Blockchain się nie broni

03.12.2018
Po spadku wartości bitcoina o około 70 proc. od szczytu z zeszłego roku, największa w historii bańka inwestycyjna wreszcie pękła. Mówiąc inaczej, kryptowaluty stanęły w obliczu apokalipsy.

Nouriel Roubini (PS)


Wartość głównych kryptowalut, takich jak Ether, EOS, Litecoin i XRP, spadła o ponad 80 proc. Tysiące innych walut cyfrowych straciło 90-99 proc. wartości, a pozostałe okazały się być zwykłym oszustwem.

Wobec publicznej rzezi na rynku zwolennicy kryptowalut sięgnęli po ostatni oręż jaką jest obrona blockchaina, czyli technologii rozproszonych rejestrów, stanowiącej podstawę wszystkich kryptowalut. Blockchain przedstawiany był jako potencjalne panaceum na wszystkie problemy tego świata, począwszy od ubóstwa aż po głód i nowotwory. Tymczasem jest to najbardziej przereklamowana i najmniej przydatna technologia w historii ludzkości.

W praktyce blockchain jest niczym więcej jak gloryfikowanym arkuszem kalkulacyjnym. Mimo to stał się synonimem ideologii libertariańskiej głoszącej, że wszystkie rządy, banki centralne, tradycyjne instytucje finansowe i waluty światowe reprezentują koncentrację władzy, którą należy zniszczyć. W idealnym świecie fundamentalistycznych wyznawców blockchaina cała działalność gospodarcza i wszelkie ludzkie interakcje podlegają anarchistycznej lub libertariańskiej decentralizacji. Chcieliby oni, aby całość życia społecznego i politycznego znalazła się w rejestrach publicznych, które rzekomo są dostępne dla wszystkich bez żadnych zezwoleń (permissionless) i które nie opierają się na zaufaniu (trustless), a tym samym nie wymagają udziału wiarygodnego pośrednika, takiego jak bank.

Jednak zamiast utorować drogę pięknej utopii, technologia blockchain dała początek znajomej formie piekła ekonomicznego. Wystarczy spojrzeć na ogromną centralizację władzy wśród „wydobywców” kryptowalut, giełd, programistów i posiadaczy tego bogactwa, aby przekonać się, że w blockchainie nie chodzi o decentralizację ani o demokrację. Chodzi wyłącznie o chciwość. Na przykład niewielka grupa firm, działająca przeważnie w takich bastionach demokracji jak Rosja, Gruzja i Chiny, kontroluje od dwóch trzecich do trzech czwartych całej działalności związanej z wydobywaniem wirtualnych walut (tzw. cryptomining). Najwyraźniej zwolennicy blockchaina chcieliby, abyśmy zaufali nie bankom centralnym i regulowanym pośrednikom finansowym, lecz anonimowemu kartelowi, który nie podlega żadnym przepisom.

Podobne wzorce pojawiły się także w handlu kryptowalutami. Aż 99 proc. wszystkich transakcji odbywa się na scentralizowanych giełdach, regularnie atakowanych przez hakerów. Jednak w przeciwieństwie do prawdziwych pieniędzy, jeśli czyjeś zasoby w kryptowalutowach zostaną zhakowane, nie ma możliwości ich odzyskania.

Co więcej, centralizacja rozwoju kryptowalut  już dawno zadała kłam twierdzeniu, że „kod informatyczny zastępuje prawo”, tak jakby oprogramowanie stanowiące podstawę aplikacji blockchaina było niezmienne. Prawda jest taka, że programiści mają absolutną władzę – sędziego i ławy przysięgłych zarazem. Kiedy coś pójdzie nie tak w którymś z ich najeżonych błędami „inteligentnych” pseudo-kontraktów i dojdzie do ataku hakerskiego na masową skalę, deweloperzy po prostu zmieniają istniejący kod i w sposób arbitralny dokonują „rozdzielenia” (tzw. fork) upadającej kryptowaluty na inne. Ujawniają w ten sposób, że całe przedsięwzięcie, rzekomo „nie wymagające zaufania”, w istocie było od początku tego zaufania niegodne.

W świecie kryptowalut koncentracja bogactwa jest wreszcie większa nawet niż w Korei Północnej. Współczynnik Giniego na poziomie 1,0 oznacza, że ​​jedna osoba kontroluje 100 proc. krajowego dochodu/bogactwa; w Korei Północnej wynosi on 0,86, w mało znanych z równości Stanach Zjednoczonych 0,41, w odniesieniu do Bitcoina osiąga on zdumiewający poziom 0,88.

Powinno być już jasne, że twierdzenie o „decentralizacji” blockchaina jest mitem propagowanym przez pseudo-miliarderów kontrolujących tę pseudo-branżę. Teraz, gdy zaangażowani w rynek kryptowalut inwestorzy detaliczni stracili już wszystko, pozostający na rynku siedzą na ogromnych majątkach, które przy próbie spieniężenia natychmiast znikną.

Jeśli chodzi o sam blockchain, to nie ma na tym świecie żadnej instytucji – banku, korporacji, organizacji pozarządowej ani agencji rządowej – która umieściłaby swój bilans lub rejestr transakcji, zakupów lub interakcji z klientami i dostawcami na publicznych, zdecentralizowanych i dostępnych dla wszystkich księgach rachunkowych. Nie ma żadnego powodu, aby publicznie rejestrować takie zastrzeżone i wartościowe informacje.

Co więcej, kiedy technologie rozproszonych rejestrów stosowane są w realnym świecie – tzw. Enterprise Distributed Ledger Technology – nie mają one nic wspólnego z blockchainem. Są prywatne, scentralizowane i rejestrowane tylko w kilku kontrolowanych księgach. Dostęp do nich wymaga zezwolenia, przyznawanego jedynie wykwalifikowanym osobom. Ponadto, co być może najważniejsze, opierają się one na zaufanych organach, które potwierdziły swoją wiarygodność na przestrzeni czasu. Słowem, takie systemy są „blockchainami” tylko z nazwy.

To znamienne, że wszystkie „zdecentralizowane” blockchainy, kiedy wreszcie znajdują faktyczne zastosowanie, stają się scentralizowanymi i obłożonymi restrykcjami bazami danych. Tym samym blockchain nie jest w niczym lepszy nawet od standardowego elektronicznego arkusza kalkulacyjnego stworzonego w 1979 roku.

W związku z tym nie jest niczym zaskakującym, że kiedykolwiek prowadzono pilotażowe próby wykorzystania „blockchaina” w środowisku tradycyjnym to albo trafiał on do śmietnika, albo był przekształcany w prywatną, wymagającą zezwoleń bazę danych, która mimo zwodniczej nazwy, nie jest niczym innym niż arkusz kalkulacyjny w Excelu.

Nouriel Roubini jest prezesem firmy Roubini Macro Associates oraz profesorem ekonomii w Szkole Biznesu Sterna na Uniwersytecie w Nowym Jorku.

© Project Syndicate, 2018

www.project-syndicate.org

 


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły