Banki upadają dlatego, że nie wiedzą, iż ryzykują

23.01.2016
Podjęta przez Radę Stabilności Finansowej decyzja o rezerwach kapitałowych dla absorpcji strat dowodzi, że naprawa systemu finansowego nie została ukończona. Zdaniem prof. Avinasha Persauda od instytucji finansowych należy wymagać, aby miały rezerwy kapitałowe chroniące przed konsekwencjami różnic między każdym rodzajem podejmowanego ryzyka a naturalną możliwością im sprostania.

Avinash Persaud (zdj. PAP)


Persaud omawia swoją nową książkę poświęconą temu zagadnieniu, zatytułowaną Reinventing Financial Regulation: A Blueprint for Overcoming Systemic Risks (Propozycja nowych zasad uregulowania branży finansowej: plan uporania się z ryzykiem systemowym). Oto co pisze:

O tym, jak ważne jest opracowanie odpowiednich regulacji branży usług finansowych, świadczy to, że prawie dziesięć lat od początku kryzysu wywołanego w USA przez kredyty hipoteczne udzielane klientom o słabej zdolności kredytowej kraje najboleśniej odczuwające konsekwencje późniejszego kryzysu kredytowego nadal borykają się z tym problemem.

Utworzona przez 20 krajów grupy G20 Rada Stabilności Finansowej (FSB) ogłosiła 9 listopada 2015 r., że kredytodawcy o największym znaczeniu systemowym muszą mieć w 2019 r. kapitał gwarantujący zdolność do całkowitego pokrycia strat, obejmujący również warunkowe obligacje zamienne (CoCo), wynoszący co najmniej 16 proc. aktywów ważonych ryzykiem. Wskaźnik ten ma wzrosnąć do 18 proc. w 2022 r.

Komunikat FSB dotyczący wielkości rezerw kapitałowych, które banki muszą trzymać w celu zabezpieczenia się przed możliwymi skutkami posiadania ryzykownych aktywów, oraz określający, co stanowi kapitał zapewniający zdolność do całkowitego pokrycia strat (total loss-absorbing capacity, TLAC), dowodzi jednak, że nie usunięto licznych fundamentalnych wad widocznych we wcześniejszym nastawieniu wobec regulacj. Nie wypracowano jeszcze w pełni zakresu ani zasad regulacji branży finansowej.

Zbyt wielu urzędników z agencji odpowiedzialnych za nadzór finansowego uważa, że regulacje mają zapewnić „odryzykowienie” (zob. Rose, The risks of de-risking: Conflicting pressures on financial institutions, „Banking and Finance Disputes Review”, maj 2015 r.). Ogranicza się ryzyko poprzez wprowadzanie wymogu, że firma działająca w branży usług finansowych ma dla ochrony przed konsekwencjami podejmowanego ryzyka przygotować dotkliwej wielkości rezerwy kapitałowe.

Ryzyko jednak ma wiele wspólnego z pierwszą zasadą termodynamiki – energii nie można stworzyć ani zniszczyć, jedynie przekształcić. Gdy wprowadzimy skuteczne ograniczenia chroniące przed ryzykiem w pewnym miejscu, przeniesie się ono w inne, gdzie tych obostrzeń w tym momencie nie ma – np. do pożyczkodawców z bankowości równoległej. Gdy je tam wykryjemy i ponownie obciążymy, ryzyko przeniesie się jeszcze raz, być może do instytucji spoza branży usług finansowych.

Logiczny jest wniosek, że ryzyko będzie się nieustannie przenosić, aż osiądzie tam, gdzie go już nie zauważymy (J. Nugee, A.D. Persaud, Redesigning regulation of pensions and other financial products, „Oxford Review of Economic Policy”, 22[1], 2006 r., s. 66-77). A nie jest dobrze, gdy ryzyka znajdują się w takich miejscach. W swojej najnowszej książce wykazuję, że przy opracowywaniu przepisów regulujących należy dążyć do tego, aby ryzyka opuszczały mroczne miejsca i osadzały się tam, gdzie można je najlepiej wchłonąć (A.D. Persaud, Reinventing financial regulation: A blueprint for overcoming systemic risks, publikacja w przygotowaniu).

