content

Zarobki to nie wszystko, czyli dlaczego Ukraińcy emigrują

08.02.2019
Rząd Ukrainy stara się powstrzymać odpływ siły roboczej na Zachód, w tym do Polski. Niewiele wskazuje, by władzom się to udało. Problemy, przez które miliony pracowników są dziś wypchnięte z rynku ukraińskiego, mają bowiem charakter strukturalny.

Na dworcach autobusowych na Ukrainie wywieszono plakaty z wezwaniem: „Nie porzucaj ziemi ojczystej. Pracuj w kraju”. (PAP)


Według różnych szacunków za granicą pracuje już 7-9 mln Ukraińców, którzy wnoszą wkład w rozwój gospodarek innych krajów. Bank Światowy ocenia, że w zeszłym roku nasz wschodni sąsiad stracił w stosunku do 2017 r. prawie 1,5 proc. siły roboczej, w tym roku wyjedzie kolejne 500 tys. pracowników emigrujących za chlebem.

Ukraina znalazła się w czołówce opracowanego przez PricewaterhouseCoopers rankingu krajów o największym spadku siły roboczej. W regionie wyprzedza pod tym względem Bułgarię, Rumunię, Litwę, Węgry, Łotwę, Mołdawię, Chorwację, Rosję i Białoruś, które także odnotowują silne spadki.

W domu źle

Odpowiedź na pytanie, dlaczego Ukraińcy wyjeżdżają, leży w wynikach prac ukraińskich pracowni socjologicznych.

W przeprowadzonym wiosną 2018 roku przez Kijowski Międzynarodowy Instytut Socjologii badaniu pytano respondentów o ocenę stanu dobrobytu w ich kraju i rodzinach. Odpowiedziom: bardzo dobrze, dobrze, średnio, źle i bardzo źle przypisano odpowiednio wartości +100, +50, 0, -50 i -100, uzyskując dla oceny sytuacji w kraju średni wynik -46, a dla sytuacji w rodzinach +8.

Z kolei badanie przeprowadzone w połowie 2018 roku na zlecenie amerykańskiego International Republican Institute pokazuje, że nad Dnieprem, poza wahnięciem nastrojów z wiosny 2014 r., kiedy optymistycznie oceniało sytuację 34 proc., a negatywnie 48 proc., od 2011 r. utrzymuje się stabilna ocena negatywna. Dziś na pytanie, czy sprawy idą w dobrym, czy w złym kierunku 70 proc. odpowiada, że w złym, a jedynie 15 proc., że w dobrym. Zdaniem 8 proc. respondentów sytuacja gospodarcza się poprawiła, a 67 proc. ocenia, że uległa pogorszeniu, przy czym 37 proc. badanych sądzi, że pogorszeniu zdecydowanemu. Lekką poprawę sytuacji w swoim gospodarstwie domowym odczuło w tym samym czasie jedynie 9 proc., a pogorszenie 59 proc. ankietowanych, przy czym w 32 proc. rodzin okoliczności zmieniły się na gorsze stanowczo. Równocześnie brak było takich, których sytuacja zdecydowanie by się poprawiła.

Wśród problemów, jakie Ukraińcy uważają za najważniejsze dla siebie, na pierwszym miejscu znalazł się wzrost cen, na który wskazało 65 proc. uczestniczących w badaniu. Wojnę w Donbasie – jako drugi powód zła – wskazało przeszło dwa razy mniej – 30 proc. Kolejne pozycje na tej liście zajmują: bezrobocie – 28 proc. (skupienie miejsc pracy w dużych ośrodkach i zupełny ich brak na prowincji), działanie systemu ochrony zdrowia – 25 proc., system opieki społecznej – 21 proc. i dewaluacja hrywny – 20 proc. 12 proc. Ukraińców obawia się, że w najbliższym czasie dojdzie do całkowitego załamania systemu ochrony zdrowia, a 11 proc. uważa, że nastąpi masowy upadek banków, krach systemu finansowego i gospodarki, w stopniu stanowiącym zagrożenie życia ich rodziny.

