Więcej Polaków może pracować, jeśli im się to ułatwi

19.08.2019
Podaż pracy, czyli liczba osób aktywnych zawodowo, zmniejsza się o około 100 tys. rocznie. Do zrównoważenia ubytku wystarczyłby jednak wzrost współczynnika aktywności zawodowej o 0,3 punktu proc. – mówią dr Katarzyna Saczuk i dr Robert Wyszyński z Departamentu Analiz Ekonomicznych NBP.

Envato


ObserwatorFinansowy.pl: Czy osiągnęliśmy już szczyt napływu pracowników z Ukrainy?

Robert Wyszyński (RW): Tego jednoznacznie nie można powiedzieć, bo nie dysponujemy pełną informacją o imigracjach czasowych, ale pewne przesłanki na to wskazują. Niektóre z dostępnych źródeł danych sugerują, że od 2018 roku skala napływu imigrantów zaczęła się zmniejszać, choć trzeba wziąć poprawkę na to, że zmiana przepisów dotycząca oświadczeń, która weszła w życie w tym samym czasie, utrudnia porównywalność bieżących danych z wcześniejszymi.

Jeśli faktycznie Ukraińców nie będzie przybywać w takim tempie jak dotychczas, a popyt na pracowników będzie stały, to kiedy nasza gospodarka będzie miała problem?

RW: Problemu wcale być nie musi, bo imigracja tych Ukraińców, którzy już w Polsce są, przyjmuje charakter bardziej osiedleńczy, coraz częściej sprowadzają oni tu rodziny, coraz częściej płacą składki na ZUS. Po drugie, słusznie pytanie zadał Pan w trybie warunkowym, bo okazuje się, że i popyt na pracowników ostatnio nieco słabnie. Tak przynajmniej wynika z najnowszych danych miesięcznych.

O ile może zmniejszyć się liczba Ukraińców pracujących w Polsce po otwarciu niemieckiego rynku pracy w 2020 roku?

RW: Szacujemy, że o 20-25 proc. w perspektywie najbliższych czterech lat. Przy czym jest to raczej maksymalna wartość, a zapewne wyjedzie ich mniej. Ostatecznie skala odpływu ukraińskich pracowników z Polski do Niemiec będzie głównie zależała od kondycji niemieckiej gospodarki, jak również kształtu przepisów wykonawczych do czerwcowej ustawy wprowadzającej w Niemczech nowe zasady zatrudniania kwalifikowanych pracowników spoza Unii.

Jak to oszacowano?

RW: Prognozowana przez nas skala migracji Ukraińców z Polski do Niemiec bazuje na naszych wewnętrznych analizach prowadzonych w Departamencie Analiz Ekonomicznych NBP, wynikach badania ankietowego imigrantów realizowanego przez Departament Statystki NBP, jak również na ekspertyzach niemieckich, przy czym pamiętajmy, że nie chodzi tu o otwarcie niemieckiego rynku pracy wyłącznie dla przebywających w Polsce Ukraińców. Niemcy od przyszłego roku otworzą rynek pracy dla pracowników spoza UE z różnych krajów. W niemieckiej ocenie skutków regulacji samej ustawy znajduje się liczba nieco ponad 50 tys. osób dodatkowego napływu imigrantów rocznie. Nawet tamtejszy ustawodawca nie spodziewa się zatem imigracji na masową skalę.

Czy napływ pracowników z Ukrainy maskował fakt, że od 2013 roku podaż pracy w Polsce spada?

Katarzyna Saczuk (KS): W rzeczywistości pewnie tak było, natomiast w statystykach to są dwie różne rzeczy. Wniosek o spadku podaży pracy obywateli Polski wyciągamy bowiem na podstawie danych BAEL (Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności), w którym cudzoziemcy są badani tylko, jeśli przebywają w Polsce przynajmniej 12 miesięcy. To zaś wyklucza z badania znaczną część Ukraińców, których migracja w związku z funkcjonującym u nas systemem oświadczeń siłą rzeczy ma zazwyczaj charakter bardziej cyrkulacyjny i krótkookresowy.

W jakim tempie zatem ubywa polskich pracowników i czy to tempo przyśpieszy?

