Duński poligon doświadczalny bail-in

16.07.2011
Uderzenie z 2008 roku nie powaliło duńskiego systemu bankowego, ale ofiary były. Do czerwca 2011 roku w ręce państwa oddało się 12 banków. Jeszcze jesienią 2010 r. władze Danii, jako pierwsze w Unii, uznały jednak, że strat banków nie będą pokrywać wyłącznie podatnicy, ale również podmioty, które zainwestowały w obligacje upadających instytucji finansowych oraz niektórzy właściciele depozytów.

Rząd Danii, na czele z Larsem Løkke Rasmussenem, uznał, że kłopotami banków pora zacząć obciążać nie tylko podatnika. (CC BY-NC-ND larsloekke)


Kryzysy globalne mają tę właściwość, że docierają nie tylko na pierwsze strony gazet, ale także tam gdzie mało kto się ich spodziewał. Takim miejscem jest Dania – kraj bogactw przez stulecia skrzętnie gromadzonych, niebotycznych cen samochodów, paskarskich podatków, hodowli świń i uprawy bożonarodzeniowych choinek, dużego spokoju i wielkiej niechęci do obcych.

Uderzenie z 2008 roku nie powaliło duńskiego systemu bankowego, ale ofiary były. Do czerwca 2011 roku w ręce państwa oddało się 12 banków. Pierwszy był Roskilde Bank, bo już w połowie 2008 roku na jego rachunkach były same debety. Ostatnie dwa przypadki,  to przejęcie w lutym przez państwową firmę Finansiel Stabilitet banku Amagerbanken, a w czerwcu – Fjordbank Mors. Zadaniem Finansiel Stabilitet jest uporządkowanie spraw i likwidacja przejętych banków.

Amagerbanken był ósmym co do wielkości bankiem w Danii, mocno zaangażowanym na miejscowym rynku nieruchomości, przegrzanym bez umiaru, jak wszędzie. W IV kwartale 2010 suma odpisów na stracone lub bardzo wątpliwe kredyty przekroczyła wysokość kapitałów i zarząd musiał poddać bank. Za pośrednictwem Finansiel Stabilitet państwo zapłaciło za część aktywów Amagerbanken 15,2 mld koron duńskich (ok. 2,8 mld dolarów). Minimum 2,2 mld koron wziął na siebie tamtejszy odpowiednik polskiego Bankowego Funduszu Gwarancyjnego.

Dania, Amagerbanken i Fjordbank Mors nie byłyby warte uwagi, gdyby nie odwaga tamtejszych legislatorów, którzy złamali zasady uważane do tej pory za święte. Jesienią 2010 roku przyjęto oto w Danii prawo umożliwiające obciążanie obligatariuszy i depozytariuszy kosztami niewypłacalności banków. Finansiel Stabilitet wykupuje (przejmuje) jedynie zabezpieczone aktywa – niezabezpieczone idą pod nóż. Władze Danii uznały bowiem, że strat banków nie będą pokrywać wyłącznie udziałowcy i podatnicy, ale również podmioty, które zainwestowały w obligacje upadających instytucji finansowych oraz właściciele depozytów (w części przekraczającej podlegające ochronie 100 tys. euro).

Jest to pierwsze takie i jeszcze nigdzie nie skopiowane rozwiązanie w Unii Europejskiej.

W przypadku Amagerbanken tzw. „haircut”, czyli cięcie wartości obligacji, wyniósł 41 proc. ponieważ pasywa banku równoważyły się jedynie z 59 proc. aktywów. Obligatariusze Fjordbank Mors będą się musieli pogodzić z wymuszonym zmniejszeniem nominału obligacji tego banku o około 26 proc. Spośród ok. 75 tys. klientów Fjordbank Mors 450 umieściło w nim depozyty o wartości większej niż 100 tys. euro. Oni też stracą 26 proc. od nadwyżki ponad kwotę chronioną prawem.

Te zasady wywołały reakcję agencji ratingowych. Moody’s dwukrotnie już w tym roku obniżył ratingi duńskich banków. Ostatnio dołączył Fitch zmieniając ocenę perspektyw największego kredytodawcy – Danske Bank ze „stabilnych” na „negatywne”. Główny powód to kulejąca gospodarka, której rozmiary zmalały o 0,5 proc. w I kwartale. Spory wpływ miało opisywane ograniczenie państwowej interwencji w sektorze bankowym. Liczy on w Danii ok. 100 podmiotów. Bankowe aktywa (głównie udzielone kredyty i pożyczki, obligacje, akcje) ogółem są warte 750 mld dolarów i trzykrotnie przewyższają rozmiary gospodarki.

