Wolny rynek nie sprawdził się w produkcji żywności

28.04.2019
Formaldehyd do balsamowania zwłok w mleku, arszenik w cukierkach, puree z mózgów cieląt, trociny i śmieci w zastępstwie ziaren kawy. To tylko przykład tego, jaką żywność mogli kupić Amerykanie w XIX w., gdy o ofercie decydował tylko wolny rynek i konkurencja, a państwo się nie wtrącało – wynika z książki Deborah Blum „The Poison Squad”.


„Gdzie jest policja?” – pytał dziennikarz z Nowego Jorku John Mullaly w wydanej w 1853 r. książce „The Milk Trade in New York and Vicinity” („Handel mlekiem w Nowym Jorku i okolicach”). Mullaly cytował w niej raporty lekarzy, z których wynikało, że tysiące dzieci umierało rocznie tylko w Nowym Jorku z powodu pełnego bakterii i celowo zanieczyszczanego mleka. Kto je zanieczyszczał?

Ci, którzy je produkowali! Jak opisuje autorka w publikacji, której polski tytuł to „Drużyna od trucizn”, popularną praktyką było dodanie pół litra letniej wody do litra mleka, oczywiście już po tym jak z mleka ściągnięto śmietankę. Następnie do takiego płynu dodawano gips albo kredę, aby wyglądem bardziej przypominało prawdziwe mleko. Często na wierzch dokładano także puree z mózgów cieląt, gdyż podobne ono było do warstwy śmietanki, która znajdowała się na powierzchni prawdziwego mleka.

Producenci oczywiście robili to, by więcej zarobić. Nie musieli się obawiać kary, ponieważ fałszowanie i zanieczyszczanie jedzenia nie było wówczas w USA przestępstwem i nie było za nie żadnej kary. Dlatego wraz z odkrywaniem nowych substancji chemicznych w XIX w. producenci żywności od razu testowali, czy są w stanie dzięki ich dodaniu do swoich produktów zarobić więcej.

Problem psującego się mleka rozwiązali, dodając do niego formaldehyd, substancję wykorzystywaną do balsamowania zwłok (formaldehyd dodawano także do mięs). Sprawa nie dotyczyła tylko USA, ale wszystkich krajów rozwiniętych. Już w 1830 r. renomowany brytyjski magazyn medyczny „Lancet” ostrzegał, że miliony dzieci w kraju są regularnie podtruwane tym, co jedzą.

Niewiele to dało, bo jeszcze w 1857 r. w Bradford, w hrabstwie Yorkshire 21 osób zmarło po zjedzeniu cukierków z arszenikiem. Co prawda, cukiernik dodał truciznę przez przypadek, bo miał zamiar dodać gips. Ale istotne jest to, że widząc, iż jego pracownicy zaczynają się pokładać, co sugerowało, iż mieli do czynienia z trucizną, cukiernik i tak zdecydował się wystawić cukierki na sprzedaż.

W XIX w. w Wielkiej Brytanii i USA sprzedawanie niebezpiecznego dla zdrowia jedzenia nie było przestępstwem.

I nie poniósł za to żadnej kary, ponieważ wówczas w Wielkiej Brytanii, podobnie jak w USA, sprzedawanie niebezpiecznego dla zdrowia jedzenia nie było przestępstwem. Co prawda, furia opinii publicznej po tym incydencie doprowadziła do tego, że w 1860 r. w Wielkiej Brytanii uchwalono „Prawo o zapobieganiu zanieczyszczaniu jedzenia i picia” (ang. Act for Preventing Adulteration in Food and Drink), ale w wyniku lobbingu producentów żywności największą karą jaka mogła spotkać biznesmenów-trucicieli była grzywna w wysokości… 5 funtów, wartych tyle co 446 funtów obecnie, czyli ok. 2100 zł. Jaki był skutek takiego podejścia do sprawy?

W 1887 r., a więc prawie trzy dekady później, amerykański chemik Jesse Park Battershall wydał w USA książkę o amerykańskim rynku żywności. Podał w niej na przykład, że przetestował 198 próbek sprzedawanych cukierków i 115 z nich były skażone niebezpiecznymi truciznami, głównie arszenikiem i chromianem ołowiu (substancje te były w barwnikach). Produkty nie tylko zawierały trujące składniki, ale prawie w ogóle nie miały tych składników, które podane były przez producenta.

W 1882 r. rządowi chemicy wykazali, iż goździki w sprzedaży w ogóle nie zawierały goździków. Zamiast tego klienci kupowali spalone i pokruszone muszle. Z kolei sprzedawany w sklepach pieprz to były głównie drobinki węgla i trociny. Im bardziej popularny produkt, tym częściej był zanieczyszczany. W 1892 r. w USA ustalono, iż 87 proc. sprzedawanej kawy składa się nie tylko z kawy, a w jednej z próbek nie znaleziono w ogóle kawy. Producenci nauczyli się formować mieszankę, składającą się z mąki, melasy, drobnych śmieci i trocin, w grudki przypominające kawę.

Z chemicznej analizy wynikało, iż w przeciętnej kawie sprzedawanej w Waszyngtonie 25 proc. to były właśnie takie dodatki. Powstały nawet firmy specjalizujące się w sprzedaży „mieszanek”, którymi producenci mogli uzupełniać kawę. Wysłali do nich swoje oferty, w których twierdzili, że mogą oni swobodnie dosypywać ich produkt do produkowanej przez siebie kawy, ponieważ klienci nie są w stanie zauważyć różnicy.

