Nie twórzmy unii bankowej!

16.07.2013
Zakładanie, że unia bankowa pomoże rozwiązać problemy strefy euro to błąd. Ona może je pogłębić. Większa integracja organów regulacyjnych nie stanowi ekonomicznego panaceum, ale grozi kryzysami – przekonuje brytyjski ekonomista, prof. Avinash Persaud, z którym rozmawialiśmy podczas Europejskiego Kongresu Finansowego w Sopocie.

Avinash Persaud


Obserwator Finansowy: Tyle mówi się o różnych scenariuszach ratowania strefy euro, ale z drugiej strony niemal nikt nie zadaje pytania, jak ewentualnie wyglądałoby jej rozwiązanie i jakie wiązałyby się z tym koszty. To dość zastanawiające, bo może rozwiązanie strefy euro nie jest wcale tak strasznym wariantem? Kiedyś euro nie istniało, a Europa jakoś funkcjonowała…

Prof. Avinash Persaud: W przypadku polityków wcale nie dziwi mnie to, że pomijają wątek ewentualnego rozwiązania strefy euro. Boją się po prostu, że głośne mówienie o istnieniu takiego scenariusza koniec końców może ten scenariusz tylko uprawdopodobnić. Są w strachu, że zadziała mechanizm samospełniającej się przepowiedni a rozwiązanie Eurolandu byłoby przecież ich porażką.

A ekonomiści? Dlaczego milczą? Szukałem i trafiłem tylko na kilku odważnych…

Ekonomiści na pewno szacują koszty i prawdopodobieństwo różnych scenariuszy. Głośno mówią na przykład o zaletach i wadach sytuacji, w której jakiś kraj zdecydowałby się na opuszczenie strefy euro.

I jakie są zalety?

Sądzę, że niewielkie.

Wyjście Grecji ze strefy euro oznacza realne bankructwo tego kraju, czyli prawdziwą nauczkę na przyszłość. To jest zaleta nie do przecenienia.

A był pan ostatnio w Atenach?

Nie.

To powiem panu, że Grecy uczą się na własnych błędach i zrozumieli na czym polegały. Naprawdę mocno odczuli konsekwencje swojej nieodpowiedzialnej polityki. Mówię o zwykłych obywatelach. Bezrobocie skoczyło trzykrotnie, spadły pensje, zwiększyła się liczba ubogich… Oni generalnie rozumieją, że to są skutki ich działania, ich politycznych wyborów, roszczeń. Ale nie podoba im się fakt, że reformy i lekarstwa dyktują Grecji Niemcy i Francuzi, czyli obcy. W drugiej połowie lat 90. ubiegłego wieku państwa Azji, które właśnie wyszły z kryzysu finansowego, same narzuciły sobie restrykcyjną politykę budowania rezerw finansowych, żeby uniknąć właśnie tego scenariusza, że ktoś z zewnątrz im rozkazuje.

Jakie są wady opuszczenia strefy euro przez kraj mający problemy?

Zostańmy przy przykładzie Grecji. Problemem tego kraju jest obecnie dług. Co by się stało, gdyby Grecy wrócili do swojej narodowej waluty? Byłoby tylko gorzej, bo dług denominowany jest w euro, a nie w narodowej walucie, która zostałaby przecież zdewaluowana. Dług w efekcie by wzrósł i bankructwo stałoby się koniecznością. Tyle, że to bankructwo byłoby dla Grecji tragiczne, bo jaki inwestor zaufałby bankrutowi? I to bankrutowi, który nie ma przyjaciół?

W jaki sposób Grecja odbudowałaby swoją wiarygodność? Na szczęście w teorii bankructwo można przeprowadzić także bez wystąpienia ze strefy euro. Grecja mogłaby liczyć wtedy na fundusze pomocowe, dzięki którym łatwiej byłoby przywrócić zaufanie inwestorów i dopływ pieniądza na tamten rynek. Ale żeby takie bankructwo, w pełnym tego słowa znaczeniu, było w ramach Eurolandu możliwe w praktyce, trzeba zmian w unijnym prawie. Dotąd ich nie wprowadzono.

Czy nie jest tak, że gdyby zbankrutował kraj wewnątrz Eurolandu, inwestorzy odwróciliby się od euro jako od waluty, a jej kurs poleciałby na łeb na szyję?

Właśnie w tym tkwi sedno tej sprawy – rynek umie odróżnić kwestię waluty od problemu zadłużenia. To zaś umożliwia wprowadzenie opcji bankructwa wewnątrz euro, ponieważ rynek nie odwróci się wtedy od waluty i nie posypią się finanse poszczególnych państw, czy system bankowy. Kiedyś nie było to oczywiste. Gdyby zapytał mnie pan dwa lata temu, co się stanie z kursem euro, powiedziałbym, że z czasem osłabnie razem z unią walutową. Tymczasem euro nie tylko nie osłabło, ale wobec niektórych walut nawet się wzmacnia, pozostając walutą silniejszą od dolara.

Pomówmy o instytucjonalnych rozwiązaniach, które zamierza wdrożyć Unia Europejska, żeby ratować euro. Np. o unii bankowej. Dobry pomysł?

Zły.

Wszyscy zdają się twierdzić coś wręcz przeciwnego. Jednolity nadzór nad sektorem bankowym zapewni Europie stabilność.

Harmonizacja bywa bardzo korzystna – np. jestem w Polsce i dzięki harmonizacji stawek roamingowych, nie muszę wydawać fortuny na połączenia zagraniczne. Jednak w niektórych sektorach harmonizacja dobra nie jest. Zakładanie, że unia bankowa pomoże rozwiązać problemy strefy euro to błąd. Ona może je pogłębić, zwiększając ryzyko systemowe. Większa integracja organów regulacyjnych nie stanowi ekonomicznego panaceum, ale wręcz grozi kryzysami. Dlaczego?

Są takie dziedziny, gdzie konieczna jest różnorodność. Unia Europejska funkcjonuje dzięki temu, że poszczególne kraje członkowskie wnoszą coś swoistego. W przypadku polityki pieniężnej i nadzoru bankowego potrzeba właśnie różnorodności, a nie centralnego ujednolicenia.

Na razie porusza się Pan na dość wysokim poziomie abstrakcji. Dlaczego konkretnie unia bankowa to zły pomysł?

Euroland, jak każda unia walutowa, charakteryzuje się tym, że obowiązują w niej jednolite stopy procentowe. Każda gospodarka – mała, czy duża – musi sobie z tym radzić. Załóżmy, ze Polska znajduje się już w strefie euro. Wasz rynek nieruchomości kwitnie, ale w sąsiednich Niemczech panuje stagnacja. Co robi Europejski Bank Centralny? Bierze pod uwagę sytuację w najważniejszej gospodarce Unii, czyli w Niemczech i obniża stopy procentowe, żeby zwiększyć akcję kredytową. Co się dzieje w Polsce? Rynek nieruchomości, który kwitł, teraz wręcz puchnie od rosnących cen i zamienia się w bańkę.

Bańka pęka i Polska pogrąża się w kryzysie. Unia bankowa, czyli scentralizowany europejski nadzór bankowy, nie będzie w stanie zapobiec takiej sytuacji. Co innego nadzory krajowe, które znając lokalną specyfikę i wiedząc, w którym miejscu cyklu koniunkturalnego jest krajowa gospodarka, mogą korygować politykę EBC.

W odpowiedzi na zbyt niskie stopy procentowe wystarczy, że zwiększą np. wymogi kapitałowe, czy płynnościowe wobec banków. Albo zaostrzą kryteria udzielania kredytów. Sposobów jest wiele. Centralny nadzór krajowy jest więc dobry, ale fundamentalistyczna teza, że centralny nadzór na szczeblu unijnym będzie lepszy jest z gruntu fałszywa.

Wszystko wskazuje na to, że unia bankowa jednak powstanie.

To będzie błąd. Oczywiście takie rozwiązanie jest na rękę samym bankom, bo ogranicza ich koszty związane z koniecznością dostosowania się do różnych środowisk regulacyjnych. Ale przecież nie stanowimy prawa dla dobrobytu banków, a dla dobrobytu całej gospodarki.

Czy jest Pan także przeciwny europejskiej unii fiskalnej?