KS: Obecnie podaż pracy, czyli liczba osób aktywnych zawodowo, zmniejsza się o około 100 tys. osób rocznie. Wynika to z tendencji demograficznych i wyhamowania wzrostu współczynnika aktywności zawodowej w ostatnim czasie. Warto jednak zwrócić uwagę, że do utrzymania podaży pracy na niezmienionym poziomie wystarczyłby wzrost współczynnika aktywności zawodowej o około 0,3 punktu proc. Jeśli natomiast współczynniki aktywności zawodowej we wszystkich grupach płci i wieku nadal będą względnie stałe, liczba osób aktywnych w ciągu najbliższej dekady może się zmniejszyć nawet o 1,2 mln osób.

To chyba jednak będzie problem?

KS: To naturalna kolej rzeczy przy populacji, która zmniejsza się i starzeje. Siłą rzeczy wpłynie to na rynek pracy. Uważam jednak, że wciąż jesteśmy w takim momencie, w którym systematyczny spadek podaży pracy jeszcze nie jest przesądzony. Tę sytuację może zmienić właśnie wzrost współczynnika aktywności zawodowej, który może kompensować coraz mniejszą podaż pracy, wynikającą z przyczyn demograficznych.

55,9 proc. wyniósł współczynnik aktywności zawodowej w I kwartale 2019 roku. To oznacza, że 44 proc. Polaków nie pracuje, choć potencjalnie by mogło?

KS: Oczywiście, z wielu powodów 100 proc. aktywności zawodowej jest nieosiągalne w żadnym kraju. Odpowiem inaczej – policzyłam, o ile wzrosłaby aktywność zawodowa w Polsce, gdyby w poszczególnych grupach wieku i płci była taka jak maksymalnie obserwowana w danej grupie w krajach europejskich. Wyszło mi, że zamiast 53,8 proc. wskaźnika aktywności w całym 2017 roku moglibyśmy mieć 68,9 proc. Przy takiej aktywności podaż pracy byłaby większa o prawie 5 mln osób (28 proc.)! To by z nawiązką rozwiązało wszelkie problemy demograficzne do 2070 roku.

Teoretycznie, gdyby osiągnąć maksymalne europejskie wskaźniki, podaż pracy mogłaby być w Polsce większa o 5 mln osób! To by z nawiązką rozwiązało wszelkie problemy demograficzne

Brzmi świetnie, tylko jak to osiągnąć?

KS: Upraszczając, największe rezerwy podaży pracy w tych ponad 40 proc. nieaktywnych zawodowo Polaków (w wieku 15 lat i więcej) znajdują się w trzech dużych grupach. Najliczniejsza to osoby w wieku 45 lat i więcej (ponad połowa), w następnej kolejności osoby poniżej 25 lat (i starsze niż 15 lat – prawie 30 proc.), a trzecia, mniej liczna grupa, to kobiety w wieku 25-44 lata, głównie opiekujące się dziećmi.

To po kolei – osoby w wieku przedemerytalnym i emerytalnym. Jak je można aktywować?

KS: Tu się stała ciekawa rzecz, bo jeszcze do niedawna wzrost aktywności osób w wieku przedemerytalnym był na tyle duży, że przesądzał o wzroście współczynnika aktywności zawodowej ogółem, kompensując niekorzystne tendencje demograficzne. Obniżenie wieku emerytalnego spowodowało jednak, że choć wskaźnik ten nadal rośnie, to o połowę wolniej i już nie wystarcza na skompensowanie demografii. Szczególnie dotyczy to kobiet, które odchodzą z rynku pracy stosunkowo wcześnie i najczęściej na stałe.

Jak ktoś idzie na emeryturę, to jest już dla rynku pracy stracony?

KS: Tak być nie musi, ale z jednej strony faktycznie widać, że pracodawcy nie palą się do zatrudniania starszych osób, a z drugiej i one aktywnie jakiegoś dodatkowego zatrudnienia na emeryturze nie szukają. W tej grupie wiekowej problemem może być np. zdrowie. Dlatego ważne jest lepsze dopasowanie warunków pracy i obowiązków do potrzeb starszych pracowników, możliwość pracy w mniejszym wymiarze, czy też przynajmniej częściowo pracy zdalnej, wykonywanej w domu. W wielu zawodach jest to możliwe i najprawdopodobniej w takim kierunku rozwinie się też rynek pracy. Jednak warto te pozytywne zmiany przyspieszyć.

