Usługi publiczne niech drożeją, byle produktywność rosła szybciej

07.08.2019
Jedną z rzeczy, które nieco osładzają nam starość, jest możliwość zanudzania młodzieży opowieściami o cenach z przeszłości. Dawno, dawno temu bilet do kina kosztował zaledwie pięć funtów, a beczka miodu pitnego zaledwie ćwierć pensa.

(Envato)


Oczywiście co bardziej inteligentni młodzi ludzie wiedzą, jak odpowiedzieć na takie bajki. Jeśli uwzględnimy inflację, wiele rzeczy jest dzisiaj tańszych niż kiedykolwiek. Od 1950 roku rzeczywisty koszt nowych samochodów spadł o połowę, nowych ubrań o 75 proc., a sprzętu gospodarstwa domowego aż o 90 proc., mimo że ich jakość się poprawiła. Te spadki cen odzwierciedlają wiele dekad postępu w zakresie technologii i produktywności. Jednak ten efekt nie dotyczy całej gospodarki. Samochody są tańsze, ale jego utrzymanie jest droższe, natomiast koszty edukacji i opieki zdrowotnej wzrosły od 1950 roku mniej więcej pięciokrotnie. Choć ten wzrost nie jest tajemnicą, często jest błędnie rozumiany, co ma poważne konsekwencje ekonomiczne.

Wyjaśnień rosnących kosztów tych usług jest tak wiele, jak wielu jest polityków. Jednak, jak dowodzą autorzy opublikowanej niedawno analizy, przytaczane zwyczajowo argumenty nie tłumaczą stałego, długookresowego wzrostu cen wspomnianych usług w stosunku do cen w pozostałych częściach gospodarki. W książce Why are the prices so damn high? („Dlaczego ceny są tak cholernie wysokie?”) Eric Helland z Claremont McKenna College oraz Alex Tabarrok z George Mason University stwierdzają, że poprawa jakości była zdecydowanie zbyt mała, aby uzasadniała taki wzrost kosztów. Odpowiedzią nie jest również rozrost administracji. W Stanach Zjednoczonych procent wszystkich wydatków na edukację, który jest przeznaczany na administrację, od dziesięcioleci utrzymuje się na mniej więcej stałym poziomie. Tymczasem w krajach bogatych wydatki na opiekę zdrowotną rosły szybciej niż PKB, pomimo ogromnych różnic w strukturze ich systemów opieki medycznej.

Realne płace wzrosły zarówno w branżach o wysokiej produktywności, jak i w tych o niskiej produktywności, ponieważ wszyscy konkurują na tym samym rynku pracy.

Jak piszą autorzy, prawdziwym winowajcą jest stały wzrost kosztów siły roboczej, czyli nauczycieli i lekarzy. Ten z kolei odzwierciedla nieubłaganą logikę tzw. „choroby kosztowej Baumola”, nazwanej tak na cześć nieżyjącego już Williama Baumola, który jako pierwszy opisał to zjawisko. Produktywność rośnie w różnym tempie w różnych sektorach. Obecnie, chcąc wyprodukować samochód, potrzeba znacznie mniej ludzi niż kiedyś. Dawniej w fabrykach pracowały tysiące robotników, dzisiaj wysoko opłacani inżynierowie nadzorują pracę zakładów pełnych robotów. Ale żeby skutecznie uczyć dzieci w szkole wciąż potrzeba mniej więcej takiej samej liczby nauczycieli. Ekonomiści uważają, że płace pracowników powinny się różnić w zależności od ich produktywności. Jednak realne płace wzrosły zarówno w branżach o wysokiej produktywności, jak i w tych o niskiej produktywności. Jak wskazywał Baumol, dzieje się tak, ponieważ nauczyciele i inżynierowie konkurują na tym samym rynku pracy. Skoro rosną wynagrodzenia inżynierów z branży motoryzacyjnej, to więcej studentów studiuje inżynierię, a mniej z nich zostaje nauczycielami, chyba że wynagrodzenia nauczycieli również wzrosną. Z powodu coraz wyższych płac wymaganych do obsadzenia stanowisk dydaktycznych rosną koszty edukacji. Pewien wpływ mają też inne czynniki. Mogą na przykład wyjaśniać, dlaczego Amerykanie płacą za opiekę zdrowotną i szkolnictwo wyższe więcej niż Europejczycy. Jednak w poszczególnych krajach żaden czynnik nie ma takiego znaczenia, jak skutki choroby kosztowej.

Najwcześniejsza praca Baumola na ten temat, napisana wraz z Williamem Bowenem, została opublikowana w 1965 roku. Niemniej analizy, takie jak ta przygotowana przez Hellanda i Tabarroka, wciąż mają nowatorski charakter, ponieważ decydenci polityczni w dalszym ciągu nie doceniają implikacji choroby kosztowej. Na przykład stale rosnące koszty edukacji i opieki zdrowotnej są niemal powszechnie potępiane jako ekonomiczna plaga, mimo że ich przyczyną jest coś niewątpliwie dobrego: szybki, choć nierównomierny, wzrost produktywności. Wzrost cen, o ile jest napędzany chorobą kosztową, nie musi oznaczać zmniejszonej przystępności cenowej, ponieważ odzwierciedla większą produktywność w innych obszarach gospodarki. Autorzy posługują się następującą analogią: w miarę wzrostu wynagrodzenia danej osoby rośnie koszt wykonywania czynności innych niż praca – np. zajmowania się ogródkiem – ponieważ każda godzina niepoświęcona pracy oznacza więcej utraconych dochodów. To jednak nie oznacza, że spędzanie czasu w ogrodzie stało się mniej przystępne cenowo.

Wysokie ceny niekoniecznie są problemem, który wymaga interwencji. Wiele spośród proponowanych rozwiązań miałoby dobry wpływ na wzrost, jednak nie rozwiązałoby problemu choroby kosztowej. Zwiększenie podaży pracy poprzez zwiększenie imigracji mogłoby obniżyć koszty zarówno w sektorach o wysokiej produktywności, jak i o niskiej produktywności. Jednak koszty wyższej edukacji wciąż pozostałyby dotkliwe. Innowacja w sektorach, które doznały stagnacji, choć niewątpliwie mile widziana, tylko przesunęłaby problem choroby kosztowej gdzie indziej. Gwałtowny wzrost produktywności w edukacji – na przykład w wyniku poprawy jakości nauczania online – powinien przyczynić się do spadku ceny edukacji w przeliczeniu na jednego ucznia. Nauczyciel mógłby wówczas uczyć o wiele więcej uczniów niż poprzednio, więc wzrosłyby potencjalne dochody nauczycieli. To odciągnęłoby wielu niedoszłych lekarzy od studiowania medycyny, prowadząc do zaostrzenia problemu choroby kosztowej w sektorze opieki zdrowotnej. Tymczasem wzrost produktywności w służbie zdrowia mógłby wypchnąć chorobę kosztową do obszaru stomatologii, opieki nad dziećmi lub weterynarii.

Jedynym prawdziwym rozwiązaniem choroby kosztowej jest spowolnienie tempa wzrostu produktywności w skali całej gospodarki – być może nastąpi to już wkrótce. Postęp technologiczny popycha pracowników do sektorów najbardziej odpornych na wzrost produktywności. W końcu prawie każdy może mieć pracę, która jest ceniona za swoją nieefektywność: jako profesjonalny muzyk, serowar-rzemieślnik lub członek służby domowej bardzo bogatych rodzin. Jeśli nie istnieje sektor o wysokiej produktywności, który mógłby zwabić takich pracowników, wtedy omawiany problem nie występuje.

Lekarstwo gorsze od choroby

Te możliwości ujawniają prawdziwe zagrożenia wynikające z „choroby kosztowej Baumola”: wcale nie chodzi o to, że praca będzie przepływać w stronę mniej produktywnych gałęzi gospodarki, co jest nieuniknione, ale o to, że zyski z rosnącej produktywności są dzielone nierównomiernie. Zapotrzebowanie na wysoko wykwalifikowanych pracowników w firmach z branż o wysokiej produktywności skutkuje wzrostem wynagrodzeń podobnych pracowników w innych częściach gospodarki, np. lekarzy. To zwiększa poziom nierówności, ponieważ pracownicy o niskich dochodach muszą płacić wyższą cenę za podstawowe usługi, takie jak opieka zdrowotna. Mimo to wzrost produktywności napędzający chorobę kosztową mógłby być korzystny dla wszystkich. Ale rządy często robią zbyt mało, by odpowiednio opodatkować zwycięzców i zrekompensować straty ponoszone przez przegranych. Natomiast politycy, którzy nie rozumieją efektu Baumola, czasami wprowadzają limity wydatków na edukację i zdrowie. Ponieważ błędnie interpretują diagnozę, nie jest niczym zaskakującym, że zalecane przez nich kuracje prowadzą jedynie do zaostrzenia dolegliwości.

Niniejszy artykuł ukazał się w sekcji „Finanse i ekonomia” papierowego wydania The Economist pod tytułem „Cost conscious”.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test