Lekcja greki

18.07.2017
Dwaj przyjaciele, cenieni ekonomiści. Amerykanin zaprosił wykształconego na Zachodzie Greka na wykłady do Teksasu. Później Grek wrócił do kraju, by grać ważną polityczną rolę – najpierw posła, a potem ministra finansów – i ściągnął do siebie Amerykanina jako eksperta do poufnych zadań, gdy głośno było o greckim kryzysie.


Dzięki ich relacji do rąk czytelników mogły trafić dwie odrębne, niezmierne ważne relacje z greckiego kryzysu: głębsza, szersza, mocniejsza w słownictwie, argumentacji, a nawet w emocjach praca Greka Janisa Warufakisa „A słabi muszą ulegać?” oraz bardziej akademicka, ale mocno personalna Jamesa K. Galbraitha „Witamy w zatrutym kielichu”. Obie trafiły własnie do rąk polskich czytelników.

Dotyczą spraw newralgicznych i kluczowych: funkcjonowania strefy euro, a także całej Unii Europejskiej w dobie kryzysu, tu akurat bardziej utożsamianego z problemami Grecji niż wyjściem z niej Wlk. Brytanii.

Oskarżycielski ton

Poza mocno osobistym tonem te książki łączą dwa główne tematy: zadłużona i cierpiąca Grecja, prezentowana jako ofiara wielkich instytucji (głównie europejskich oraz Niemiec) oraz euro, traktowane jednoznacznie jako projekt od początku wadliwy, bardziej polityczny niż czysto gospodarczy. I dlatego, jak się wydaje, warto wyjątkowo wnikliwie przestudiować te relacje w kraju takim jak Polska, z długiem, stojącym przed dylematem: wejść czy nie wejść do strefy euro, który jeszcze nabiera dodatkowych wartości po ostatnich wyborach prezydenckich we Francji.

Relacje Galbraitha i Warufakisa łączy nie tylko, by tak to ująć, wysoki stan emocjonalny, ale też wyjątkowo ostry ton, wręcz oskarżycielski względem tych, którzy – jak wynika z ich opowieści – Grecję najpierw rozłożyli na łopatki, a potem wręcz torturowali, mając na uwadze jedynie własne interesy, a bynajmniej nie losy poniewieranych i tracących oszczędności czy majątki Greków.

Zdecydowanie mocniejszy w tonacji i argumentacji Warufakis szczególnie ostro rozprawia się z niemieckim ministrem finansów Wolfgangiem Schäublem, ale też z ministrami finansów strefy euro [w tym gronie sam również zasiadał, gdy był ministrem finansów Grecji – przyp. red.] – eurogrupą, którą prezentuje jako „organ podejmujący wszystkie najważniejsze decyzje gospodarcze, którego nie ma nawet w europejskim prawie, działający zgodnie z dewizą »silni osiągają swe cele, a słabi muszą ulegać«, nieprotokołujący swoich procedur i za jedyną swoją zasadę uznający to, że jego posiedzenia są poufne, czyli nieprzeznaczone do wiadomości europejskich obywateli”.

Ostrożniejszy w argumentacji i zarzutach Galbraith także wybucha na koniec i pisze: „Europa oraz kolonialny [raczej „skolonizowany” – przyp. autora] rząd Grecji będą teraz realizować politykę zakładającą likwidację greckiego majątku publicznego i prywatnego oraz wywłaszczenie Greków z ich ojczyzny. Międzynarodowa prasa nadal pisze o tym, jako o reformach”.

Mając obie te prace w ręku trzeba uważać, by nie traktować ich niczym odbezpieczony granat, służący do otwartego ataku na UE, euro i wielkie stolice, począwszy od Berlina i Paryża. Tak też można je odbierać – jako akt oskarżenia i dodatkowy arsenał argumentów obalających inną, dominującą w UE i jej elitach narrację, mówiącą o „leniwych” lub „zabawowych” Grekach, za nic mających reguły i przepisy.

Trudno jednak nie oburzać się na podawane przez tych autorów fakty, np. ten, że gwarantowano miliardowe spłaty prywatnym bankom, podczas gdy w budżecie państwa w tym samym momencie brakowało kilkuset milionów na państwowe dotacje dla szpitali.

Postulaty reform

Warto jednak na relacje Galbraitha i Warufakisa spojrzeć głębiej, bez emocji i uprzedzeń. Oczywiście nie będzie łatwo, bo one same są obłożone wartościami i ideologią, a każdy z odbiorców też przecież jakimś własnym zestawem wartości się kieruje. Jeśli jednak udałoby się nam wyjść poza te ważne i poniekąd naturalne ograniczenia, to – jak się wydaje – można z obu prezentowanych tu prac wyciągnąć wiele istotnych i ważnych wniosków, szczególnie dla Polski, która poza strefą euro się znajduje i musi rozstrzygnąć, co dalej.

Wnioski będą nieco subiektywne, jednakże warto się o nie pokusić.

Po pierwsze euro od chwili powstania aż do dziś jest obłożone „strukturalnym błędem”, który Warufakis definiuje jako „paradoks wspólnej waluty”, polegający na tym, że na wypadek kryzysu nie przewidziano „mechanizmu recyklingu nadwyżek”, tzn. wspierania państw, które popadły w tarapaty. W efekcie, jak dowodzi bolesny przypadek Grecji, państwa tracą kontrolę nad swoimi losami. Przejmują ją natomiast „czynniki zewnętrzne”, pozbawione współczucia i empatii dla organizmu znajdującego się w kłopotach. Działa bowiem mechanizm, zgodnie z którym „po przyjęciu euro kraje z deficytami są ściągane w dół potężną siłą ciążenia wspólnej waluty”, a możliwości samodzielnego radzenia sobie z tym zostały im odebrane.

Po drugie, stworzony na wzór Bundesbanku Europejski Bank Centralny (EBC) wspiera wspólną walutę, ale w rzeczywistości nie podlega kontroli ani ze strony państw, ani instytucji, co prowadzi do wniosku, że chroni tylko tę walutę, a nie interesy poszczególnych państw, co robią krajowe banki centralne. A nierzadko EBC zapomina też o szerszych interesach całej Wspólnoty, mając na uwadze jedynie wspólną walutę.

Po trzecie, projekt euro jest ideologiczny, a nie ekonomiczny z rodowodu i natury. Wywodzi się on z „dogmatycznego monetaryzmu”, toteż w sytuacjach trudnych – jak przypadek Grecji – ustanowiony mechanizm broni interesów turbokapitalizmu, a nie słabych czy zagrożonych. Dowodem na to fakt, że pierwsze dwie transze tzw. pomocy dla Grecji w rzeczywistości przeznaczono na rekompensaty czy spłatę wielkich banków niemieckich i francuskich, w których wcześniej Grecy nieodpowiedzialnie się zadłużyli.

Po czwarte, euro takie jak dziś, ze strukturalnymi wadami, jest technokratyczne do szpiku kości i wspiera interesy silnych – EBC, Eurogrupy, Niemiec – a nie interesy grup czy warstw zagrożonych lub mających problemy. To istotny wniosek na przyszłość, mówiący o tym, że „wartości pieniądza nigdy nie da się odpolitycznić”, jak zauważa Warufakis.

Po piąte, w strefie euro właściwa kontrola nad pieniądzem jest nieprzejrzysta i faktycznie wymknęła się spod kontroli (na pewno państw, a chyba też innych instytucji, poza EBC), co wymaga naprawy.

Ku naszemu pokrzepieniu autorzy nie ograniczają się jedynie do narzekania, ale postulują też, co należałoby zrobić, by tej naprawy dokonać. O dziwo, nie każą strefy euro rozbić w pył, lecz szukają naprawy. To propozycja stworzenia „prawdziwej unii bankowej”, plan w formie przygotowanej w lipcu 2013 r. wspólnie ze Stuartem Hollandem, tzw. „skromnej propozycji” (Warufakis załącza ja do swego tomu w formie krótkiego aneksu).

Trzech autorów uważa, że strefa euro boryka się z czterema kryzysami: bankowym (tu problemy strukturalne i zarządzania), zadłużenia (brak dobrego mechanizmu relokacji środków), inwestycyjnym (spadająca konkurencyjność) oraz społecznym (spadek wiary we Wspólnotę, jej działania i instytucje).

Na tej podstawie postulują cztery strategie:

  • indywidualizacji banków, co dawałoby pewne pole manewru państwom (i ich bankom) zagrożonym kryzysem,
  • ograniczonej konwersji długu (wielu ekonomistów wprost mówi o konieczności redukcji połowy długów Grecji, opierając się na argumentacji Galbraitha),
  • ożywienia dzięki inwestycjom (czyli domieszki interwencjonizmu państwowego do rynkowych mechanizmów),
  • kryzysowego programu solidarności społecznej na rzecz zwalczania ubóstwa, czego zbrakło w tragicznym przypadku Grecji (po 2010 r. PKB spadł o ponad 25 proc., długu publiczny w trakcie kryzysu wzrósł zaś ze 120 do 180 proc. PKB, mimo trzech pakietów pomocowych).

Pożegnać egoizm

Niestety, nikt jak dotąd nie wziął ich propozycji poważnie. W efekcie strefa euro nadal boryka się z kryzysem, a jeszcze bardziej jest w nim pogrążona – częściowo apatyczna, częściowo wściekła – Grecja. Wzrost, choć ostatnio drgnął, jest ciągle niższy od spodziewanego i zapowiadanego, a Grecja czuje tylko efekty zaciskania pasa. W takim kontekście niestety nie można odmówić racji słowom Galbraitha z października 2013 roku: „Europejska jedność drży w posadach i ugina się pod ciężarem bezmyślnego i egoistycznego postępowania wobec małego kraju”.

Warufakis idzie dalej i bije mocniej. Na podstawie własnych gorzkich doświadczeń (w lipcu 2015 r. na żądanie eurokratów stracił stanowisko nieprzejednanego ministra finansów w lewicowej koalicji Syriza) pisze: „Europejczycy coraz mocniej postrzegają technokrację brukselską i frankfurcką jako siły okupacyjne”.

Nie odbiera mu to jednak całkowicie zdrowego rozsądku, bo na koniec swej analizy i relacji stawia naprawdę ciekawy postulat, na mocy którego „innowacyjne polityki mogą połączyć decentralizację władzy, której Europejczycy bardzo pragną, z europeizacją podstawowych, wspólnych problemów, której potrzebują”.

Oto właśnie chodzi – na dotychczasowej drodze integracji popełniliśmy sporo błędów, ale to wcale nie znaczy, że integrację trzeba całkowicie potępić i odrzucić. Rozsądniejsze będzie wyciągnięcie właściwych wniosków – także z wielce pouczającej, choć bolesnej (szczególnie dla mieszkańców) lekcji greckiej. Chcąc uniknąć powtórki lekcji greckiego kryzysu, lepiej przeczytać – w miarę możliwości bez uprzedzeń i emocji – te dwie ważne prace.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test