W miastach potrzebujemy inteligentnych, nie utopijnych pomysłów

26.12.2017
Przyszłość ludzkości skoncentruje się w wielkich aglomeracjach. Zarządzanie nimi jest ogromnym wyzwaniem i wymaga, przede wszystkim, inteligencji, odpowiedzialności i rozsądku, których nie zastąpią nowoczesne technologie. A tym bardziej pomysł budowania miast od nowa.

Ogród botaniczny w Kurytybie, wzorcowym mieście Brazylii. (CC By Jeff Belmonte)


Na początku grudnia w amerykańskich mediach gruchnęła wiadomość, że twórca Microsoftu, Bill Gates, wykupił w Arizonie ogromny kawał ziemi pod swój najnowszy projekt – inteligentne miasto. Belmont, bo tak będzie się nazywać, ma powstać na ponad 100 kilometrach kwadratowych, w pobliżu nowej autostrady prowadzącej do Los Angeles, i służyć za modelowy przykład zastosowania najnowocześniejszych technologii.

Z inteligentnych budynków, szybkich systemów komunikacji zbiorowej, z autonomicznymi pojazdami i centrami logistycznymi, ma korzystać na początku kilkadziesiąt tysięcy osób. Wszystko napędzane będzie oczywiście energią w 100 procentach z odnawialnych źródeł. Gates przeznaczył na realizację wymarzonej inwestycji około 80 milionów dolarów.

Inwestycje bogaczy we własne metropolie, budowane od zera, nie są bynajmniej wymysłem naszej cywilizacji. Raczej powrotem do jej początków, gdy władcy zaznaczali swoje panowanie budując nowe miasta. Już w czasach starożytnej Grecji miasta odgrywały kluczową rolę w rozwoju imperium. W Polsce przodownikiem takiej polityki był Kazimierz Wielki, za którego rządów (1333-1370) powstało tysiąc wiosek i sto miast, w większości sfinansowanych przez monarchę. Nie zmieniła się również motywacja. Chodzi o skoncentrowanie w jednym miejscu bogatych inwestorów, wnoszących know-how, technologie i zapewniających stały, długookresowy dopływ gotówki oraz ściągających do pracy talenty (albo – w zależności od etapu rozwoju – tanią siłę roboczą).

Historia zatacza więc koło. Tyle, że kiedyś miasta były ośrodkami władzy większych imperiów, a dziś stają się niejako same „imperiami”. W metropoliach na całym świecie mieszka już ponad połowa światowej populacji: 3,5 mld ludzi. Do 2030 roku ta liczba ma wzrosnąć do 5 miliardów. Udział w zarządzaniu nimi staje się wyzwaniem, ale i szansą, w wielu obszarach – politycznym, gospodarczym, organizacyjnym, ekologicznym (zanieczyszczenie powietrza i gleby, odpady), a wręcz nawet humanitarnym. Do miast ściągają bowiem również ci, którzy nie mają z czego się utrzymać. Uciekają z miejsc ogarniętych konfliktami, bezrobociem (wieś), gotowi pracować w każdych warunkach.

Jak tym wyzwaniom sprostać głowiło się już wielu. W 1898 r. brytyjski stenograf Ebenezer Howard opublikował kultową książkę „Jutro. Spokojna droga do prawdziwych reform”. Wizja sieci miast-ogrodów, łączących zalety dużych aglomeracji (możliwości zatrudnienia) i wsi (czyste powietrze i woda, niewielkie czynsze), otoczonych pasami uprawnej ziemi, miała w opinii Howarda silne oparcie w ekonomii. Projekt miał bardzo praktyczny wymiar – autor przykładał wielką wagę do precyzyjnego wyliczenia kosztów budowy i rentowności całego przedsięwzięcia. Namawiał też do zakładania niewielkich miast budowanych według określonego planu urbanistycznego, z ogromnymi obszarami zieleni wewnątrz, a dodatkowo otoczonych nienaruszalnym pasem pól uprawnych.