RW: Podkreśliłbym, że zwiększenie aktywności osób starszych jest teoretycznie możliwe w ramach istniejącego kodeksu pracy, ale są jeszcze inne elementy otoczenia instytucjonalnego, które dodatkowo warunkują relację pracodawca-pracownik. Z pewnością jest tu miejsce na nowe polityki publiczne, które dostarczałyby pracodawcom pozytywnego impulsu w kierunku zmian i lepszego dostosowania organizacji pracy np. do potrzeb osób starszych.

Pracodawcy nie palą się do zatrudniania starszych osób, ale i one aktywnie dodatkowego zatrudnienia na emeryturze nie szukają

Kurcząca się podaż pracowników tego nie wymusi?

RW: To się już zaczyna dziać, ale rzeczywiście do tej pory było tak, że rynek pracownika w klasycznej formie w Polsce nie występował. Teraz powoli osoby starsze pojawiają się w takich branżach, w których ich wcześniej prawie nie było, więc chyba idzie ku lepszemu i można spodziewać się ponownego szybszego wzrostu aktywności w tej grupie.

Druga grupa to najmłodsi – mamy dzieci skłaniać do pracy?

KS: Żeby było jasne – nie chodzi tu o to, żeby wyciągnąć te dzieciaki z edukacji, ale w Polsce wzorce kulturowe są takie, że nawet do skończenia studiów większość osób w ogóle nie pracuje. W innych krajach to wygląda nieco inaczej.

RW: Tak, to wynika też z modelu edukacji, np. w niemieckich szkołach zawodowych uczniowie dość wcześnie i w zaplanowany sposób pojawiają się na rynku pracy, powszechniejsze są także elastyczne formy zatrudnienia, aby np. dorobić sobie na studia. Tu nie chodzi o przymus pracy, ale o stworzenie możliwości wyboru, jeśli ktoś chce pracować.

Została trzecia grupa – kobiety w wieku 25-44 lata

KS: Tak. Z badań wynika, że to grupa, która najczęściej deklaruje, że chciałaby pracować, ale nie może. Nie wiadomo jednak, czy oznacza to brak możliwości zapewnienia dzieciom opieki, czy brak możliwości zatrudnienia, które można by z opieką połączyć; możliwe, że jedno i drugie.

W tej grupie od kilku lat obserwujemy systematyczny spadek aktywności zawodowej. To efekt wprowadzenia szeregu nowych świadczeń od 2013 roku, które spowodowały, że upowszechniła się opieka nad dziećmi. W tym samym kierunku działa za słabo rozwinięta opieka instytucjonalna, zwłaszcza dla małych dzieci, m.in. niewystarczająca (choć rosnąca) liczba miejsc w żłobkach i przedszkolach.

Rozwiązania są takie same jak przy poprzednich grupach?

KS: Zgadza się – bardziej elastyczny czas pracy, możliwość pracy na części etatu i/lub z domu, albo bardziej swobodnego wyboru godzin.

Czy są jakieś szacunki, jak spadek podaży pracy odbije się na PKB?

RW: Odwołam się do badania Pawła Strzeleckiego, prof. Jakuba Growca i mojego. Zbadaliśmy, że zwiększenie podaży pracy o 5 proc. dzięki napływowi około miliona Ukraińców mogło zwiększyć tempo wzrostu PKB o 0,3 do 0,9 pkt. proc. w zależności od przyjętych założeń dotyczących produktywności Ukraińców. Na zasadzie analogii można w przybliżeniu przyjąć, że odwrotny proces, czyli uszczuplenie podaży pracy o milion osób, na które potrzeba byłoby blisko dekady przy uwzględnieniu samych tendencji demograficznych, o podobną wartość może PKB obniżyć. Oczywiście przy założeniu, że nie zmieni się współczynnik aktywności zawodowej, a jesteśmy przekonani, że w najbliższych latach powinien jednak rosnąć. Poniekąd zmianę w sposobie myślenia pracowników i pracodawców o wydłużaniu aktywności zawodowej wymusi zmieniająca się struktura wieku dostępnych w przyszłości zasobów pracy.

Ukraińcy zmienili polski rynek pracy i zwiększyli PKB

Może w ogóle podaż pracy nie jest problemem? Mamy przecież 5,3 proc. bezrobocia i 877 tys. osób zarejestrowanych w Urzędach Pracy.

