W Ameryce Płd bogaty szewc bez butów chodzi

11.03.2011
Analitycy z londyńskiej firmy badawczej Capital Economics napisali w lutym o „rosnącym niebezpieczeństwie ogłoszenia w 2012 roku przez rząd Wenezueli braku możliwości wykupu obligacji tego kraju”. Ryzyko to dotyczy państwa dysponującego udokumentowanymi zasobami ropy naftowej liczącymi prawie 25 mld ton. Stanowią one niemal 13 proc. zasobów całego świata. A w Wenezueli panuje bieda.

Evo Morales, prezydent Bolivii. (CC By-NC-ND Alain Bachellier)


Uznawany w świecie nafciarzy za bezwzględnie miarodajny „BP Statistical Review of World Energy” podaje w ostatnim wydaniu, że wskaźnik R/P (reserves-to-production) dla Wenezueli wynosi ponad 100 lat, a zatem przy obecnym poziomie produkcji ropy nad Orinoko wystarczy na cały XXI wiek i jeszcze trochę. Ten sam wskaźnik dla Norwegii i Wielkiej Brytanii wynosi ok. 8 lat, a dla USA niecałe 11 lat.

Dlaczego więc Wenezuela głoduje? Nie może być inaczej skoro w walce z imperializmem i kapitalizmem prezydent Hugo Chavez dusi swą jedyną kurę-nioskę. Mowa o PDV, czyli Petróleos de Wenezuela, tamtejszym monopoliście naftowym, który systematycznie pozbawiany jest środków. Zyski, a zapewne także odpisy amortyzacyjne przejmowane są przez rząd, który przeznacza je na dotacje do towarów oraz na inne cele społeczne i polityczne. Skutek jest taki, że PDV nie ma pieniędzy na inwestycje, ale też na bieżące operacje. Wydobycie ropy spadło zatem z ok. 3,3 mln baryłek dziennie w 1998 r. do ok. 2,25 mln baryłek dziennie. W dodatku, 1 mln baryłek sprzedawany jest po bardzo silnie subsydiowanych cenach na rynku wewnętrznym oraz sojusznikom Chaveza (np. reżimowi Castro na Kubie), a więc na eksport zostaje jedynie 1,25 mln baryłek dziennie.

Eksport ropy przynosi obecnie Wenezueli 92 proc. wpływów w dolarach. Kraj nie ma niczego innego do sprzedaży, bowiem nacjonalizacyjne zapędy Hugo Chaveza doprowadziły do zamknięcia tysięcy przedsiębiorstw i ucieczki ich właścicieli za granicę. Wenezuela musi więc importować to, co wcześniej z łatwością produkowała.

Wenezuela stanowiłaby dziś świetne pole do popisu dla cinkciarzy. W 2005 roku Chavez wprowadził sztywny kurs wymiany w relacji 1 dolar USA = 2,15 bolivara. Nietrudno się domyślić, że zakup dolarów po tym kursie był sporym wyzwaniem dla chętnego. Władze tolerowały więc rynek paralelny, na którym dolar kosztował drożej, ale był do kupienia. W 2010 rynek ten został zamknięty. Utworzono państwowy „kantor”, który sprzedaje dolary po 5,3 bolivara, ale dostarcza ich o połowę mniej, niż poprzedni system „komercyjny”. Równolegle trwają represje policyjne. Handel walutą jest karany więzieniem, samo rozpowszechnianie informacji o czarnorynkowym kursie także (obecnie waha się między 8, a 10 bol.). Nic zatem dziwnego, że Wenezuela zwraca się do przyjaciół w świecie o dary w naturze. Pilnie potrzebuje jednorazowych pieluch, ręczników, czy mleka w proszku dla niemowląt. Podręcznikowe deja vu dla pokolenia 45+ znad Wisły i Odry. I jeszcze jedno skojarzenie. W Polsce denominacja z roku 1994 roku była zwiastunem lepszych czasów. Denominacja wenezuelska w formie obcięcia trzech zer i wprowadzenia od 1 stycznia 2008 roku bolivares fuertes była objawem narastającej choroby. Bolivar „fuerte”, czyli mocny, pozostał jedynie w przemowach prezydenta.

