Bankowe kolosy na glinianych nogach

24.10.2011
Unia nerwowo szuka rozwiązania kryzysu. Rozwiązanie jakie się nasuwa może polegać na umorzeniu części długu Grecji. Ucierpią na tym wierzyciele, czyli banki. Jeżeli w Europie dojdzie do realizacji czarnego scenariusza gospodarczego, duże banki mogą stanąć na skraju upadku. Wiele z nich jest w trudniejszej sytuacji niż były amerykańskie banki w 2008 r.

Siedziba Europejskiego Banku Centralnego (CC By NC SA Cesar Pics)


Firma Egan Jones nie jest znana wszystkim inwestorom na rynku. To mała agencja ratingowa z Filadelfii. Zdobyła jednak pewien rozgłos tym, że przewidziała kłopoty finansowe kilku dużych korporacji – m.in. banku Lehman Brothers, któremu wydała negatywny rating w momencie, kiedy największe agencje – S&P, Moody’s czy Fitch – nie zauważały problemów. Od swoich większych rywali Egan Jones różni się tym, że nie pobiera opłat od emitentów obligacji, ale od inwestorów.

Kiedy ktoś przewidział wydarzenia, na które inni byli ślepi, słucha się go zwykle z większą uwagą. Tak było m.in. z ekonomistą Nourielem Roubinim, który przewidział głębokość kryzysu finansowego z 2008 r. Teraz jest gwiazdą mediów i różnych konferencji. Tak też można potraktować firmę Egan Jones. Skoro przewidziała największą bankową kraksę ostatnich dekad, to czemu znów jej nie zaufać?

Kilka miesięcy temu, jeszcze w lipcu, przed rozpoczęciem największych turbulencji na rynkach finansowych, właściciel firmy EJ powiedział, że Europę czeka największy kryzys od czasu rozpadu Republiki Weimarskiej (dojście Hitlera do władzy). Jego zdaniem wiele banków na Starym Kontynencie i Wyspach Brytyjskich stanie się niewypłacalnymi, jeżeli scenariusz gospodarczy doprowadzi do niewypłacalności kraje peryferyjne. A firma EJ prognozuje, że tak będzie.

Wtedy jeszcze nie mówiło się o tym tak głośno. Jednak miesiąc później MFW wezwał do dokapitalizowania europejskich banków, a dwa miesiące później o dokapitalizowaniu otwarcie zaczęli mówić politycy. Teraz temat bankowych kapitałów jest najważniejszym – po kwestii wypłacalności państw – problemem Europy. Dla wszystkich decydentów, inwestorów i obserwatorów stało się jasne, że europejski system bankowy może stanąć niedługo na skraju rozpadu.

Juliette Binoche ma rację

Problemem europejskich banków jest ich wielkość i relatywnie małe kapitały. Największe europejskie banki są większe niż ich amerykańscy odpowiednicy, a jednocześnie mają słabszą bazę kapitałową. Na dziesięć najbardziej zlewarowanych banków na świecie, dziewięć pochodzi z Europy. Lewar to stosunek aktywów do kapitału, który pokazuje, jak bardzo bank korzysta z długu. Jeżeli aktywa wynoszą 100, a kapitał 2, to lewar wynosi 50 itd. Lewar to fundament działania banków, dzięki któremu bank pożycza taniej od depozytariuszy, czy inwestorów i udziela droższych kredytów. Może w ten sposób zarabiać. Jeżeli jednak pożycza zbyt dużo w stosunku do tego, jaki jest kapitał jego akcjonariuszy, to staje się mniej stabilny.

W ostatniej reklamie banku Credit Agricole słynna aktorka Juliette Binoche mówi polskim klientom, że nie lubi małych banczków. Trudno się dziwić, że gigant nie lubi maluchów. Binoche ma rachę, CA to gigant, szkoda tylko, że nie dodaje, że bank jest wielki, a wcale nie ma tak wiele kapitału. Aktywa CA wynoszą ok. 1700 mld euro, a kapitał 77 mld euro (czyli lewar wynosi 22).