Według danych Państwowej Służby Statystyki Ukrainy Ukrstat średnie zarobki pracowników ukraińskich to obecnie 10 573 hrywny, czyli ok. 1400 zł, w większości regionów nie przekraczają one jednak 9000 hrywien. Badania rynku pracy pokazują w dodatku, że 65 proc. Ukraińców otrzymuje płacę niższą od średniej, a mediana zarobków w różnych latach była od 15 do 30 proc. niższa od oficjalnej średniej.

Pracuj w kraju

Na dworcu autobusowym we Lwowie, z którego tysiące emigrantów zarobkowych wyjeżdżają do pracy w Polsce, wywieszono wydrukowany przez władze plakat z wezwaniem: „Nie porzucaj ziemi ojczystej. Pracuj w kraju”. Czyjaś ręka sarkastycznie dopisała „Bezpłatnie”. I niewiele w tym przesady – nie dość, że zarobki nad Dnieprem są wielokrotnie niższe od tych, które za podobną pracę w znacznie lepszych warunkach można uzyskać za granicą, to jeszcze na należną zapłatę tysiące Ukraińców musi się naczekać.

Według danych Państwowej Służby Statystyki Ukrainy zadłużenie pracodawców z tytułu niewypłaconych na czas zarobków wzrosło na 1 listopada 2018 r. aż o 21,8 proc. w stosunku rocznym i sięgnęło łącznej kwoty 2,88 mld hrywien. To równowartość prawie 700 tys. minimalnych miesięcznych wynagrodzeń Ukraińca. Z tej kwoty aż 1,7 mld hrywien to zadłużenie przedsiębiorstw czynnych gospodarczo, które po prostu żerują na pracownikach, odkładając jak się tylko da wypłatę zarobków, korzystając z dewaluacyjnego bonusu, jaki daje im osłabiająca się hrywna.

Jak wynika z badań, aż 8 proc. Ukraińców uważa problem opóźnianych wypłat za istotny dla siebie i dotykający ich osobiście.

Pracownicy nad Dnieprem i członkowie ich rodzin, w odróżnieniu od zatrudnionych legalnie w Polsce, nie mają szans na podstawowe świadczenia zdrowotne. Choć zgodnie z konstytucją ukraińską korzystanie ze służby zdrowia jest bezpłatne, to jednak w praktyce pracownik, jakiemu zdarzyło się zachorować czy potrzebuje leczenia szpitalnego, płaci 100 proc. nie tylko za leki, ale i za używane podczas operacji instrumenty lub środki medyczne. W konsekwencji poważniejsza choroba jego samego albo członka rodziny oznacza najczęściej pełną ruinę finansową.

„Kiedy tylko zacząłem pracować za granicą, od razu otrzymałem ubezpieczenie zdrowotne. Nie musisz myśleć, co będzie, jeśli coś się tobie stanie” – cytowały ukraińskie media jednego z rzeszy emigrantów zarobkowych.

Po 2014 r. nastąpił spadek PKB i poziomu dochodów naszych obywateli, spowodowany dewaluacją hrywny – średnio trzykrotne. To stanowczo wpłynęło na możliwość zabezpieczenia materialnego przez Ukraińców siebie i swoich rodzin. Doprowadziło też do wzmożenia procesów migracyjnych, które już ogarnęły jedną trzecią Ukraińców zdolnych do pracy – ocenia Walery Woskobojnyk z Ukraińskiego Stowarzyszenia Firm Międzynarodowego Pośrednictwa Pracy.

