Niskie bezrobocie i inflacja komplikują prowadzenie polityki gospodarczej

05.11.2018
Gospodarka Stanów Zjednoczonych jest pod wieloma względami w świetnym stanie. Wzrost PKB ma szansę osiągnąć w tym roku około 3 proc., a stopa bezrobocia spadła do imponująco niskiego poziomu 3,7 proc.


Od grudnia 2015 roku Rezerwa Federalna podnosi oficjalną stopę procentową. Takie działania bankowców centralnych przypominają kręcenie kurkami przy nalewaniu wody do kąpieli, tyle że w skali kraju. Wymaga to lekkiej ręki. Nadmiar zimnej wody, w postaci wyższych stóp procentowych, będzie dławić popyt, a tym samym tworzenie miejsc pracy. Natomiast jeśli nalejemy za dużo „gorącej wody”, wzrost inflacji pochłonie część siły nabywczej konsumentów. Chodzi więc o uzyskanie optymalnej „temperatury”, przy której zatrudnienie jest możliwie wysokie, natomiast inflacja pozostaje niska.

Nikt jednak nie wie, jaka „temperatura” jest optymalna, co stwierdził przewodniczący Rezerwy Federalnej Jerome Powell. Decydenci muszą zgadywać, jaki jest poziom „pełnego zatrudnienia”, albo kiedy „luka popytowa” (różnica między rzeczywistą produkcją a długoterminowym potencjałem) wynosi zero. Na poziom inflacji i zatrudnienia mają wpływ przejściowe wstrząsy i zmiany strukturalne, a także polityka gospodarcza. Przy czym wszelkie błędy ujawniają się dopiero z czasem. To tak, jakby osoby ustalające wysokość stóp procentowych musiały ustawiać przepływ gorącej i zimnej wody nie wiedząc nie tylko jaka temperatura jest najlepsza do kąpieli, ale także, jak ciepła jest woda już znajdująca się w wannie ani w końcu, kiedy kąpiel w ogóle nastąpi.

USA: Deficyt handlowy, liczba miejsc pracy i płace w górę

Typowania decydentów ewoluują. Sześć lat temu centralny szacunek stopy bezrobocia wśród członków Federalnego Komitetu do spraw Operacji Otwartego Rynku (Federal Open Market Committee – FOMC), czyli organu ustalającego stopy procentowe, wskazywał, że na dłuższą metę stopa bezrobocia osiądzie na poziomie 5,6 proc. Dziś ten szacunek wynosi 4,5 proc. Słaby wzrost wydajności skłonił członków FOMC także do obniżenia szacunkowej wartości długoterminowej stopy wzrostu gospodarczego w Stanach Zjednoczonych z 2,5 proc. w 2012 roku do 1,9 proc.

Toczą się liczne dyskusje na temat tego, czy mieli rację, dokonując tej zmiany. Zdaniem niektórych ekonomistów decydenci zbyt szybko uznali, że katastrofalne tempo wzrostu notowane po kryzysie finansowym wyznacza nową normę. W jednej z opublikowanych niedawno prac pojawiła się sugestia, że standardowe sposoby szacowania potencjału gospodarki są pod nadmiernym wpływem okazjonalnych potknięć. Inni uważają, że podgrzewanie gospodarki może prowadzić do pobudzenia innowacji zwiększających wydajność, ponieważ wzrost płac zmusza firmy do szukania oszczędności w zakresie kosztów pracy. Na co sceptycy odpowiadają, że tempo wzrostu wydajności zaczęło zwalniać już przed kryzysem, a więc, że nie ma to związku z warunkami na rynku pracy.

Ponieważ mandat Rezerwy Federalnej odnosi się do poziomu zatrudnienia, a nie do produkcji, członkowie FOMC muszą rozważać problem sformułowany w nieco węższy sposób: co to jest pełne zatrudnienie? W ciągu minionych kilku lat podstawowe  pytanie w tym zakresie brzmiało: dlaczego pomimo spadku stopy bezrobocia inflacja tak uparcie utrzymuje się na niskim poziomie? Jastrzębie, czyli zwolennicy twardej polityki pieniężnej, uważają, że narasta ukryta presja inflacyjna; gołębie – że za oficjalną stopą bezrobocia nadal kryją się niewykorzystane zasoby siły roboczej.