Sytuacja była na tyle poważna, że w 1879 r. na forum Amerykańskiego Stowarzyszenia ds. Zdrowia Publicznego (ang. American Social Science Public Health Association) dramatyczną mowę wygłosił prawnik i filantrop z Massachusetts. „Oni trują i oszukują konsumentów, wpływają i w wielu przypadkach niszczą zdrowie nie tylko bogatych, ale także biednych.(…) Są niewiele lepsi niż piraci, którzy rabują nasze statki na oceanie albo bandyci mordujący na lądzie”. Jeszcze dobitniej to ujął Alegernon Paddock z Nebraski, członek komisji stanowego parlamentu: „Diabeł przejął produkcję żywności w tym kraju”.

Dopiero w 1883 r. na głównego chemika w Departamencie Rolnictwa rządu USA powołano Hervey`a Wiley`a. I od tego momentu przedstawiciele administracji zaczęli regularnie badać jedzenie sprzedawane na rynku. Po tych badaniach Wiley orzekł, że fałszowana żywność sprzedawana w sklepach może być uznana za „zagrożenie dla zdrowia publicznego”. Amerykańskie gazety ochrzciły Wileya i jego ludzi „Drużyną od trucizn”(ang. Poison squad). Ale sytuacja na rynku żywności w USA i innych krajach rozwiniętych nie zmieniła się z dnia na dzień. Potrzeba było dekad pracy u podstaw, publikowania wyników badań pokazujących oszustwa producentów, by sytuacja się poprawiła.

Dopiero w 1906 r. uchwalono w USA „Prawo o czystej żywności i lekarstwach” (ang. Pure food and drug act), w którym wprowadzono „szokujące” wymaganie, aby producenci ujawniali co znajduje się w żywności, którą wytwarzają. Do uchwalenie tego prawa przyczyniła się seria artykułów autorstwa Samuela Hoopkinsa Adamsa, opublikowanych w 1905 r. w magazynie „Collier`s”, z których pierwszy miał tytuł „Wielkie amerykańskie oszustwo”.

Collier zebrał najpopularniejsze sprzedawane w USA lekarstwa i wysłał je do analizy. Okazało się, że głównym ich składnikiem był alkohol, na przykład lek na żołądek „Hostetter`s Stomach Bitters” w 44 proc. składał się z trunku, co zapewne było głównym powodem, dlaczego ludzie czuli się po nim lepiej. Producenci lekarstw nie musieli wówczas przedstawiać żadnych dowodów na ich skuteczność.

Wiele amerykańskich leków w dużej części składało się z narkotyków: opium, morfiny, haszyszu, kokainy.

Co ciekawe, wiele z leków w dużej części składało się także z narkotyków: opium, morfiny, haszyszu, kokainy. Producentom nie przeszkadzało, że ich rzekome „leki”, składające się z alkoholu i narkotyków, podawano regularnie dzieciom, a nawet niemowlętom. Kiedy Adams zapytał swoją pokojówkę jak mogła zostawiać swoje małe dzieci na noc same, ta odpowiedziała: „Nic im nie będzie. Jedna łyżeczka syropu Pani Winslow (chodziło o „Mrs. Winslow’s Soothing Syrup”, uspokajający preparat którego głównym składnikiem była morfina) i śpią jak zabite do rana”. Co ciekawe, Amerykańskie Stowarzyszenie Medyczne już w 1911 r. umieściło ostrzeżenie przed „Syropem Pani Winslow” w sekcji „zabójcy dzieci” jednej ze swoich publikacji, ale producent wycofał swój produkt z rynku dopiero prawie dwie dekady później.

Jeżeli ktoś czytający ten tekst w tej chwili oddycha z ulgą, że żyje w XXI w. w którym podobna „wolna amerykanka” w przypadku produkcji żywności czy lekarstw nie byłaby możliwa, to poczucie ulgi nie jest uzasadnione.

To znaczy, oczywiście kontrola państwa oraz organizacji konsumenckich jest bez porównania lepsza, niż wiek temu, a prawo daje oręż do wymuszania na producentach pisania prawdy o tym, co dodają do naszej żywności. Nie jest też możliwe zwyczajne trucie i narkotyzowanie konsumentów na skalę jaka miała miejsce w XIX w. Ale prywatne firmy pokazały, jak już nie raz w historii, że ich kreatywność w dążeniu do zysku, nie zna granic.

Trucizny i używki w jedzeniu zastąpiło jedzenie składające się głównie z formalnie legalnych, ale uzależniających i, gdy przyjmowanych w dużych ilościach, szkodliwych składników odżywczych, takich jak cukier, tłuszcz i sól. Można o tym przeczytać w innej recenzowanej przeze mnie na łamach Obserwatora Finansowego książce: „Cukier, sól, tłuszcz. Jak uzależniają nas koncerny spożywcze” autorstwa laureata Nagrody Pulitzera Michaela Mossa.

Książka „The Poison Squad” to wyjątkowo interesująca i dobrze napisania publikacja. Pełna jest ciekawostek i mało znanych faktów. Jej tematyka jest o tyle aktualna, że w polskiej debacie publicznej regularnie powraca argument, że państwo niepotrzebnie wtrąca się i reguluje jakiś rynek, bo konkurencja sama wyeliminowałaby nieuczciwych przedsiębiorców.

„The Poison Squad” pokazuje, że zawsze na rynku znajdą się prywatni przedsiębiorcy, którzy wykorzystają każdą słabość i niewiedzę klienta, by zmaksymalizować zyski, nie licząc się z długoterminowymi negatywnymi skutkami swoich działań. Bardzo polecam tę pozycję, szczególnie w tandemie z książką „Cukier, sól, tłuszcz. Jak uzależniają nas koncerny spożywcze”.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test