Nadzieja w płacy minimalnej

Głównym sposobem, za którego pomocą rząd stara się powstrzymać odpływ pracowników, jest podnoszenie płacy minimalnej. Wzrosła ona 1 stycznia z 3723 do 4170 hrywien. Była to kolejna w ostatnich latach podwyżka, po skokowym o 100 proc. wzroście z 1600 do 3200 hrywien 1 stycznia 2017 r. I choć w sumie w skali procentowej to wynik znaczący, jednak jego realny efekt jest znikomy. Nawet po podwyżkach Ukraina jest w europejskiej i światowej czołówce krajów z najniższymi zarobkami. Przy czym, jak komentują eksperci, pod werbalną troską o pracowników kryje się chęć przerzucenia na biznes ciężaru zapełnienia dziurawego budżetu – im wyższa płaca minimalna, jaką musi biznes płacić oficjalnie, tym wyższe wpływy do budżetu z tytułu obciążeń fiskalnych.

Były ukraiński minister gospodarki Wiktor Susłow zwraca uwagę, że dla krajów Europy Wschodniej dochód na poziomie 5 dolarów dziennie wyznacza poziom biedy, a to oznacza, że nawet po podwyżkach pracownik otrzymujący płacę minimalną znajduje się w strefie biedy. Nad Dnieprem nie istnieje praktycznie kwota wolna od podatku – zwolnienie dotyczy zaledwie 17 hrywien, czyli 2,5 zł, od reszty zarobków pracownik odprowadza 18 proc. podatku. W dodatku obecne podwyżki płac zbliżone są do poziomu inflacji, czyli realnie zarobki nie rosną.

Jeszcze gorzej sytuacja wygląda jeśli uwzględnić strukturę wzrostu cen, jaka składa się na inflację. Analogicznie do znanych z czasów PRL „korekt cen”, po których taniały co prawda lokomotywy, ale drastycznie drożały podstawowe artykuły konsumpcyjne, koszyk podstawowych produktów kupowanych przez pracownika ukraińskiego drożeje znacznie bardziej niż wynosi oficjalnie podawana inflacja. W rezultacie w kraju opierającym swoją gospodarkę w dużej mierze na sektorze rolno-spożywczym, przy kilkakrotnie niższych niż w Polsce zarobkach, za litr mleka w sklepie trzeba dziś zapłacić ponad 20 hrywien, czyli 2,7 zł, mięso wieprzowe to wydatek rzędu 120 hrywien, czyli 16 zł za kilogram.

Równocześnie z niemrawymi próbami powstrzymania emigracji zarobkowej rząd podejmuje jednak działania, które w perspektywie mogą wypchnąć za granicę już nie tylko pracujących tam dziś ojców czy matki, którzy po jakimś czasie mogą wrócić nad Dniepr, ale zachęcić do emigracji całe rodziny, które z pewnością już nie wrócą. Minister polityki socjalnej Andrij Rewa zapowiedział, że jego resort będzie pozbawiał rodziny emigrantów zarobkowych, którzy nie zadeklarowali w kraju swoich osiąganych za granicą zarobków, prawa do subsydiów z tytułu drastycznie podniesionych w ostatnich latach taryf na gaz. Doliczenie do dochodu zarobków otrzymywanych przez członka rodziny, który przebywa za granicą, także będzie oznaczało utratę prawa do subsydiów. W rezultacie rząd tworzy sytuację, w której osoby zmuszone do emigracji zarobkowej tak czy inaczej dostaną po kieszeni i w rezultacie korzystniejsze dla nich będzie sprowadzenie swoich rodzin za granicę, niż tracenie dodatkowych pieniędzy na ich utrzymanie w kraju.

Wydajność zamiast oligarchów

Odpływ pracowników nie będzie się zmniejszał, pompa ssąca z czterech krajów UE – Polski, Węgier, Czech, Niemiec, które wprowadziły ułatwienia zatrudnienia dla obcokrajowców, jest bardzo silna. Popyt na siłę roboczą znad Dniepru będzie rósł. Dla naprawy sytuacji w zakresie utraty ukraińskich kadr konieczne jest aktywizowanie i koordynacja wysiłków organów władzy, które powinny wspierać i upraszczać powrót emigrantów ukraińskich do domu. Nie robią  jednak tego w należyty sposób – ocenia ukraińskie stowarzyszenie „Europa bez barier”.