Kolejną fundamentalną wadą obecnego nastawienia wobec zarządzania ryzykiem jest pojęcie wrażliwości na ryzyko, które stanowi podstawę nowych wymogów dotyczących TLAC (zob. A.D. Persaud, How risk sensitivity led to the greatest financial crisis of modern times, VoxEU.org, 7.10.2009 r.). Banki nie upadają przez to, że robią coś, o czym wiedzą, że jest ryzykowne. Upadają, gdy robią rzeczy, które w ich przekonaniu były całkowicie bezpieczne, a dopiero później okazały się ryzykowne (M. Schularick, A.M. Taylor, Credit booms gone bust: Monetary policy, leverage cycles and financial crises, 1870-2008, analiza NBER Discussion Paper nr 15512, 2009).

Gdy bank uważa, że jakiś kredyt wiąże się z ryzykiem, domaga się dodatkowych gwarancji i zabezpieczeń, wyższych odsetek oraz przygotowania rezerw na spłatę. Jeśli chodzi o zagrożenie powodowane przez deklarowane aktywa ważone ryzykiem, najlepszą ochronę kapitałową banki miały tuż przed kryzysem. Nie zabijają nas rzeczy, o których wiemy, że są niebezpieczne. Banki kierowały się nastawieniem opracowanym na podstawie pojęcia wrażliwości na ryzyko. I najmniej kapitału miały (i będą miały) na ochronę przed możliwymi skutkami problemów z aktywami, które w ich przeświadczeniu były bezpieczne jeszcze tuż przed tym, kiedy okazały się groźne. Nie przed kryzysem, lecz po nim wydawało się, że banki miały za mało kapitału. Wrażliwość na ryzyko wpada w pułapkę post hoc ergo propter hoc.

Ta wada pojęcia wrażliwości na ryzyko jest jeszcze gorsza, niż się wydaje. Banki zmuszone do stosowania tych samych modeli ryzyka i zbiorów danych ostatecznie kupują te same aktywa, które według szacunków uzyskiwanych przez wykorzystywanie modeli cechowały się wcześniej najlepszym stosunkiem rentowności do bezpieczeństwa. Gdy dochodzi do zakłóceń wahań i korelacji rynkowych, te same modele ryzyka zmuszają następnie banki do sprzedaży aktywów w tym samym czasie (A.D. Persaud, Sending the herd off the cliff edge: The disturbing interaction between herding and market sensitive risk management practices, Institute for International Finance, 2000 (analizie tej przyznano nagrodę im. Jacquesa de Larosiere’a).

Prawidłowość, którą zaszczytnie dla mnie nazwano paradoksem Persauda, opisująca zarządzanie ryzykiem wyczulone na zmiany rynkowe – czyli stwierdzenie, że dążenie do bezpieczeństwa stwarza zagrożenia – prowadzi do dwóch problemów wprawdzie oddzielnych, ale powiązanych (P. Davis, Risk management is a risky business, „Financial Times”, 20.06.2005 r.). Aktywa bezpieczne stały się przez to ryzykowne i doszło do przeoczonego przez twórców regulacji błędu złożenia. Próby usunięcia ryzyka z pojedynczych instytucji wywołały ryzyko systemowe, gdyż instytucje te jednocześnie sprzedawały posiadane aktywa.

Kolejnym fundamentalnym błędem jest to, że ryzyka traktuje się tak, jakby można sumować ich rozmaite rodzaje, a przed łącznym ryzykiem – niezależnie od jego składników – zabezpieczyć się za pomocą kapitału. Jest jednak tak, że odmienne rodzaje ryzyka wymagają odmiennych zabezpieczeń. Kapitał zapewnia dobre zabezpieczenie przed ryzykiem kredytowym, ale nie najlepiej chroni przed wszystkimi innymi zagrożeniami. Np. metodą zabezpieczenia się przed ryzykiem płynności – czyli ryzykiem, że przy konieczności sprzedaży jakiegoś składnika aktywów jutro uzyska się znacznie niższą cenę, niż uzyskałoby się w sytuacji, kiedy można spokojnie czekać, szukając chętnego, z którym będzie można zawrzeć korzystną transakcję – jest zorganizowanie długookresowego finansowania, dzięki czemu nie trzeba się obawiać utraty płynności.