  • Powiązane tematy:

Opinie analityków co do zasadności i efektywności są podzielone. Wprawdzie w przypadku niewypłacalności Fjordbank Mors mówi się o przyczynach leżących wewnątrz banku, a nie w duńskim sektorze bankowym. Z oczywistych powodów przedstawiciele finansjery odnoszą się do nowych rozwiązań nieprzychylnie. Słowa ważone są jednak bardzo ostrożnie. Cytowany przez Financial Times Christian Hede z Jyske Bank uważa, że kolejne bankructwo zwiększy w bankach obawy o dostęp do kapitału i ponownie podniesie kwestię słuszności wprowadzenia procedury bail-in w miejsce ratunku banków na koszt podatników określanego jako bail-out. Po to, żeby nie narazić się opinii publicznej rozpowszechniany jest z tej strony pogląd, że bail-in jest niby OK, ale wprowadzono go w Danii nie w porę.

Bail-in, to proces, którego celem jest zmuszenie udziałowców do zaangażowania własnych kapitałów dla ratowania przedsiębiorstwa. Przećwiczony został w ubiegłym stuleciu w USA, głównie na liniach lotniczych, które nie były w stanie nieść ciężaru swej wielkości. Nie chodzi przy tym wyłącznie o udziałowców, lecz także o osoby prawne i fizyczne, które ulokowały w nim środki poprzez wykup papierów dłużnych lub przechowywanie oszczędności i gotówki. Bail-in nie może się podobać bankierom, ponieważ niweczy sporą część zalet bankructwa, a poza tym utrudnia zdrowszym lub zdrowym bankom dostęp do tańszego, bo niezabezpieczonego kapitału, a w konsekwencji pogarsza ich główne wskaźniki finansowe.

Jastrzębie twierdzą, że obecne sposoby podtrzymywania Grecji to pic na wodę, bo ratunkowe pieniądze europejskich i światowych (MFW) podatników idą przede wszystkim na spłatę odsetek od greckich obligacji w posiadaniu bankowych potentatów, a nie na uzdrawianie państwa, gospodarki i finansów. Od strony faktograficznej nic temu twierdzeniu zarzucić nie można. Od strony praktycznej krytycy jastrzębiego podejścia wskazują przede wszystkim na brak skrupulatnie opracowanej alternatywy z szansą na gospodarczo-finansową wykonalność oraz na polityczno-społeczną akceptację wzdłuż i wszerz Eurolandu, a także całej Unii Europejskiej

Na tym tle duński bail-in wygląda dość atrakcyjnie. Może być poligonem doświadczalnym. Skala jest mała, konsekwencje nieporównywalne, ale mechanizmy i możliwe reakcje dość zbliżone. Jeśli Europa sądzi, że na bail-in jeszcze (pod względem mentalnym) za wcześnie, to w grę wchodzi tzw. rollover, czyli wydłużenie okresu wykupu greckich obligacji. Niczego fundamentalnego to wprawdzie nie załatwi, ale da przejściowe wytchnienie ratowanym i ratującym.

Koronny obecnie argument przeciw obciążaniu prywatnych pożyczkodawców Grecji kosztami wydobywania jej z otchłani to stanowiska agencji ratingowych, które oznajmiają, że zrobią z greckiego długu śmiecia, jeśli tak się stanie. Europejski Bank Centralny (ECB) oświadcza z kolei, że zaprzestanie akceptowania greckich obligacji jako środka zabezpieczenia finansowania dopiero wtedy, gdy wszystkie trzy wielkie agencje ratingowe uznają, że Grecja nie jest w stanie ich obsługiwać i wykupywać. ECB udaje zatem Greka, wmawiając nam biednym ludkom, że helleński król wcale nie jest nagi.

Doświadczenie życiowe uczy, że bardzo mały odsetek wszelkich decyzji podejmowanych jest z wykorzystaniem zdrowego rozsądku. Śmiertelnym wrogiem zdrowego rozsądku są względy polityczne, formalne i proceduralne. To tylko z ich powodu grecki dług nie jest od dawna na prawdziwym śmietniku. Jeśli zatem ktoś próbuje wmówić opinii publicznej, że greckie obligacje trzymają się przy życiu dzięki manipulowanym ratingom, to niech wmawia, ale na litościwą ocenę swego intelektu nie liczy. Lud domaga się czynów, ale czy doczeka się działań prowadzonych z głową i determinacją?


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test