Rząd dostrzegł problem odpływu siły roboczej – to już sukces, biorąc pod uwagę, że jeszcze dwa lata temu był to temat tabu. Teraz trzeba opracować strategię współpracy państwa z emigrantami zarobkowymi i uruchomić realistyczne, a nie papierowe programy ich powrotu i reintegracji w społeczeństwie – ocenia Walery Woskobojnyk.

W styczniu podczas debaty w parlamencie ukraińskim zwracano uwagę, że problemu nie da się rozwiązać podnoszeniem płacy minimalnej do poziomu i tak kilkakrotnie niższego niż w Polsce czy Czechach.  Konieczne jest kompleksowe zajęcie się sytuacją pracowników – inwestowanie w rozwój infrastruktury socjalnej, stymulowanie rozwoju małego i średniego biznesu i rolnictwa, co w sumie miałoby dać pracownikom ukraińskim możliwość godziwego życia i zarabiania u siebie w domu.

Jedynym realnym sposobem na powstrzymanie emigracji zarobkowej Ukraińców jest jednak całkowite odejście od dzisiejszego oligarchicznego modelu nastawionego na wykorzystanie masy spadkowej po ZSRR wraz z jej przestarzałymi technologiami i metodami zarządzania przedsiębiorstwami.

Zdaniem Timofieja Milowanowa, wiceprzewodniczącego rady ukraińskiego banku centralnego NBU,  podstawową przyczyną niskich zarobków pracowników ukraińskich jest dwukrotnie niższa niż w krajach europejskich efektywność pracy, za którą są odpowiedzialni pracodawcy ukraińscy. Ich główne „grzechy” to: niedostateczna kapitalizacja biznesu i w konsekwencji niski stopień zaawansowania technologicznego, słabe i nieadekwatne do wyzwań współczesnego świata praktyki zarządzania – brak sformalizowanych procedur wewnętrznych i ręczne sterowanie kadrami, zatrudnianie taniej siły roboczej zamiast mniejszej liczby pracowników, ale wspartych nowoczesnymi technologiami. Firmy, które nie zmienią takiego podejścia do działalności nadal będą tracić swoich najlepszych pracowników, bo oni jako pierwsi się zwolnią. Konieczne są też programy podnoszenia kwalifikacji dla mniej efektywnych i utalentowanych pracowników. Na Ukrainie jest tendencja do rozwiązywania problemów socjalnych drogą wypłaty subsydiów, regulowania zarobków i innej pomocy socjalnej. Jeśli taka polityka będzie kontynuowana na rynku pracy, to ona nie pozwoli podnieść wydajności pracy, a rezultatem będzie jeszcze większa migracja niż obecnie. Walczyć z emigracją trzeba poprzez wywieranie nacisku na firmy i pracowników w kierunku podniesienia efektywności pracy – przekonuje Milowanow.

W tych okolicznościach najlepsze co może zrobić państwo, to zachęcać do przedsiębiorczości i tworzyć równe i zrozumiałe reguły gry dla biznesu. To stworzy warunki dla przyciągnięcia emigrantów-przedsiębiorców i inwestorów zagranicznych. To z kolei oznacza wysokie zarobki na Ukrainie, a nie gdzieś w Polsce czy na Słowacji – ocenia ekonomistka Julia Ruda z Centrum Strategii Ekonomicznej.

Głosy rozsądku wydają się jednak nie docierać do kontrolujących lwią część gospodarki ukraińskiej oligarchów, przyzwyczajonych do wyciskania resztek z pozostałej po ZSRR masy spadkowej. Rzeka pracowników z Ukrainy jeszcze długo będzie więc płynąć na Zachód.

 

 

 

 

 

 

 

 


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły