Polak potrafi. Jak nasi ściągają inwestycje

03.08.2011
Polscy menedżerowie międzynarodowych korporacji skromnie twierdzą, że to nie od nich zależą decyzje o inwestycjach nad Wisłą. Wiadomo jednak, że szefowie ciągną projekty tam, gdzie dobrze im się żyje. Jeśli ich patriotyzm lokalny sprzęga się z atutami Polski, to lepiej dla nas.

Dzięki polskim menedżerom co najmniej trzy wielkie koncerny chcą uruchomić nad Wisłą swoje centra obsługi. (CC BY-ND alanclarkdesign)


Procter&Gamble (P&G) to jedna z wielu firm, która przekonała się do Polski i buduje tu kolejne fabryki. W Łódzkiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej koncern zobowiązał się do czterech inwestycji za 1,5 mld zł, powstało 2,5 tys. miejsc pracy. W maju tego roku firma odebrała zezwolenie na kolejny projekt: rozbudowę fabryki żyletek Gillette w Łodzi. Amerykanie zainwestują 130 mln zł, stworzą 50 dodatkowych etatów i utrzymają istniejące 900 w związku z uruchomieniem produkcji maszynek dla pań o nazwie Venus, obecnie wytwarzanych tylko w Ameryce Północnej. Teraz dodatkowo koncern rozważa otwarcie w Polsce centrum usług, w którym może pracować tysiąc osób.

Od 2007 r. na czele firmy w Polsce stoi Marek Kapuściński. To pierwszy Polak na tak wysokim stanowisku w P&G. W roku jego nominacji firma ogłosiła, że to w Aleksandrowie Łódzkim wybuduje fabrykę kosmetyków Olay. Przypadek?

Jest wiele koncernów, w których Polacy odpowiadają nie tylko za działalność w naszym kraju, ale w regionie. Te firmy naprawdę dużo u nas robią…

IBM. W centrach w Krakowie, Gdańsku, Warszawie, a przede wszystkim we Wrocławiu firma ma ponad 2,5 tys. pracowników. W 2009 r. obiecała w stolicy Dolnego Śląska 2 tys. miejsc pracy w centrum usług. Właśnie wtedy dyrektor generalną IBM Polska została Anna Sieńko. Od tego roku odpowiada ona również za kraje bałtyckie: Litwę, Łotwę i Estonię, ale to w Polsce IBM szuka miasta pod nowe centrum usług. Chce zatrudnić 1000 osób.

General Electric. W centrach inżynieryjnych w Gdańsku i Warszawie ma ponad 3 tys. pracowników. Nad Wisłą znajdują się też trzy fabryki: GE Power Controls w Kłodzku, Łodzi i Bielsku-Białej. W sumie firma zatrudnia w Polsce 6,5 tys. osób, a inwestycje przekroczyły 400 mln dol. Dyrektorem generalnym GE jest Lesław Kuzaj, który równocześnie jest także dyrektorem regionalnym na Europę Środkową.

O tym, że to od menedżera może zależeć lokalizacja inwestycji przekonali się specjaliści, którzy chcieli zwabić do Polski centrum finansowo-księgowe firmy Adidas. Nie udało się, Gdańsk przegrał z Lizboną. Decydował Amerykanin. Nie każdemu nasz kraj musi się podobać.

– Polska jako miejsce, w którym się mieszka robiąc regionalne interesy, nie jest idealna z uwagi na siatkę połączeń lotniczych. Trudno nam dziś konkurować z Zurychem czy Monachium. Wyprzedza nas również Praga czy Wiedeń – mówi Jacek Kędzior, szef praktyki podatkowo-prawnej Ernst & Young na Europę Środkową i Południową, któremu podlega 19 krajów.

Jego firma, która m.in. zajmuje się doradzaniem, gdzie najlepiej inwestować, sama postawiła właśnie na Polskę. E&Y otworzył wiosną we Wrocławiu centrum usług finansowo-księgowych, w którym w pierwszym roku ma pracować 250 osób.

– Wiedeń, Praga czy Budapeszt wyprzedzają Warszawę, Kraków czy jakiekolwiek inne miasto w Polsce. Niżej są Bułgaria, Rumunia, Ukraina, Rosja. Polska leży po środku – tak atrakcyjność dla menedżerów ocenia Jacek Levernes, wiceprezes centrów usług HP w Europie, na Bliskim Wschodzie i w Afryce.

Teraz jego firma szuka w Polsce miejsca pod nowe centrum usług – także dla tysiąca pracowników.

Są kraje, do których jeszcze trudniej niż do Polski menedżerów przekonać i pozyskać.

– W Europie to problem marginalny. Wykształciły tu się odpowiednie kadry. Jednak w Afryce nadal zdarza się, że potrzeba sięgnąć po menedżerów zza granicy. W części afrykańskich krajów po prostu nie było jeszcze czasu na wykształcenie lokalnej kadry. A ponieważ w P&G stosujemy zasadę promocji wewnętrznej, nie możemy zatrudnić w Nigerii kogoś z innej firmy. Inny poziom życia dla menedżera z Europy czy USA w niektórych krajach afrykańskich powoduje, że czasami znalezienie właściwego kandydata zajmuje więcej czasu – mówi Artur Litarowicz z P&G, który od sześciu lat pracuje w Genewie.

Odpowiada za Europę Środkową, Bliski Wschód i Afrykę w pionie wyrobów dla dzieci i decyduje, gdzie lokowane są fabryki i wstawiane nowe linie produkcyjne. Eksperci przyznają, że często mimo spełnienia wszystkich parametrów nie udaje się ściągnąć inwestycji do danego kraju, bo nikt z kadry zarządzającej nie chce tam mieszkać.

– To dotyczy Rumunii, a jeszcze bardziej Bułgarii. Ale np. Francuzów ciągnie do Rumunii, choć w niektórych przypadkach mogliby mieć atrakcyjne warunki w innych krajach bałkańskich – opowiada jeden z wysoko postawionych polskim menedżerów.

Zdarza się jednak, że potrzeby są odwrotne od stereotypowych.

– Nie chciałbym mieszkać na stałe w Szwajcarii. Mam wielu znajomych, którzy z powodów zawodowych mieszkają w tym kraju i powtarzają, że nie zdajemy sobie sprawy, jak doskonałe mamy otoczenie – mówi kolejny rozmówca.

Wysoko postawieni Polacy, którzy najlepiej czują się nad Wisłą i to tu chcą mieszkać, nie przypisują sobie ściągania do kraju inwestycji.

– Sam fakt, że ktoś z Polski zarządza przedsiębiorstwem w skali międzynarodowej, nie oznacza automatycznie, że Polska będzie preferowaną lokalizacją inwestycji. Duże korporacje próbują bowiem zobiektywizować proces decyzyjny – wyjaśnia Jacek Kędzior.

Jego zdaniem, gdy Polak przejmuje odpowiedzialność za zarządzanie firmą o zasięgu ponadnarodowym, jest to przejaw pozycji koncernu w Polsce i wyraz uznania dla dorobku zawodowego danej osoby.

– Mam wpływ na te decyzje, ale oddziela się sentymenty od biznesu. Wybór lokalizacji pod inwestycję to normalny proces biznesowy. Rozpatruje się rentowność inwestycji w długim terminie oraz inne aspekty związane ze strategią działania w danym regionie. Jako Polak oczywiście czuję dumę, gdy kolejne projekty trafiają do Polski, ale to wszystko – mówi Artur Litarowicz z P&G.

Andrzej Hutniczak, wiceprezes sekcji BPO w Capgemini, uważa, że to wszyscy Polacy pracują nad tym, jak odbierany jest kraj na świecie.

– Upraszczając można powiedzieć, że rodacy na wysokich stanowiskach mają wpływ na decyzje o inwestycji w naszym kraju, ale większe znaczenie mają świetne wyniki polskich oddziałów, solidność i efektywność – uważa Andrzej Hutniczak.

Lesław Kuzaj, szef GE precyzuje:

– Priorytetowe znacznie mają kwestie biznesowe: możliwość podjęcia inwestycji, jej wartość, czas i stopa zwrotu. Każdy projekt rozpatrywany jest indywidualnie i bardzo szczegółowo, natomiast kluczowe decyzje są zawsze podejmowane w oparciu o czynniki biznesowe – mówi.

Przyznaje jednak, że region Europy Środkowej, za który odpowiada na mapie inwestycji GE prezentuje się bardzo dobrze. Wartość projektów przekroczyła miliard dolarów, dla koncernu pracuje w regionie 25 tys. osób.

– Sprawdziły się nasze prognozy inwestycyjne, a nowe projekty nad którymi pracujemy, również wyglądają obiecująco. Oczywiście, bywa to pomocne, gdy dany region lub kraj w strukturze firmy jest zarządzany przez osobę mającą duże doświadczenie i wiedzę również w zakresie specyfiki i charakteru lokalnego rynku, czy też sposobów prowadzenia biznesu w obszarze, za który jest odpowiedzialna – dodaje Lesław Kuzaj.

Może więc jednak ważny może więcej?

– Polacy na wysokich stanowiskach w międzynarodowych korporacjach to na pewno pozytywne zjawisko. Nie przekłada się może na liczbę inwestycji, które przychodzą do Polski, ale gwarantuje nam pozycję w centrum wydarzeń. Dzięki temu, że menedżerowie odpowiadają za region, wiedzą o wszystkim, co się tu dzieje. Są w stanie reagować i inspirować polskie oddziały. To na pewno nie przeszkadza – uważa Paweł Tynel z Ernst&Young.

Wtóruje mu kolega z oddziału wrocławskiego, a jednocześnie człowiek-legenda, który ściągnął do Wrocławia wielu kluczowych inwestorów.

– Polscy menedżerowie znają rynek, a ich patriotyzm lokalny sprzęga się z potencjałem Polski. W takiej konfiguracji Polska może tylko wygrać – twierdzi Paweł Panczyj.

– To trochę jak pytanie: co było pierwsze – jajko czy kura. Gdyby nie było inwestycji, polscy menedżerowie nie znaleźliby się w międzynarodowych korporacjach. Im więcej projektów, tym większe szanse na kolejne. Liderzy opowiadają o swoich krajach, więc rośnie prawdopodobieństwo, że inwestycje trafią do Polski – podsumowuje Jacek Levernes.

Autorka jest dziennikarzem Pulsu Biznesu


Tagi


Artykuły powiązane

test