Francuski bank wcale nie jest zresztą pod tym względem europejskim liderem. Na przykład Deutsche Bank posiada 1900 miliardów aktywów, a tylko 50 mld euro kapitału (czyli lewar wynosi 37). UBS to 1300 mld franków aktywów i tylko 35 mld franków kapitału (lewar również 37). Dla porównania, Citigroup posiada 1900 mld dolarów aktywów i ponad 160 mld dolarów kapitału (lewar: 11), a Bank of America ma ponad 2200 mld dolarów aktywów i niemal 230 mld dolarów kapitłu (lewar: 10).

Natychmiast nasuwa się pytanie: dlaczego nikt wcześniej nie dostrzegł tego problemu? Otóż dostrzegano go już od dawna, ale nie wydawał się on tak palący. Na świecie bowiem kluczowym sposobem oceny adekwatności bankowych kapitałów jest ich stosunek do aktywów ważonych ryzykiem. Ten skomplikowany termin jest w rzeczywistości bardzo prosty do zrozmienia. Każdy rodzaj aktywów ma przez regulacje bankowe przyznany różną wagę ryzyka, np. kredyty korporacyjne 100 proc., kredyty hipoteczne 50 proc., a obligacje rządowe – 0 proc. Bank – załóżmy – posiada 100 mld kredytów korporacyjnych, 100 mld kredytów hipotecznych i 100 mld obligacji, czyli łącznie 300 mld zł. Po uwzględnieniu wag ryzyka suma ta spada do 150 mld zł. Jeżeli zatem bank posiada 30 mld zł kapitału, czyli 5 proc. wartości aktywów, to po uwzględnieniu wag ryzyka ten stosunek rośnie do 10 proc. Na przykład UBS z 1300 mld franków aktywów po uwzględnieniu ryzyka ma ich… ok. 200 mld, czyli mniej niż jedną szóstą.

Ile warte są bankowe pieniądze

Europejskie banki wcale nie posiadają bardzo złych wskaźników adekwatności kapitałowej. Kłopot w tym, że niespodziewanie okazało się, że wiele z ich aktywów, których waga ryzyka wynosiła zero, nagle stało się bardzo ryzykownych. Obligacje Grecji, Portugalii, Irlandii, Hiszpanii, Włoch, a nawet Belgii stały się niebezpieczne i istnieje ryzyko, że banki poniosą na nich straty.

Spójrzmy na wymowny przykład. Z szacunków Egan Jones wynika, że Deutsche Bank posiada ok. 41 mld euro w obligacjach, kredytach i innych aktywach wspomnianych krajów peryferyjnych. (Deutsche Bank kwestionuje tę ocenę EJ, zwracając uwagę, że ekspozycja Deutsche Bank z tytułu obligacji nie wynosi 41 miliardów, a 4,4 miliarda euro, przyp. red.). W czarnym scenariuszu, kiedy Grecja będzie musiała zredukować zadłużenie o 90 proc., Irlandia i Portugalia o 70 proc., a Hiszpania i Włochy o 65 proc., DB może stracić na tych aktywach 30 mld euro, czyli ok. 60 proc. swojego kapitału. Żaden inwestor nie dokapitalizuje banku w takiej sytuacji. Co gorsza, jest kilka banków, które w tym scenariuszu miałyby negatywny kapitał, czyli musiały upaść – m.in. Commerzbank, Royal Bank of Scotland czy Barclays. A przypomnijmy, że według założeń regulatorów obligacje te nie miały nieść ze sobą jakiegokolwiek ryzyka. Można naturalnie kwestionować realność tak czarnego scenariusza, ale sytuacja gospodarcza krajów peryferyjnych jest tak trudna, że żaden nadmierny optymizm nie jest wskazany.