Do niedawna przewagę w debacie miał obóz gołębi. Zgodnie z najbardziej oczywistą interpretacją tak niskiego poziomu bezrobocia, na rynku pracy nie mogło dojść do znacznej poprawy warunków bez powstania presji na wzrost stawek płac. Jednak rynek wchłaniał nie tylko osoby szukające pracy, ale również te, które wcześniej zgłaszały, że nie poszukują pracy, lub które pracowały w mniejszym wymiarze godzin, niż chciały.

Obecnie coraz trudniej jest dowodzić, że na rynku pracy wciąż istnieją ukryte niewykorzystane zasoby. Dane pokazują, że odsetek Amerykanów odchodzących z pracy w poszukiwaniu lepszych perspektyw jest najwyższy od 2001 roku. Na każdą nową ofertę pracy przypada zaledwie 0,82 nowych zatrudnionych i 0,9 bezrobotnych szukających stanowiska. Wszystkie główne miary niedostatecznego wykorzystania zasobów siły roboczej ogłaszane przez Amerykańskie Biuro Statystyki Pracy (U.S. Bureau of Labor Statistics) są równe lub niższe od minimalnego poziomu sprzed kryzysu i są zbliżone do wartości notowanych w szczycie boomu dotcomów.

Dane również potwierdzają stanowisko jastrzębi. Inflacja od miesięcy pozostaje powyżej oficjalnego celu. Rośnie inflacja bazowa (po wyłączeniu cen żywności i energii), ogólnie uznawana za miarę inflacji bardziej użyteczną w prognozowaniu. Według badania przeprowadzonego przez Uniwersytet Michigan, oczekiwania inflacyjne również wydają się lekko rosnąć. Wygląda na to, że przyspiesza nawet tempo wzrostu średnich godzinowych stawek wynagrodzenia.

Olivier Blanchard z Peterson Institute for International Economics (Instytut Ekonomii Międzynarodowej Petera G. Petersona) wskazuje, że w ciągu ostatnich dziesięcioleci inflacja stała się mniej zależna od stopy bezrobocia, a w związku z tym jest mniej użyteczna jako oznaka osiągnięcia przez gospodarkę pełnego zatrudnienia. Niemniej Blanchard uważa, że rynek pracy dostarcza obecnie dość mocnych dowodów na to, że gospodarka jest bardzo bliska pełnego zatrudnienia, w związku z czym niedługo nie będzie nad czym deliberować.

Obserwowane tendencje można uważać za potwierdzenie słuszności przyjętego przez członków FOMC podejścia do stóp procentowych. W miarę tego, jak gospodarka wydaje się rozgrzewać, ustawiają oni kurki w położeniu, które uznają za neutralną. Jak dotąd udało im się nie przesadzić. Niektórzy wzywali do szybszego działania, obawiając się powtórki z lat 70., kiedy powstała wzajemnie wzmacniająca się spirala inflacji i oczekiwań inflacyjnych.

Zasadność ewentualnych gratulacji dla decydentów zależeć będzie od tego, czy obserwowane  tendencje będą  kontynuowane. Jeśli tak się stanie, debata między jastrzębiami i gołębiami nie zakończy się, ale z pewnością zmieni charakter. Bankom centralnym udało się zaszczepić społeczeństwu oczekiwanie niskiej inflacji, co oznacza, że ​​przynajmniej na razie wszelkie obawy o szybki wzrost cen wydają się bezpodstawne. Może to jednak oznaczać, że ryzyko przegrzania gospodarki zmalało. Innymi słowy, im bardziej stanowcze obietnice bankowców centralnych co do kontrolowania inflacji, tym bardziej kuszące może być ich złamanie. To wystarcza, aby zapragnąć długiej, gorącej kąpieli.

Niniejszy artykuł ukazał się w dziale „Finanse i ekonomia” papierowego wydania The Economist pod tytułem „Robi się gorąco”.

© [2018] The Economist Intelligence Unit Limited

Wszystkie prawa zastrzeżone. Artykuł opublikowany na licencji, tłumaczenie NBP. Oryginał w j. angielskim znajduje się w bazie www.viewswire.com.

 


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły