznym orędziu o „stanie unii” Obama nadał mu rangę priorytetu polityczneg, otwarcie lekceważąc w ten sposób fakt, że Amerykanie dali mandat polityczny w jesiennych wyborach Republikanom, którzy zyskali w obu izbach Kongresu większość. Projekt ponawia bowiem apel o podniesienie podatków dla 1 procenta najbogatszych i dla Wall Street co zdaniem prezydenta ma pomóc klasie średniej, której „obrońcami” mienią się Republikanie. Komentatorzy stwierdzili, że to prezydencki „Piketty moment” i że celem orędzia było przygotowanie gruntu do twierdzenia, że Republikanie bronią jedynie najbogatszych. Nie mniej jednak zmian w systemie podatkowym w USA chcą i prezydent i Republikanie i pytanie jest czy będą szukać porozumienia (>>więcej o ostatnich decyzjach podatkowych Obamy).

Gruntem dla reformy podatkowej jest pozytywny wzrost gospodarczy i zmniejszające się zadłużenie rządu.

Pięć lat temu, na koniec 2009 roku deficyt Stanów Zjednoczonych wynosił 9,8 procent PKB. Obecnie wynosi 2,6 procent, czyli równa się kwocie 483 miliardów dolarów (na koniec września 2014 r.), czyli jest mniejszy o całe 200 miliardów niż rok wcześniej i o dwie trzecie niż w roku 2010. Inną miarą — wskaźnik relacji zadłużenia do PKB jeszcze pięć lat temu był powyżej 100 procent, obecnie jest na poziomie 73 procent (przy ponad 90 proc. w bogatych krajach Unii Europejskiej czy 140 proc. w Japonii). W perspektywie historycznej taki wynik stawia gospodarkę USA w tej chwili powyżej przeciętnej za ostatnie 40 lat.

Pięć lat temu, w lutym 2010 r., Ameryka miała najniższe wskaźniki zatrudnienia i nowych miejsc pracy. Od tamtej pory amerykański biznes stworzył ponad 11 milionów nowych miejsc pracy (poza sektorami rządu i rolnictwa). To przekracza liczbę miejsc pracy jakie zniszczyła rececsja — według obliczeń Biura Pracy i Statystyk, zysk netto (czyli po wyrównaniu recesyjnych strat) wynosi około 6,4 miliona miejsc pracy. To nie jest tak dużo jak za przydentury Billa Clintona (18 mln) czy Ronalda Reagana (9,4 mln) ale to więcej niż za George’a W. Busha (4,5 mln). Ale pozwoliło to Obamie stwierdzić, że „Ameryka dała od 2010 roku pracę większej liczbie osób niż Europa, Japonia i wszystkie zaawansowane gospodarki świata razem wzięte”. Znajduje to poparcie w liczbach: od I kwartału 2010 do IV w 2014 — 7,5 mln miejsc pracy w USA przy 7,4 mln w pozostałych zaawansowanych krajach (termin i wyliczenia Międzynarodowego Funduszu Walutowego). Szacunki wzrostu na 2015 roku na przykład Kongresowego Biura Budżetu wskazują na 2,6 procenta, inne nawet 3 procent. Niskie ceny ropy naftowej spowodują oszczędności średnio od przynajmniej 550 do nawet 900 dolarów rocznie dla każdej amerykańskiej rodziny.

Wobec takich wyników zelżała presja oddłużania państwa. Republikanie chcą więc zmniejszyć podatki. Prezydent chce je zwiększyć bo chce zwiększyć wydatki.

W październiku ubiegłego roku wpływy z podatków federalnych przekroczyły po raz pierwszy kwotę 3 bilionów dolarów. To o 247 miliardów więcej niż w roku 2013. Do rekordu przyczyniły się głównie dwie duże podwyżki podatkowe na łączną kwotę 74 miliardów, jakie wprowadził rząd prezydenta Obamy — płynące z programu opieki zdrowotnej Obamacare I wyższych podatków głównie dla gospodarstw domowych jakie wprowadzono aby zrekompensować tzw. klif fiskalny, czyli podatki jakie wygasły na koniec 2012. Kwota wpływów z podatków stanowiła 17,5 procent wartości całej gospodarki w ubiegłym roku. To pozostaje zgodne ze średnią historyczną, choć poniżej średniej dla okresów gospodarczej prosperity.

Co najważniejsze jednak, zgodnie z raportem Kongresowego Biura Budżetowego z jesieni 2014 r. najbogatsi płacą dużo więcej podatku niż klasa średnia i biedni — już w 2011 roku 1 procent najbogatszych był obciążny 29 procentami podatku od dochodów, a zgodnie z podwyżkami z 2013, w ubiegłym roku było to już 33 procent. Efektywny procent jaki zapłaciła w 2011 klasa średnia to 11,2. W strukturze dochodów i podatków najbogatsi, 1 procent, zarobili 15 procent wszystkich dochodów i wpłacili 24 procent federalnych podatków od dochodów, natomiast 20 procent najbogatszych wygenerowało 51,9 procenta dochodów i zapłaciło 69 procent federalnych podatków od tych dochodów. Klasa średnia w tym samym czasie zarobiła 14 procent dochodów i wpłaciła 9 procent podatków. 20 procent najbiedniejszych analogicznie — zarobiło 5,3 procenta i zapłaciło mniej niż 1 procent podatków.

Wreszcie — dochód średniego gospodarstwa domowego spadł od czasu objęcia przez Baracka Obamę przeydentury w 2009 o 3,9 procenta, do poziomu niespełna 52 tysięcy dolarów rocznie (wg Biura Statystycznego).

Republikanie chcą zmniejszenia obciążeń podatkowych dla biznesu i gospodarstw domowych o 300 miliardów dolarów, czyli o 1,67 procenta PKB. Ich eksperci wskazują, że tego rodzaju cięcia wywołałyby boom przedsiębiorczości, ale nawet bez takiego boomu byłyby bezpieczne, bo przesunęłyby w 2016 wskaźnik relacji deficytu do PKB na 4,6 procent, co byłoby zgodne z historyczną średnią dla USA za ostatnie 40 lat.

Prezydent powrócił natomiast do tematu zmniejszenia różnic w dochodach pomiędzy klasą średnią a 1 procentem oligarchów. Obiektywnie finansowy standing klasy średniej w ostatnich latach pogorszył się. Wzrosły bowiem koszty takich elementów utrzymania jak opieka nad dziećmi, wyższa edukacja, opieka zdrowotna, mieszkania, składki na emerytury — w latach 2000-2012 wzrost wyniósł ponad 10 tysięcy dolarów rocznie, podczas gdy dochody klasy średniej pozostawały w tym czasie w zastoju. Prezydent Obama wskazuje też, że na przykład 43 miliony pracowników (w większości klasy średnia) nie otrzymuje zapłaty kiedy są na zwolnieniu chorobowym (39 procent ze 109 milionów zatrudnionych wg danych ministerstwa pracy).

Chce zatem uzyskać w najbliższej dekadzie 320 miliardów dolarów z opodatkowania rentierów, ich spadkobierców i dużych instytucji finansowych. Planowana pomoc finansowa i częściowe cięcia podatkowe dla klasy średniej miałyby kosztować państwo w tym samy czasie ok. 235 miliardów.

Generalnie, prezydent chce podniesienia podatków od zysków kapitałowych, dla najbogatszych, z dochodami powyżej pół miliona dolarów rocznie dla małżeństwa, z obecnych 23,8 do 28 procent (obecnie dochody z inwestycji są opodatkowane niżej niż dochody z pracy). Chce też zlikwidować ulgę podatkową od spadku, która pozwala unikać opodatkowania zysków kapitałowych w ogóle jeśli majątek jest dziedziczony przez dzieci (w ten sposób projektowane podwyżki w 99 proc. obciążyłyby 1 proc. najbogatszych). Prezydent chce także (i zgodnie z oświadczeniami jego doradców ma nadzieję, że Republikanie poprą tę propozycję) wprowadzić opłaty od „obciążeń” dla około 100 instytucji finansowych z aktywami wartości powyżej 50 miliardów dolarów. Pieniądze uzyskane przez takie podwyżki miałyby posłużyć głównie do:

– otworzenia kredytu do 500 dolarów dla rodzin, w których oboje małżonkowie pracują, a roczny dochód wynosi do 210 tysięcy dolarów,

– powiększenia podatkowej ulgi na opiekę nad dziećmi do 3 tysięcy dolarów dla dzieci do 5 lat co pomogłoby to około 5 milionom rodzin,

– skonsolidowania systemu podatkowego od edukacji (z sześciu klauzul do dwóch), co mogłoby zmniejszyć podatki dla około 8,5 miliona rodzin,

– wprowadzenia wolnej od opłat 2-letniej edukacji w tzw. community college, czyli polskim odpowiedniku technikum.

Prezydencki projekt nałożenia opłat na duże korporacje jest podobny, acz znacznie większej skali, do projektu Republikanów zakładającego nałożenie takich opłat na instytucje 10-krotnie bogatsze, bo z 500 miliardami aktywów. Tu podobieństwa się kończą, a więc zaczyna się wojna.

Republikanie mają większość w Kongresie, prezydent jednak nie pozostaje bezsilny. Jak na razie rozjuszył Republikanów zapowiadając, że zawetuje ich priorytety polityczne, czyli 1) zablokuje budowę rurociągu naftowego Keystone XL, 2) nie pozwoli na wprowadzenie zmian w Obamacare czyli ustawodawstwie o ochronie zdrowotnej 3) ani na zmiany swoich decyzji mających ochronić część nielegalnych imigrantów przed deportacjami. Projekt reformy podatkowej, priorytet prezydenckiej polityki, będzie zatem najprawdopodobniej nie tyle negocjowany, ile używany, punkt po punkcie jako indywidualne karty przetargowe w dalszej konfrontacji pomiędzy prezydentem a partią Republikanów.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test