Idea Howarda ma do dziś swoich entuzjastów wśród planistów i urbanistów. Z pewnością należał do nich fiński naukowiec Eero Paloheimo, który marzył o tym, by w Europie powstało najbardziej inteligentne miasto świata. Zbudowane od zera, z proekologicznych materiałów, niezależne energetycznie, nieemitujące szkodliwych substancji i przetwarzające wszystkie odpady.

Podobną wizję chce zrealizować Bill Gates. Wyprzedził go emir Abu Zabi, który już ponad dekadę temu zaczął stawiać pierwsze na świecie w pełni zasilane energią odnawialną miasto – Masdar w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Ogromne pieniądze wydane na projekt z zysków uzyskanych na – o ironio – wydobyciu ropy naftowej, oraz poparcie projektu przez ONZ sprawiło, że inwestorzy uwierzyli, iż zwrócą im się inwestycje w proekologiczne technologie. Jak elektrownia generująca prąd ze skoncentrowanego ciepła słonecznego, czy odwierty głębinowe w celu wykorzystania wód termalnych do jednoczesnego chłodzenia i zaopatrywania budynków w ciepłą wodę. Miasto ma zużywać tylko jedną czwartą wody i energii w porównaniu z podobnej wielkości standardową metropolią. A konkretnie – zaoszczędzi w ciągu 25 lat ropę naftową wartą ponad 2 mld dolarów. Zwłaszcza, że transport ma być oparty jedynie na elektrycznych taksówkach bez kierowcy. Do osiedlania się w Masdar ma zachęcać dodatkowo polityka sprzedaży żywności jedynie z ekologicznych upraw.

Tymczasem dziennik The Guardian już uznał niedokończony Masdar za kandydata na najbardziej ekologiczne na świecie miasto „duch”. Bo okazało się, że choć zachęty podatkowe (a praktycznie ich brak) ściągnęły tu, oprócz Międzynarodowej Agencji Energii Odnawialnej IRENA, parę prestiżowych firm (np. GE, które założyło tu symboliczne centrum innowacji), to mieszkać w nim nikt nie chce.

– Kłopot z modelami ulepszonej rzeczywistości polega na tym, że istnieje styk pomiędzy zapowiadaną przez nie „fantastycznością” a prozą faktów – podsumowuje Paulina Wilk w wydanej właśnie książce „Pojutrze. O miastach przyszłości”.

Ordos, miasto – fatamorgana

Ta proza faktów dotknęła szczególnie Chiny, gdzie powstało w ostatnich latach ponad 200 ekomiast, które miały przyciągać imigrantów ze wsi i nie pogłębiać problemów ekologicznych kraju. A przede wszystkim – pobudzać gigantycznymi inwestycjami budowlanymi zwalniającą gospodarkę.

Tyle, że supernowoczesne i ekologiczne budynki świecą pustkami, jak np. położony nieopodal Pekinu Tianjin Eco-city, który miał być wzorem zrównoważonego rozwoju dla całej Azji. Dlaczego? Bo w nafaszerowanych technologiami miastach brakuje szkół, sklepów, transportu do fabryk, w których mogą pracować ludzie. Nie mówiąc o tym, że robotników nie stać na opłacanie horrendalnego czynszu. A firm – na finansowanie drogich źródeł energii odnawialnej i testowanie nowinek, gdy gdzie indziej korzystają z dużo tańszej energii konwencjonalnej i mają bliżej do niezbędnej infrastruktury.

Jak to zrobić z głową

Organiczna transformacja miast w kierunku zrównoważonego rozwoju to co innego niż stawianie w szczerym polu supernowoczesnych budynków. Jak przekonuje Guruduth Banavar, wiceprezes IBM, w artykule „Smarter Cities and Their Innovation Challenges”, miejska innowacyjność to nie strzeliste szklane budowle i kosmiczna architektura, ale stworzenie najlepszych warunków do życia i pracy.

– W naszych czasach największym wyzwaniem dla miast, których populacja błyskawicznie rośnie, jest wyciśnięcie jak najwięcej z infrastruktury. Znalezienie najbardziej efektywnych metod analizowania danych, przewidywania problemów i koordynowania zasobów. Zwłaszcza przy kurczących się budżetach – uważa Banavar.