Kapitał jak woda

Bardzo ważne jest zatem oszacowanie, jakiej ilości kapitału mogą potrzebować europejskie banki. Niestety nie jest to takie łatwe. Jakie bowiem należałoby przyjąć założenie co do potencjalnych strat na obligacjach rządowych? Do tej pory europejscy regulatorzy przyjmowali, że europejskie rządy są wypłacalne. Teraz jednak możliwe, że trzeba będzie przyjąć inny scenariusz. Szacunki są bardzo różne. Ostatnie wstępne szacunki EBA (European Banking Authority) wskazują, że może to być łącznie 80 mld euro. Ale Credit Suisse twierdzi, że może to być nawet 400 mld euro. Gdyby zaś przyjąć założenia Egan Jones, to potrzeby kapitałowe mogłyby być jeszcze znacząco większe. Niewykluczone, że sięgnęłyby ok. 700-800 mld euro, czyli mniej więcej tyle, ile na ratowanie instytucji finansowych przeznaczyły w 2008 r. amerykański rząd i Fed w programie TARP.

Kalkulacje utrudnia fakt, że liczenie jedynie strat na obligacjach jest nadmiernym uproszczeniem. Jeżeli kondycja finansowa banków będzie się pogarszała, natychmiast wzrosną ich koszty finansowania (będą musiały płacić wyższe odsetki inwestorom kupującym ich obligacje), poniosą one również straty na kredytach korporacyjnych, gdyż w Europie dojdzie prawdopodobnie do recesji. Credit Suisse w swoich szacunkach uwzględnia te efekty, ale nie wiadomo, czy uwzględnia je EBA.

Istotne są również czynniki polityczne. To, jakie duża będzie skala umorzenia długu Grecji i ewentualnie innych krajów, zależy w ogromnej mierze od rządów w Berlinie, Paryżu, Hadze, Helsinkach i innych państwach. Mogą one zdecydować, że zagwarantują spłacalność zadłużenia Hiszpanii czy Włoch (choć w takiej sytuacji pojawią się wątpliwości prawne), mogą też takich gwarancji odmówić.

Kryzys bankowy to murowana recesja

Ponieważ system bankowy jest jak obieg krwi w organizmie, zapewnia bowiem obieg kapitału, jego kryzys może skończyć się dla gospodarki ciężką chorobą lub nawet zawałem serca (czyli potężną recesją). Tak było w 2008 r., kiedy kryzys bankowy doprowadził do recesji niemal wszystkie kraje rozwinięte. Czy teraz będzie podobnie? Istnieje ryzyko, że tak.

Upadek banków niemal napewno skończyłby się recesją. Jednak nawet jeżeli system bankowy utrzyma się na powierzchni, to gospodarka realna i tak może skurczyć się w wyniku kryzysu sektora finansowego. W połowie października zaczęły pojawiać się informacje (najpierw podawał je „Financial Times“, później Bloomberg), że europejskie banki mają zamiar obniżyć stopień swojego zlewarowania poprzez… wyprzedaż aktywów.

Mechanizm jest prosty: im mniej aktywów, tym mniejszy stosunek aktywów do kapitału i mniejszy lewar. Problem w tym, że kiedy wszystkie banki będą wyprzedawać swoje aktywa, to ich ceny spadną, co zwiększy skalę koniecznej wyprzedaży i pogorszy wyniki banków. Może zatem uruchomić się błędne koło, w którym remedium tylko pogorszy chorobę. Co więcej, wyprzedaż aktywów oznacza również zahamowanie akcji kredytowej, a to już mocno uderzy w realną gospodarkę.

Dlatego coraz bardziej prawdopodobne staje się, że to na rządy spadnie ciężar ratowania banków. Stąd nawoływania wielu ekonomistów, żeby powiększyć fundusz stabilizacyjny EFSF z obecnych 440 mld euro do conajmniej biliona euro. Czy to się uda? Z ostatnich informacji wynika, że kluczowe decyzje mają zapaść do środy. Jeszcze ważniejsze pytanie brzmi jednak: czy w praktyce da się powiększyć fundusz? Przecież jego środki pochodzić będą albo od rządów, a na to nie może pozwolić sobie Francja, która jest blisko obniżki ratingu, albo od EBC, a na to nie chcą zgodzić się Niemcy.

Europa jest w kropce. Konia z rzędem temu, kto znajdzie pomysł, jak rozwiązać jej problemy.

Autor jest ekonomistą Polskiego Banku Przedsiębiorczości, publicystą


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test