Sądzę, że akurat aparat fiskalny na centralnym europejskim poziomie to rzecz pożądana, ale z całą pewnością nie w obecnych warunkach. Teraz sytuacja jest taka, że organem decyzyjnym w Unii jest Komisja Europejska, a więc całkowicie niedemokratyczne ciało. Byłoby szczytem nonszalancji oddawać uprawnienia fiskalne osobom, które nie ponoszą politycznej odpowiedzialności za swoje działania. Tylko demokratycznie wybrana instytucja europejska może zajmować się europodatkami.

Jaka?

Na przykład Parlament Europejski. Od wielu lat jako ekspert współpracuję z PE i wiem, że zaczynał jako nieefektywne, chaotyczne zbiorowisko europosłów. Ale z czasem ewoluował, zyskując coraz większe kompetencje, zwłaszcza jeśli chodzi o nadzór nad procesem legislacyjnym i opiniowanie projektów, czy w kwestiach budżetowych. Teraz to naprawdę efektywna instytucja. W Europie panuje deficyt demokracji, w którym zakorzenione jest poparcie dla ruchów eurosceptycznych. Gdyby Parlament Europejski stał się wiodącą instytucją UE, nadrzędną wobec Komisji Europejskiej, tej demokracji byłoby więcej.

I wtedy unia fiskalna byłaby możliwa?

Już jest możliwa, ale wtedy zyskałaby może przychylność mieszkańców UE.

Intuicja mówi mi, że sprawy zaszły tak daleko, że jakakolwiek dalsza integracja Unii Europejskiej będzie raczej krytykowana niż wspierana przez obywateli. Mówimy w Polsce o przystąpieniu do strefy euro, zastanawiamy się, czy to się opłaca, ale właściwie dlaczego zwykli Polacy mają odnosić się do unii walutowej pozytywnie? Przecież ewentualne wstąpienie do niej wiąże się z kosztami w postaci obligatoryjnego pomagania zadłużonym krajom. Nikt nie chce płacić za czyjeś grzechy.

Ale to pomaganie nie jest objawem altruizmu. Tak naprawdę pomagamy sobie, europejskiemu systemowi bankowemu. To chronienie go przed bankructwem. Te argumenty o zmuszaniu do pomagania są trochę demagogiczne. Jest natomiast bardzo istotny argument za przyjęciem euro. Proszę zadać sobie pytanie, dlaczego w ogóle powstała unia walutowa w Europie? Kiedyś najważniejszą walutą kontynentalnej Europy była marka. Właściwie wszystkie inne waluty były jakoś od niej uzależnione i w praktyce europejskim systemem pieniężnym kierował Bundesbank, czyli Niemcy.

Inne kraje były tego świadome i z tego faktu niezadowolone – unia walutowa okazała się sposobem na uzyskanie realnego wpływu na politykę pieniężną. Owszem, członkowie strefy euro nie mogą prowadzić niezależnej polityki pieniężnej, ale przynajmniej zasiadają przy stole, przy którym podejmowane są decyzje ich dotyczące. Kraje, które – jak Polska – są poza strefą euro, posiadają waluty uzależnione od decyzji EBC, ale nie mają na te decyzje żadnego wpływu. Lepiej jest także mieć liczący się głos w debacie o przyszłości strefy euro niż go nie mieć.

A ta debata się kiedyś skończy? Zostanie przekuta na czyny?

Jesteśmy w połowie drogi. Proszę pamiętać, że chodzi tu o kwestie, co do których zgodzić się musi 28 krajów, a to jest niezwykle trudne zadanie. Bardzo ważne, żeby rozwiązania, które będą ostatecznie wdrożone opierały się na realnej odpowiedzialności. Inaczej Europa nie będzie stabilna. To oparcie rozwiązań na odpowiedzialności jest o tyle niepewne, że politycy nie są już przywódcami, ale raczej menedżerami ludzkich emocji. Często podejmują decyzje bazując na rachunku, który bierze pod uwagę właśnie popularne emocje, jakie one wywołają – bo to przekłada się na głosy w krajowych wyborach.

Rozmawiał Sebastian Stodolak

Prof. Avinash Persaud – brytyjski ekonomista, pracownik naukowy wiodących brytyjskich uczelni i think-tanków – Cambridge, London School of Economics, Gresham College. Wcześniej przez 15 lat był analitykiem finansowym, dyrektorem w J.P. Morgan, State Street i UBS.



Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły