Wojna handlowa Trumpa: Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta

16.11.2018
Wojna handlowa z USA może przynieść straty Chinom, ale będą one zapewne niewielkie w porównaniu z kosztami poniesionymi przez Stany Zjednoczone. Reszta świata może mieć powody, aby życzyć obu krajom długiego i owocnego konfliktu.

Daniel Gros (PS)


Z każdym dniem coraz wyraźniej widać kształt strategii handlowej prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa. Handlowi partnerzy Stanów Zjednoczonych słyszą dramatyczne groźby.

Ale jak pokazuje przykład zmodyfikowanej umowy o wolnym handlu między Stanami Zjednoczonymi i Koreą Południową oraz „zreformowanego” i przechrzczonego Północnoamerykańskiego Układu o Wolnym Handlu (North American Free Trade Agreement – NAFTA), najczęściej wystarczą drobne ustępstwa, aby uspokoić Trumpa. Jedynym państwem, którym Trump naprawdę się przejmuje – jego „wrogiem publicznym numer jeden” – są Chiny.

Gotowy jest więc grunt pod chińsko-amerykańską rozgrywkę, ze wszystkimi jej poważnymi i niemożliwymi do przewidzenia implikacjami geostrategicznymi. Jednak dla reszty świata to niekoniecznie jest zła wiadomość. Teoria ekonomii wskazuje bowiem, że w starym przysłowiu: „Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta”, jest sporo prawdy.

Jeszcze do niedawna polityka handlowa w ogromnej mierze nastawiona była na liberalizację. Od lat sześćdziesiątych do dziewięćdziesiątych XX wieku proces ten postępował głównie za sprawą ogólnych obniżek stawek celnych uzgadnianych w ramach Układu Ogólnego w sprawie Taryf Celnych i Handlu (General Agreement on Tariffs and Trade – GATT) oraz powołanej w jego miejsce Światowej Organizacji Handlu (World Trade Organization – WTO). Ostatnia próba powszechnej redukcji taryf celnych – w ramach tak zwanej Rundy z Dohy – nie weszła w życie, głównie dlatego, że Indie (a nie Chiny) sprzeciwiały się otwarciu niektórych spośród swoich kluczowych rynków.

Dynamikę liberalizacji w pewnym stopniu ratowały regionalne porozumienia handlowe, zwykle obejmujące państwa o podobnym nastawieniu, już wcześniej blisko ze sobą zintegrowane. Ale ekonomiści zawsze sceptycznie podchodzili do takich porozumień, ponieważ z natury są one „preferencyjne”. Gdy bariery handlowe obniżane są tylko dla wybranych partnerów handlowych objętych daną umową regionalną, producenci działający w tych krajach koncentrują się na partnerach regionalnych, co prowadzi do spadku importu z innych krajów.

Szczególnie duże korzyści ma szansę uzyskać Unia Europejska, ponieważ pozostaje jednym z największych partnerów handlowych zarówno dla Stanów Zjednoczonych, jak i dla Chin.

Innymi słowy, zamiast pobudzać ogólny wzrost handlu, umowy regionalne mogą go przede wszystkim przekierowywać: wymiana handlowa pomiędzy stronami takich umów wzrasta, z korzyścią dla nich, ale wymiana z krajami trzecimi spada, w wyniku czego ponoszą one (ograniczone) straty. Taki wniosek potwierdza ogromna ilość literatury badawczej dotyczącej istniejących preferencyjnych umów handlowych.

Można stąd wnioskować, że jeśli grupa głównych państw biorących udział w światowej wymianie handlowej zrobi coś dokładnie przeciwnego – zwiększy wzajemnie obowiązujące taryfy celne – to strony trzecie powinny na tym skorzystać. Czy zatem inne państwa – od Europy po Azję – powinny z zadowoleniem przyjąć to swoiste „negatywne preferencyjne porozumienie handlowe”, w praktyce regulujące dziś handlowe kontakty Stanów Zjednoczonych i Chin?

Gdy Stany Zjednoczone nakładają wyższe cła na chińskie towary, europejscy producenci zyskują na rynku amerykańskim przewagę konkurencyjną nad producentami chińskimi. Podobnie na rynku chińskim zarówno producenci europejscy, jak i producenci azjatyccy, będą mieli przewagę konkurencyjną nad producentami amerykańskimi.