Gdyby rynki stały się niepłynne, a my mielibyśmy wyłącznie krótkoterminowe finansowanie, nie uratowałaby nas żadna dopuszczalna ilość kapitału (C.A.E. Goodhart, E. Perotti, Maturity mismatch stretching: Banking has taken a wrong turn, CEPR Policy Insight 81, maj 2015 r.). Natomiast ryzyka kredytowe – czyli ryzyko, że ktoś nie będzie w stanie spłacić zobowiązań wobec nas – stają się tym większe, im więcej mamy czasu. Zestawienie ryzyka kredytowego z finansowaniem długookresowym nie zapewni zabezpieczenia przed ryzykami kredytowymi. Aby się zabezpieczyć przed ryzykami kredytowymi, potrzeba zróżnicowania niepowiązanych z sobą aktywów, w tym kapitału służącego absorpcji strat.

W swojej książce przedstawiam możliwości usunięcia tych fundamentalnych wad.

Najważniejszym mechanizmem każdego rozwiązania musi być zmiana systemu motywacji. Wielu zwraca uwagę na przykłady złego i nieetycznego postępowania w czasie kryzysu, ale trzeba pamiętać, że większość działań i postaw, które się przyczyniły do kryzysu, wynikała z konkretnych bodźców. Z powodu tych bodźców do kryzysu i tak by doszło. Banki sprzedawały ryzyka kredytowe instytucjom, które nie miały naturalnej zdolności do zabezpieczenia się przed tym rodzajem ryzyka czy jego absorpcji. Banki to robiły, ponieważ musiały tworzyć rezerwy kapitałowe w celu ochrony przed ryzykiem kredytowym, a spółki celowe (SPV), firmy ubezpieczeniowe i fundusze hedgingowe, które to ryzyko kupowały, robić tego nie musiały.

Zamiast ryzyk kredytowych, które banki mogłyby zdywersyfikować poprzez odpowiednią strukturę klientów, banki kupowały niepłynne instrumenty, na podtrzymanie których nie miały długookresowego finansowania, gdy rynki zamarzły – takie jak długoterminowe kredyty hipoteczne i kredyty na prywatne inwestycje w akcje. Postępowały tak, gdyż niepłynne aktywa zapewniały wyższą rentowność (premię płynnościową), ale wymogi kapitałowe ustalano na podstawie oddzielnych ratingów kredytowych.

Banki miały więc motywację do tego, aby tworzyć instrumenty, które umożliwiałyby najwyższe oceny w ratingach kredytowych (AAA) niezależnie od tego, jak nieczytelna była ich konstrukcja i jak bardzo niepłynne mogły się stać. Żądanie wsadzenia bankowców do więzień to satysfakcjonujący okrzyk bojowy, ale faktycznym zadaniem jest zmiana bodźców, które powodują boomy prowadzące do krachów.

Od instytucji finansowych należy wymagać, aby posiadały kapitał lub przygotowały rezerwy chroniące przed konsekwencjami różnic między każdym rodzajem podejmowanego przez nie ryzyka a ich naturalną możliwością wytrzymania tego rodzaju ryzyka.

Zdolność do wytrzymania ryzyka nie jest ochotą na podejmowanie tego ryzyka. Nie determinuje tej zdolności umiejętność pomiaru cyklu gospodarczego, w czym zbiorowo okazaliśmy się słabi. To umiejętność zabezpieczania się w naturalny sposób przed możliwymi skutkami podejmowanego ryzyka. Zdolność do wytrzymania ryzyka nie wymaga statystycznego nastawienia wobec zarządzania ryzykiem, lecz strukturalnego.

Pozwolę sobie zdolność tę zilustrować następującym przykładem. Część dodatkowego zysku z inwestycji dokonywanych na rynku akcji – oprócz zysku dostępnego w gotówce – jest rekompensatą za dzienne wahania cen. Instytucje o długookresowym finansowaniu albo długookresowych zobowiązaniach, np. firmy oferujące ubezpieczenia na życie i fundusze emerytalne, mają naturalną możliwość uzyskiwania tej premii za ryzyko, gdyż w odróżnieniu od banku czy ubezpieczyciela oferującego ubezpieczenia od następstw nieszczęśliwych wypadków mają zobowiązania niewymagające stałej płynności i stabilności, zanim firma będzie zobowiązana do wypłat.