Wielkie miasta stoją małym biznesem

To zadanie dla różnych instytucji, samorządowców, ale i biznesu – stale ze sobą współpracujących. Jak w Nicei, gdzie lokalni urzędnicy we współpracy z Cisco i kilkunastoma lokalnymi firmami przetestowali aplikacje umożliwiające m.in. inteligentne parkowanie, sterowanie oświetleniem, monitoring środowiska czy zarządzanie odpadami po to, by udokumentować w jaki sposób poszczególne rozwiązania mogą wygenerować oszczędności lub przychody.

Albo jak w Bostonie, czy Kalifornii, gdzie Uber dzieli się z administracją miast danymi o częstotliwości kursów, trasach przejazdów itp., by te mogły lepiej dopasowywać transport publiczny do faktycznych potrzeb mieszkańców.

W inteligentnych miastach informacja to bowiem najcenniejszy zasób, niezbędny do tworzenia optymalnych rozwiązań – komunikacyjnych, mieszkaniowych, edukacyjnych itp. W Singapurze kontrolerzy ruchu drogowego otrzymują dane w czasie rzeczywistym za pośrednictwem czujników, co pozwala tworzyć i przewidywać scenariusze ruchu drogowego z dokładnością dochodzącą do 90 procent. To, że Singapur w rozmaitych rankingach zajmuje pozycję najbardziej inteligentnego miasta świata, to przede wszystkim zasługa doskonałej infrastruktury, ale i wykorzystania absolutnie wszystkich możliwości do poprawy codziennej jakości życia na tym niewielkim skrawku ziemi.

Tę jakość życia, w coraz większym stopniu, wyznacza naturalnie stan środowiska, głównie powietrza.  Dlatego innym liderem rankingów, szczególnie ekologicznych, jest Kopenhaga, w której nie ma problemów z transportem czy smogiem, bo wszędzie można wypożyczyć rower z elektrycznym wspomaganiem i tabletem z nawigacją. Miasto chce do 2050 r. stać się całkowicie zeroemisyjne.

Innym przykładem miasta, które umiejętnie łączy dobrą urbanistykę z ekologią, od lat uznaje się brazylijską Kurytybę, miasto założone w XVII wieku (które jest zresztą głównym ośrodkiem skupiającym polonie w Brazylii).

Oddajmy burmistrzom władzę nad światem

Architekt Jaime Lerner, a potem burmistrz miasta, wprowadził tu już ponad 30 lat temu system szybkiej i taniej komunikacji. Liczba aut spadła w tym czasie o jedną trzecią, mimo że podwoiła się liczba mieszkańców. Centrum miasta przekształcono w ogrody botaniczne i deptaki, sztuczne jeziora i lasy chronią Kurytybę przed powodziami, a 70 procent śmieci poddawane jest recyklingowi. Mieszkańcy slumsów zaczęli segregować odpady, gdy stało się to warunkiem otrzymania zasiłku socjalnego, a poziom bezrobocia spadł, bo dostali pracę między innymi w sortowniach śmieci.

Kurytybę chciało naśladować Rio de Janeiro, którego były już burmistrz, Eduardo Paes, wprowadził dwa lata przed olimpiadą w 2016 r. program „smart city”. Ogromne centra przetwarzania danych miały pomóc w zarządzaniu usługami publicznymi, bezpieczeństwem i służyć jako centrum wczesnego ostrzegania przed katastrofami. Jak wykazały badania Christophera Gaffneya z Uniwersytetu w Zurychu oraz Cerianne Robertson z brazylijskiej organizacji Catalytic Communities, była to jednak głównie akcja propagandowa przed igrzyskami, a „smart” technologie nie rozwiązały praktycznie żadnych problemów lokalnej ludności. Pochłonęły za to ogromne pieniądze, które popłynęły do kieszeni globalnych dostawców i firm konsultingowych.

„Inteligencja” miast jest bowiem przede wszystkim pochodną inteligencji, dobrej woli, i poświęcenia swoich włodarzy. Zdolnych do kooperacji z biznesem, sektorem NGO i samymi mieszkańcami. A to trudno zapewnić, gdy horyzont myślenia nie przekracza jednej kadencji. Albo, gdy pogoń za krótkookresowym zyskiem przewyższa zdrowy rozsądek.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test