KS: Ludzie rejestrują się w Urzędach Pracy z różnych powodów, m.in. z powodu ubezpieczenia zdrowotnego i nie oznacza to, że prawie 900 tys. Polaków byłoby skłonnych od razu podjąć pracę. Dlatego wolę tu stosować wyniki BAEL, które wskazują na 3,8 proc. bezrobocia i grupę 666  tys. osób, które deklarują, że faktycznie pracy szukają. Przy czym bardzo skrócił się czas poszukiwania pracy. W tej chwili wynosi on przeciętnie ok. osiem miesięcy, a 40 proc. stanowią osoby, które szukają pracy nie dłużej niż trzy miesiące. Coraz częściej ludzie są w statystykach bezrobocia tylko „na chwilę” po zrezygnowaniu z jednej pracy, a przed podjęciem kolejnej.

A w długim terminie zastąpią nas roboty i może się okazać, że pracowników jest wręcz za dużo, tak?

RW: Mówiąc szczerze, robotyzacja to wielka niewiadoma. Same szacunki odsetka zagrożonych miejsc pracy dla Polski są bardzo zróżnicowane – od 7 proc. wg Arntza i in. (2016) do niemal 50 proc. wg raportu McKinsey’a (2017). Tak duża rozbieżność nie pozwala dziś z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, jaki będzie wpływ robotyzacji na popyt na pracę.

No właśnie – co prędzej wybiorą polscy pracodawcy: aktywizację nieaktywnych zawodowo przez elastyczne formy zatrudnienia, czy robotyzację?

RW: Badań, które odpowiadałyby precyzyjnie na to konkretne pytanie nie ma, ale mamy pewną wiedzę nt. stosunku przedsiębiorstw do automatyzacji procesów produkcyjnych. Z corocznego badania przedsiębiorstw realizowanego przez NBP w 2018 roku wynikało, że wśród dużych firm tylko 33 proc. stosowało jakieś rozwiązania zastępujące pracę człowieka, a w sektorze małych i średnich firm było to tylko nieco ponad 10 proc. Co więcej aż 70 proc. przebadanych firm nie widziało możliwości automatyzacji czy robotyzacji pracy w przyszłości, wskazując na nieodzowność wkładu czynnika ludzkiego w przypadku ich działalności. Oczywiście to postrzeganie możliwości substytucji pracy przez automatyzację może się bardzo szybko zmienić, ale na razie tak to wygląda.

Zatem pewnie będzie rosnąć nam aktywność i z czasem wpiszemy się w światowy trend gig economy i projektowej pracy na zlecenie?

RW: To jest oddzielny temat, na ile duży odsetek osób pracujących na czas nieokreślony jest korzystny, a na ile nie. W Europie Zachodniej toczy się w tej kwestii już od dawna dyskusja, np. w Holandii, gdzie bardzo wysoki udział takich umów, pracy dorywczej i w niepełnym wymiarze godzin rodzi też określone koszty społeczne – stres związany z nieregularnością dochodów, większą niepewnością itd. I ma pan rację, że jak pójdziemy jeszcze krok dalej i nałożymy na to pracę zdalną, to pewne problemy mogą się potęgować.

KS: Holandia to taki modelowy kraj, gdzie te elastyczne formy zatrudnienia, szczególnie praca na część etatu, są powszechnie wykorzystywane, co ma swoje dobre i złe strony (tzw. pułapka elastyczności). Polsce jednak wciąż bardzo daleko do holenderskiego poziomu współczynnika aktywności zawodowej i wydaje się, że u nas można i należy go zwiększać i miałoby to z naszego poziomu wiele pozytywnych skutków społecznych.

W Polsce mamy wysoki odsetek pracujących na umowy czasowe, ale są to umowy najczęściej na pełny etat. Wykorzystanie pracy na część etatu w porównaniu z takimi krajami jak Holandia jest nadal marginalne. Być może udrożnienie tego konkretnego kanału, np. przez bardziej zindywidualizowane podejście do organizacji czasu pracy pracownika, zwiększyłoby w Polsce aktywność zawodową w tych trzech grupach, o których mówiliśmy.

– Rozmawiał Marek Pielach


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test