Ostry deficyt jest zasypywany pożyczkami. Licząc od 2008 r. Chiny wsparły Chaveza kredytami „chwilówkami” na łączną kwotę 12 mld dol. Rozliczenie następuje w ropie, co zmniejsza pieniężne przychody PDV o 20 proc. rocznie. Dług publiczny netto miał w 2010 roku wynosić 29 proc. PKB. Economist Intelligence Unit szacuje, że w 2011 sięgnie 35 proc. Perspektywy pożyczkowe są ponure. Ostatnią emisję obligacji PDV (już sam fakt finansowania się w ten sposób przez firmę z naftowego eldorado jest szokujący) uplasowano za kupon wartości aż 12,75 proc.

Ludzie z Capital Economics twierdzą, że jeśli utrzymają się ceny rzędu 100 dolarów za baryłkę, Wenezuela zdoła jakoś zaspokoić swój popyt na mocną walutę. Przez dwa najbliższe lata kraj będzie potrzebował 11 mld dol. na obsługę zadłużenia zagranicznego, 28 mld dol. na wypłatę kapitałów uciekających z kraju i 100 mld dol. na import. Gros będzie pochodziło z eksportu ropy. Hugo Chavez ma też zaskórniaki na wypadek spadku cen. Świat zewnętrzny ocenia, że bank narodowy ma rezerwy gotówki i złota warte 22,5 mld dol. oraz 7,5 mld dol. w nienazwanych niepłynnych aktywach. Jest też około 39 mld dol. zebranych od 2005 roku przez tzw. Fonden (El Fondo de Desarrollo Nacional – Fundusz Rozwoju Narodowego). A za górami i morzami – Chiny, które dolarów mają aż nadto, a pragnienie na ropę coraz większe.

Dotacje do firm naftowych – czemu nie

W drugi dzień świąt Bożego Narodzenia 2010 roku prezydent Evo Morales politycznie pochodzący z tej samej stajni co Hugo Chavez, ogłosił, że kończy z subsydiowaniem w Boliwii cen paliw. Miały one wzrosnąć o 73 proc. Boliwia nie weszła jeszcze w Nowy Rok, gdy pod naporem rozwścieczonych kierowców autobusów rząd uznał podwyżkę za nieporozumienie.

Ceny paliw pozostają wiec w Boliwii niezmienne od 2006 r., gdy Morales – populistyczny zbawca ludu – doszedł do władzy. Litr benzyny kosztuje w przeliczeniu 53 amerykańskie centy. W 2010 r. dopłaty kosztowały rząd 380 mln dol. W 2011 roku wynieść mają 660 mln dol. W państwach sąsiadujących z Boliwią paliwa są 2-3 razy droższe. Kwitnie zatem przemyt. W rezultacie jakieś 150 mln dolarów z zebranych Boliwii w formie podatków i wydanych na subsydiowanie cen paliw wspiera konsumpcję bogatszych sąsiadów z Brazylii, Paragwaju, Argentyny, Chile, czy Peru.

Boliwia ma trochę ropy (440 mln baryłek tj. ok. 60 mln ton w udokumentowanych złożach) i bardzo dużo gazu ziemnego. Zasoby tego drugiego ustępują na kontynencie tylko wenezuelskim. Evo Morales doszedł w 2006 roku do władzy na obietnicach utrzymania zasobów surowcowych (cyna i inne minerały) w kredensie na rodowe srebra. Przemysł naftowy i gazowy, którym od ostatniej dekady XX wieku rej wodził hiszpański koncern Repsol, brazylijski Petrobras, brytyjski BP i francuski Total został wiec znacjonalizowany. Zyski z niego nie idą na modernizację i rozwój słabiutkiej gospodarki – zasilają programy socjalne i budowę infrastruktury. Boliwia uniknęła w 2009 roku recesji, ale nadal 70 proc. jej mieszkańców tkwi w szarej strefie, w tym istotna część zajmuje się najważniejszą dla kraju uprawą  – koki.

Ciekawe są sposoby pomnażania dochodów boliwijskiego państwa. W przemyśle naftowym ostały się prywatne resztki. Rząd litościwie kupuje od nich ropę, ale płaci 27 dolarów za baryłkę, czyli ponad trzy razy mniej od cen światowych. Jest całkiem prawdopodobne, że jeśli nie uda się wreszcie podnieść cen paliw, rząd będzie zmuszony do dotowania boliwijskich kompanii naftowych. Trzeba obserwować, żeby tego nie przegapić i zdążyć zapisać w annałach.

A w Iranie się udało

Turysta odwiedzający Teheran najpierw zadławi się smogiem, ale dojrzy lampy uliczne palące się za dnia. Smog jest głównie dziełem samochodów jeżdżących dziesiątkami tysięcy wyłącznie dla rozrywki, a lampy świecą, bo nikt nie ma głowy, żeby je wyłączyć. Tak było jeszcze parę miesięcy temu. W styczniu nastąpiła w Iranie kolejna rewolucja. Jest to globalny naftowy gigant wydobywający ponad 200 mln ton ropy rocznie (5,3 proc. światowej produkcji). Wielka część przychodów z tego tytułu wspierała i wspiera rządy ajatollahów. Dotacje państwowe popłynęły nie strumieniem, a rzeką. Lud przyjmuje je z zadowoleniem. Efekt był taki, jaki miał być. W państwie ropą płynącym stale brakuje paliw z własnej produkcji. Konieczny jest import, ale i to nie pomaga. Od dawna, tak jak w ostatniej dekadzie PRL, w Iranie trzeba mieć kartki na benzynę. Jeszcze w grudniu 2010 roku kupowało się 60 litrów miesięcznie po cenach państwowych, tj. ok. 10 centów za litr, a kto chciał jeździć więcej płacił cenę „komercyjną”: 40 centów/litr. Nie trzeba dodawać, że straty z przemytu paliw do krajów ościennych są większe niż w Boliwii. Szacuje się je na co najmniej 1 mld dolarów rocznie.

Według IMF, dochody przeciętnej irańskiej czteroosobowej rodziny wynoszą ok. 3 600 dolarów rocznie, ale w postaci dotacji do samych tylko paliw i gazu ziemnego otrzymuje ona ponadto 4 000 dolarów w ciągu roku. Władze Iranu przyznały, że na subsydia do paliw i podstawowych towarów wydają rocznie 100 mld dolarów, czyli ok. 10 proc. PKB.

Prezydent Mahmud Ahmadineżad powiedział zatem dość. W styczniu 2011 roku z dnia na dzień drakońsko wzrosły rachunki za paliwa, prąd i wodę. Zaraz potem zdrożał chleb, niektóre gatunki nawet czterokrotnie, z równowartości 5 centów amerykańskich do 20 centów. Benzyna kartkowa kosztuje obecnie 40 centów, a bezkartkowa – 70 centów. Cena kartkowego oleju napędowego pozostaje bez zmian (6 centów za galon), lecz poza reglamentacją trzeba zapłacić „aż” 1,4 dolara za galon. 1 kWh energii kosztujący dotychczas 1,6 centa zdrożał trzykrotnie.

Takie „regulacje” (słowo używane w PRL) nie mogły wywołać zadowolenia Irańczyków. Rząd zarządził zatem wypłatę rekompensat. 90 proc. mieszkańców otrzymuje średnio równowartość 40 dol. dodatku drożyźnianego na osobę miesięcznie. Państwo przeznacza na to z budżetu 2,5 mld dolarów miesięcznie. Co istotne, sposób naprawy irańskiej gospodarki nie wzbudził krytyki licznych politycznych oponentów obecnego prezydenta, a obserwatorzy wskazują, że nie ma z tym nic wspólnego siła represji reżimu.

W starciu na rozumy Ameryki Łacińskiej z Zatoką Perską jest zatem dwa do jednego. Jest to jednak wynik, w którym więcej punktów oznacza klęskę.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test