Obserwator Finansowy logo

Banki opierają się zmianom technologicznym i to je pogrąża

18.12.2017
Christine Lagarde ostrzega, że kryptowaluty mogą zagrozić systemowi bankowemu. - Banki muszą zacząć poważnie traktować nowe technologie i uświadomić sobie, że ludziom potrzeba nie tyle banków, ile bankowości – przekonuje Brett King, spec od nowych technologii w bankowości, biznesmen i finansowy futurysta.

Brett King (Fot. Gdańska Akademia Bankowa)


ObserwatorFinansowy.pl: Jako ekspert od zmian technologicznych w finansach doradza pan bankom, jak powinny na zmiany reagować. Ale czy to w ogóle ma sens? Może tradycyjna bankowość w wyniku rewolucji internetowej po prostu zniknie, a próby ratowania jej są jak ratowanie producentów świec przed żarówką?

Brett King: Każda branża, której działalność została „zakłócona” pojawieniem się technologii internetowych, musi się do tego dostosować. Gdy rozmawiam z bankierami, sądzą, że w ich wypadku jest inaczej, że sieć i mobilność nie wpływa na nich w takim stopniu, jak np. Uber na tradycyjne taksówki, albo Netflix na sposób odbierania treści filmowych. Mylą się i opierają realnym zmianom. Dlatego proces dostosowania w bankach jest zbyt wolny. Myślę, że wkrótce możemy mieć na świecie do czynienia ze zwiększonym dążeniem do konsolidacji sektora (część może upaść) wobec coraz to nowych i coraz silniejszych alternatyw rynkowych. Banki będą mieć problemy nie dlatego, że technologia wymusza na nich duże zmiany, tylko dlatego, że tym zmianom nie chcą się poddawać.

Banki nie przetrwają?

Banki w znanej postaci wychodzą z użycia

Bill Gates powiedział 20 lat temu, że bankowość jest potrzebna, ale banki już niekoniecznie. To, czy przetrwają, zależy od ich elastyczności. Na razie firmy spoza sektora bankowego pokazują, że mogą dostarczać te same usługi co banki. Taniej, szybciej, lepiej, równie bezpiecznie.

Zwróćmy uwagę na potencjalną rewolucję związaną z technologią blockchain. Obecnie, żeby np. założyć konto w banku, musimy przejść test tożsamości, najczęściej fizycznie pojawiając się w jego oddziale i okazując jakiś dowód potwierdzający, kim jesteśmy. To jest konieczność wbudowana w system już na poziomie regulacji. Ale dzięki blockchain staje się to zupełnie zbędne. Można zyskać dostęp do usług bankowych bez konieczności podawania nawet swojego imienia i nazwiska.

Dlatego za jakiś czas prawdopodobnie banki już wcale nie będą poświęcać czasu samej weryfikacji tożsamości. Będzie im wystarczać zderzanie danych automatycznie dostarczonych przez blockchain ze swoimi bazami, gdzie mają zapisane informacje, takie jak wiarygodność kredytowa swoich klientów.

Ale żeby tak było, banki muszą dostosować swoje procesy do tej zmiany. Gdyby to Elon Musk czy Steve Jobs rządzili finansami, powiedzieliby: „Ok, skoro mamy tutaj niezgodę między starym a nowym systemem, wyeliminujmy jej przyczny, odrzucając to, co stare”.

Ale nie rządzą. Rządzą zwykle menedżerowie w drogich garniturach z tytułami MBA, a nie innowacyjni przedsiębiorcy z finezją.

Dlatego zmiana technologiczna w bankach jest tak powolna. Prosty przykład. To oczywiste, że jeśli jesteś moim dłużnikiem i chcesz oddać mi pieniądze, to oczekuję, że bank prześle mi je jak najszybciej. W warunkach rewolucji mobilnej chcę je mieć właściwie w tym samym momencie, w którym mi je wysyłasz. Tymczasem w Stanach Zjednoczonych banki odmawiają zaadaptowania technologii umożliwiającej przelewy w czasie rzeczywistym, bo cały ich biznes opiera się na systemie czekowym. 66 proc. wszystkich czeków wystawianych rocznie na świecie to czeki z USA. Nic więc dziwnego, że jako alternatywę do przelewów trwających 3-5 dni wymyślono takie systemy jak Paypal czy takie waluty jak bitcoin.

W Europie funkcjonują szybkie przelewy. Skąd ta różnica?

Z filozofii regulacyjnej. W Europie macie systemowo przyjęte rozwiązania umożliwiające rozwój szybkich przelewów. Wymuszacie po prostu na swoich instytucjach pewne standardy. W USA czekamy, aż rynek sam dojdzie do pewnych rozwiązań, i rzeczy dzieją się swoim torem i w innym tempie. Jednak stan rzeczy, w którym bankowa biurokracja przelewowa zajmuje więcej czasu niż przesłanie towaru z jednego końca świata na drugi nie może trwać długo. Sądzę też np., że „inteligentne kontrakty” oparte na blockchain wyprą w końcu w rozliczeniach międzynarodowych system akredytywy. To kwestia czasu.