W związku z tym prawdopodobne jest, że znaczna część dotychczasowej wymiany handlowej między Stanami Zjednoczonymi i Chinami popłynie do Europy, Japonii i innych gospodarek azjatyckich leżących blisko rynku chińskiego. Szczególnie duże korzyści ma szansę uzyskać Unia Europejska, ponieważ pozostaje jednym z największych partnerów handlowych zarówno dla Stanów Zjednoczonych, jak i dla Chin, a także dlatego, że producenci europejscy są często najważniejszymi konkurentami dla firm amerykańskich.

Chociaż zapewne praktycznie każda „negatywna preferencyjna umowa handlowa” przyniosłaby jakieś korzyści stronom trzecim, będą one prawdopodobnie szczególnie duże w odniesieniu do tak specyficznego „porozumienia” między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Efekt przesunięcia handlu (trade diversion) był często uznawany za konstrukt teoretyczny, mający niewielkie znaczenie w realnym świecie, ponieważ większość państw przystępujących do preferencyjnych umów handlowych już wcześniej stosowała dość niskie stawki celne. W konsekwencji wszelkie zmiany w zakresie tych taryf – a tym samym ich szerszy wpływ na wymianę handlową – były niewielkie.

Sprawa chińsko-amerykańskiej wojny handlowej wygląda nieco inaczej, ponieważ obie te gospodarki, wcześniej raczej otwarte na siebie nawzajem, wprowadzają obecnie istotne bariery handlowe. Już teraz Stany Zjednoczone nałożyły taryfę celną w wysokości 10 proc. – czterokrotnie wyższą od średniej stawki celnej stosowanej przez ten kraj – na chińskie towary o wartości przekraczającej 200 miliardów dolarów. W przyszłym roku wysokość tej taryfy może zostać podniesiona do 25 proc. (czyli dziesięciokrotności średniej taryfy celnej nakładanej przez Stany Zjednoczone na import z innych krajów), a jej zakres może zostać dodatkowo rozszerzony o kolejne kategorie importowanych towarów. Oznacza to, że zmiany przepływów handlowych mogą być niebagatelne.

Oczywiście wysoki stopień integracji gospodarki transatlantyckiej może zadziałać jako czynnik łagodzący. Dla przykładu, firma Airbus może wyprzeć Boeinga z ogromnego rynku chińskiego, ale ponad jedna trzecia wartości dodanej samolotów wytwarzanych przez Airbus pochodzi ze Stanów Zjednoczonych. To jeden z powodów, dla których prezydent Trump może zdecydować się na przedłużenie uzgodnionego w lipcu rozejmu z UE.

Ostatecznie jednak wydaje się dość prawdopodobne, że chińsko-amerykańska konfrontacja będzie miała istotny wpływ na handel globalny. Może to być korzystne dla większości światowych gospodarek, ale będzie również miało poważne konsekwencje dla Stanów Zjednoczonych i Chin. Lokalni konsumenci i przedsiębiorstwa uzależnione od importowanych maszyn poniosą koszty w postaci wyższych cen.

Stany Zjednoczone poniosą prawdopodobnie większe straty niż Chiny, ponieważ w chińskim imporcie ze Stanów Zjednoczonych większy jest udział towarów rolnych, wobec których stosunkowo łatwo jest znaleźć alternatywnych dostawców. Dla przykładu, Chiny mogą importować soję z Brazylii zamiast ze Stanów Zjednoczonych i nie będzie się to wiązało ze znacznymi dodatkowymi kosztami. Ponadto wprowadzone dotychczas przez Chiny cła odwetowe są bardziej umiarkowane. Mało prawdopodobne jest wprowadzenie przez Chiny powszechnej taryfy celnej w wysokości 25 proc. na import ze Stanów Zjednoczonych.

Ogólnie rzecz biorąc, chińsko-amerykańska wojna handlowa może przynieść pewne straty dla Chin, ale straty te będą prawdopodobnie niewielkie w porównaniu z kosztami poniesionymi przez Stany Zjednoczone. Tymczasem reszta świata może mieć powody, aby życzyć obu stronom długiego i owocnego konfliktu.

Daniel Gros jest dyrektorem think-tanku Center for European Policy Studies.

© Project Syndicate, 2018

www.project-syndicate.org

 


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test