Gdyby tworzono rezerwy kapitałowe chroniące przed różnicą między ryzykiem możliwym do wytrzymania a ryzykiem faktycznie podejmowanym, większość kapitału, który muszą odłożyć firmy oferujące ubezpieczenia na życie i fundusze emerytalne, byłaby przeznaczona nie na ryzyko płynnościowe, lecz na koncentracje ryzyka kredytowego. Bank natomiast, mający wielu różnych klientów, charakteryzuje się naturalną możliwością dywersyfikowania koncentracji ryzyka kredytowego. Dopóki nie powrócą do swego pierwotnego modelu biznesowego, dopóty większość rezerw kapitałowych byłaby przeznaczana na pokrycie różnic płynnościowych (zob. C. Calomiris, M. Watson, Corporate governance and risk management at unprotected banks: National banks in the 1890s, NBER Discussion Paper nr 19806, 2014).

Na banki oddziaływałyby bodźce skłaniające je do sprzedaży ubezpieczycielom oferującym ubezpieczenia na życie kredytów dobrej jakości, ale kiepskiej jakości aktywów, takich jak obligacje infrastrukturalne. Kupowałyby również niskiej jakości ryzyka kredytowe, np. obligacje przedsiębiorstw, gdyż mogą je lepiej zabezpieczyć.

Kierunek tych transferów ryzyka wzmocniłby system finansowy. To kierunek przeciwny do kierunku transferów obserwowanych w okresie poprzedzającym kryzys finansowy, kiedy ryzyka znalazły się ostatecznie tam, gdzie wiedziano o nich najmniej i gdzie były najmniejsze możliwości ich absorpcji. Systemowej odporności nie osiągnięto by za cenę zwiększenia kapitałów, gdyż odporność uzyskuje się poprzez przemieszczenie ryzyk do miejsc, w których występuje naturalna możliwość absorpcji i gdzie z tego powodu nie spowodowałyby one rozpadu całego systemu finansowego, gdyby zagrożenia te się urzeczywistniły. Czas nieco przesunąć wrażliwość na ryzyko, aby dzięki temu zwiększyć zdolność do jego wytrzymania.

Komunikat o TLAC potwierdza, że twórcy regulacji nie idą tą drogą. Na mocy dyrektywy Wypłacalność II (Solvency II), obowiązującej od 1 stycznia 2016 r., naturalni nabywcy długoterminowych instrumentów inwestycyjnych, czyli firmy oferujące ubezpieczenia na życie i fundusze emerytalne, zostają zmuszeni do ich unikania, gdyż instrumenty te nie są dostatecznie płynne ani stabilne w krótkim okresie. Dzieje się tak chociaż wspomniani ubezpieczyciele i fundusze nie potrzebują krótkoterminowej stabilności ani płynności (zob. A.D. Persaud, How not to regulate insurance markets: The risks and dangers of Solvency II, Peterson Institute for International Economics, Policy Brief 15-5, kwiecień 2015).

Być może gdyby inwestorzy długookresowi mogli finansować więcej instrumentów długoterminowych, potrafilibyśmy się lepiej zająć problemem stagnacji strukturalnej. Proponowana przeze mnie zmiana zasad opracowywania przepisów regulujących branżę finansową zapewniłaby lepsze traktowanie właścicieli oszczędności, zwiększyłaby odporność systemu finansowego i wywołała wzrost gospodarczy.

Avinash Persaud jest starszym członkiem, nierezydentem zespołu badawczego Instytutu Petersona ds. Ekonomii Międzynarodowej, professor emeritus Gresham College oraz prezesem niewykonawczym Elara Capital PLC.

Artykuł po raz pierwszy ukazał się w VoxEU.org (tam dostępna jest pełna bibliografia) i można go przeczytać tutaj. Tłumaczenie i publikacja za zgodą wydawcy


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test