Odnośnie do ratowania obecnego systemu pieniężnego i tradycyjnych banków pojawiają się opinie, że powinno się stworzyć od zera rządową e-walutę. To ona miałaby być tym upragnionym ratunkiem. Uważa pan, że to możliwe?

Cóż, były już takie próby. Rząd Kanady eksperymentował z walutą o nazwie MintChip. Pojawianie się kolejnych jej jednostek związane było z redukcją liczby tradycyjnych dolarów kanadyjskich w obiegu. Ten hybrydowy pomysł nie zyskał jednak większej popularności. Myślę, że zamiast tworzyć rządową e-walutę, lepiej będzie po prostu wykorzystać taką, która już istnieje. Można przypuszczać, że ze względu na antyinflacyjną, prostabilnościową naturę kryptowalut do takich kroków posuną się najszybciej państwa, których system pieniężny się załamał – jak Zimbabwe czy Wenezuela.

Najszybszy rozwój nowoczesnych finansów, co jest dość kontrintuicyjne, odbywa się w krajach rozwijających się – w Afryce, w Indiach, a zwłaszcza w Chinach, i zwłaszcza w kontekście płatności mobilnych.

Mobilne Chiny to za mało

Jeszcze kilka lat temu Chiny były w tyle za USA pod tym względem. Tymczasem wartość płatności mobilnych w Chinach wyniesie w tym roku 5,5 bln dolarów, a więc 50-krotnie więcej niż w USA. Większe chińskie aglomeracje to już właściwie społeczeństwa bezgotówkowe, gdzie 90 proc. transakcji odbywa się za pośrednictwem Alipay czy WeChat.

To wciąż mniej jeszcze niż w Szwecji, gdzie ten wskaźnik sięga 98 proc.

Tak, ale Szwecja do wyjątek, a zmiany w Azji są szybsze niż gdziekolwiek w USA i w Europie.

Z czego to wynika?

Z tego, że na Zachodzie bank to instytucja, do której się bardzo mocno przyzwyczailiśmy. Ufamy bankom. W pewien sposób są istotną częścią naszej tradycji, zwyczajów i całego systemu społeczno-gospodarczego. W Chinach to nie miało miejsca, więc nowe technologie znacznie szybciej uzyskują efekt skali. Pokażesz sąsiadowi, że płacisz za coś aplikacją mobilną, ten z miejsca zacznie cię naśladować. Nie będzie się zastanawiał, czy to bezpieczniejsze niż tradycyjny przelew bankowy. My na Zachodzie wciąż jesteśmy „poślubieni” tradycyjnym bankom i bardziej oporni zmianom. U nas, żeby coś wybudować, trzeba najpierw coś zburzyć.

Ale, jak rozumiem, proces rozwodowy się już rozpoczął?

Owszem. Znika np. model uniwersalnej bankowości. Obecnie często jest tak, że kończąc 18 lat, zakładasz konto w banku, potem – wciąż korzystając z usług tego jednego banku – w wieku 30 lat bierzesz kredyt na dom, na samochód, zbierasz w nim pieniądze na emeryturę. W przyszłości będziemy poszczególne usługi otrzymywać od różnych podmiotów w zależności od naszych potrzeb, a nie przyzwyczajenia do jednej instytucji.

Kolejna rzecz, że bankowość – jak handel – się umiędzynarodawia. Wróćmy znów do kwestii tożsamości klientów banków. Obecnie właściwie jesteśmy przyspawani do banków, które mamy w naszym kraju, ale wyobraźmy sobie zmianę podobną do tego, co Estonia zrobiła z obywatelstwem. Scyfryzowała je. Można być teraz cyfrowym obywatelem tego kraju bez względu na to, skąd się jest i że nigdy się w Estonii nie było. A bycie obywatelem wiąże się z pewnymi prawami, jest korzystne. Podobnie będzie z bankami – w końcu okaże się, że Polak może otworzyć konto bankowe np. w Argentynie bez konieczności fizycznej wycieczki do tego kraju, podpisywania papierów, itd.

Banki muszą bać się chyba prawdziwej międzynarodowej konkurencji o klienta?

Owszem, ale ileż można trzymać się reliktu z XX wieku? Obecnie nic już nie każe nam z technicznego punktu widzenia tworzyć w bankowości ograniczeń geograficznych. To kwestia czasu, gdy jakiś kraj zdecyduje się, by pozwolić swoim bankom gromadzić klientów spoza swoich granic.

Wtedy inne kraje zakażą otwierania tego typu kont bankowych za granicą.

Możliwe, że taka będzie reakcja regulacyjna – że będą zakazy, dodatkowe podatki i innego typu restrykcje, ale to są procesy, których na dłuższą metę zatrzymać się nie da. One się odbywają w sieci. Koniec końców trzebaby zamknąć Internet, żeby im zapobiec. Oczywiście, regulacje prawne dotyczące bankowości i finansów muszą być odpowiednio dostosowane do zmian technologicznych, tak by nie uprawiano wolnejamerykanki, by konsumenci i ich oszczędności byli odpowiednio chronieni. Sądzę, że banki przyszłości z bankami, które znamy my, będą łączyć tylko funkcje, a nie formy działania. Znikną fizyczne oddziały, ale banki nadal będą zajmować się transakcjami międzynarodowymi, oceną ryzyka… Wszystko jednak odbywać się będzie wirtualnie.

Christine Lagarde, szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego, na jednej z ostatnich konferencji wygłosiła znamienne przemówienie, w którym stwierdziła, że nowe technologie mobilne oraz kryptowaluty – jeśli nie zostaną odpowiednio wcześnie oswojone przez obecny system bankowo-finansowy – mogą zagrozić jego istnieniu w najprostszy z możliwych sposobów: czyniąc go zbędnym.

To słuszna uwaga. Spójrzmy na zmiany, które zachodzą w międzynarodowym handlu. Staje się on coraz bardziej intensywny i globalny już nawet na poziomie konsumenckim. Mieszkając w USA, mogę być klientem chińskiego Alibaby, bo dobra zakupione w tym serwisie zostaną mi dostarczone relatywnie szybko. To wytwarza potrzebę dalszego ograniczania kosztów transakcyjnych. Właśnie z tego względu waluta przyszłości, gdy sobie ją wyobrażam, przypomina bardziej bitcoin niż amerykańskiego dolara. Fizyczny, emitowany przez państwo pieniądz spełniał swoją funkcję, gdy handel odbywał się w ramach narodowych gospodarek. Obecnie postęp gospodarczy i technologiczny w ramach globalizacji wymusza na walutach mobilność i to, by transakcje były przeprowadzane w czasie rzeczywistym. Z tradycyjnym walutami narodowymi, nawet w ich wersjach elektronicznych, nie jest to takie łatwe.

Coraz częściej jednak słychać, że np. bitcoin to po prostu kolejna bańka spekulacyjna.

Może, ale spójrzmy na kontekst. Jak zachowują się rynki na całym świecie? Zmieniają się na korzyść nowych cyfrowych technologii. Rosnącą wartość mają obecnie aktywa cyfrowe, a spada wycena aktywów tradycyjnych, np. surowców takich jak ropa. Jeśli ten trend będzie się utrzymywał, coraz więcej miejsca w handlu będą miały kryptowaluty.

Era gotówki się kończy? Badania tego nie potwierdzają.

Pieniądz elektroniczny będzie tak wygodny, że nikt nie będzie rozważał powrotu do dawnego systemu. Owszem, pojawiają się zastrzeżenia, że wówczas nie będziemy mieli już finansowej prywatności, ale sądzę, że w ramach sieci pojawi się wiele alternatywnych, niezależnych systemów wartości, które będą ją zapewniać wszystkim chętnym.

Różni finansowi guru lubią opowiadać o niezależności finansowej. Czy rewolucja technologiczna ułatwi ludziom poruszanie się w świecie pieniądza?

Wcześniej twierdzono, że drogą do niezależności finansowej jest edukacja finansowa, świadomość, co to jest budżetowanie, jak działa giełda itd. Teraz to podejście jest już anachroniczne. Do 2025 roku dzięki internetowi i technologiom mobilnym do systemu finansowego wejdzie kolejne 3 mld ludzi. To olbrzymia liczba, z którą nie poradzi sobie żaden formalny, tradycyjny program edukacyjny. Na szczęście same nowe technologie finansowe mają walory edykacyjne. Oferują możliwość wprowadzenia tzw. grywalizacji w proces edukacji finansowej. Narzędzia finansowe projektuje się tak, by angażowały użytkownika podobnie do gier wideo, a więc by sprawiały mu przyjemność, były rozrywką. Wówczas wyzwania związane z zarządzaniem pieniędzmi traktowane są jako ciekawe sytuacje do rozwiązania, a nie wielkie niepokonywalne problemy.

Rozmawiał Sebastian Stodolak

Brett King – australijski przedsiębiorca rozwijający bankowość mobilną, konsultant, futurysta i autor książek o rewolucji technologicznej w świecie pieniądza, m.in. „Bank 2.0”, czy „Augmented: Life In The Smart Lane”. Brett King był gościem  firmy Deloitte na X Kongresie Bankowości Detalicznej, który jest częścią Projektu EKF.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły