Rogoff: Czas zakończyć finansowy wyścig zbrojeń

18.09.2012
Ludzie często pytają czy organy nadzorcze i ustawodawcze usunęły z systemu finansowego usterki, które pchnęły świat na skraj drugiego Wielkiego Kryzysu. Ryzyko katastrofy jest obecnie mniejsze, ale odpowiedź na postawione pytanie brzmi „nie” – uważa ekonomista Kenneth Rogoff.

(fot. Project Syndicate/ opr. DG/OF)


To prawda, że zagrożenie, iż wkrótce mogłoby ponownie dojść do ostrego krachu, podobnego do tego z 2008 roku, jest znacznie mniejsze, ponieważ większość inwestorów, organów nadzoru, klientów, a nawet polityków będzie przez jakiś czas miało w pamięci śmiertelne niebezpieczeństwo, jakie zawisło nie tak dawno nad światowymi finansami. W związku z tym, lekkomyślne zachowania nie wezmą jeszcze na razie górę.

Nie oznacza to jednak wcale, że doszło do jakichś fundamentalnych zmian na dużą skalę. Akty prawne i przepisy, które organy ustawodawcze i nadzorcze stworzyły w odpowiedzi na kryzys, w przeważającej mierze służą utrzymaniu dotychczasowego status quo. Politycy i nadzorcy nie mieli ani dość politycznej odwagi, ani intelektualnego przekonania, które byłyby niezbędne do powrotu do bardziej przejrzystego i prostszego systemu.

Podczas swojego wystąpienia na corocznej elitarnej konferencji banków centralnych w Jackson Hole Andy Haldane z Banku Anglii z zapałem apelował o powrót do większej prostoty w przepisach bankowych. Haldane słusznie zauważył, że przepisy bankowe, będące kiedyś zbiorem nielicznych, bardzo konkretnych wytycznych z czasem ewoluowały, stając się oszałamiająco skomplikowanymi algorytmami statystycznymi, które służą do pomiaru ryzyka oraz określania współczynnika kapitał – aktywa.

Można powiedzieć, że złożoność przepisów rośnie w postępie geometrycznym. Wprowadzona w 1933 roku w Stanach Zjednoczonych ustawa Glassa-Steagalla liczyła zaledwie 37 stron i służyła utrzymywaniu stabilności na rynkach finansowych przez prawie siedem dziesięcioleci. Przyjęta niedawno Wall Street Reform and Consumer Protection Act czyli tzw. ustawa Dodda-Franka liczy 848 stron i wymaga od organów nadzorczych wyprodukowania kilkuset dodatkowych dokumentów, dostarczających jeszcze bardziej szczegółowych regulacji. Łącznie, cały ten zbiór może wkrótce osiągnąć 30 000 stron.

>czytaj też: Duszenie finansowej rewolucji w USA

Jak zauważa Haldane, nawet słynna „zasada Volckera”, która miała na celu lepsze rozgraniczenie zwykłej działalności komercyjnej banków od bardziej ryzykownej działalności na rachunek własny tzw. proprietary trading, została w dużym stopniu stępiona w trakcie procesu legislacyjnego. Prosta idea byłego przewodniczący Rezerwy Federalnej została uzupełniona i rozmyta na setkach stron wypełnionych prawniczym żargonem.

Przynajmniej jednak sam problem jest prosty: w miarę jak finanse stawały się coraz bardziej złożone, organy nadzorcze starając się nadążać za zmianami, wprowadzały coraz bardziej skomplikowane przepisy. Niedofinansowane agendy rządowe nie mają jednak szans na wygranie tego wyścigu zbrojeń.

Już w latach 90., przedstawiciele organów nadzorczych prywatnie przyznawali, że mają trudności z zatrzymaniem pracowników, którzy nadążają z rozumieniem dynamicznie ewoluującego rynku instrumentów pochodnych. Asystenci biorący udział w badaniach i mający roczne doświadczenie w pracy z instrumentami pochodnymi mogli liczyć na propozycje pracy w sektorze prywatnym z pięciokrotnie wyższą pensją, niż mogłyby im zaoferować agendy rządowe.

Mniej więcej w tym samym czasie, w połowie lat 90. zaczęły pojawiać się prace naukowe, których autorzy sugerowali, że jedynym skutecznym sposobem regulacji działania nowoczesnych banków, jest jakaś forma samoregulacji. Pozwólmy bankom wypracować ich własne systemy zarządzania ryzykiem i kontrolujmy je w najmniejszym możliwym stopniu, a następnie, jeśli przekroczą uzgodnione parametry strat, każmy je surowo.

Wielu ekonomistów twierdziło wówczas, że te pomysłowe modele nie są wolne od błędów, ponieważ groźba kary nie jest wiarygodna, szczególnie w przypadku, jeśli nastąpiłoby załamanie, które dotknęłoby znaczną część systemu finansowego. Jednak prace, w których prezentowano podobne pomysły i tak były publikowane, a proponowane w nich rozwiązania wprowadzano w życie. Konsekwencji takich działań nie trzeba chyba opisywać.

Najbardziej przejrzysty i najskuteczniejszy sposób uproszczenia przepisów przedstawiła w serii swoich ważnych prac Anat Admati z Uniwersytetu Stanforda (wspólnie z Peterem DeMarzo, Martinem Hellwigiem i Paulem Pfleidererem). Ich główne założenie sprowadzało się do tego, że firmy finansowe powinny zostać zmuszone do finansowania swojej działalności w bardziej zrównoważony sposób i nie powinny nadmiernie polegać na finansowaniu się długiem.

Admati i jej koledzy proponują, aby firmy finansowe zwiększyły kapitały własne poprzez zatrzymanie zysków, albo, w przypadku spółek giełdowych, przez emisje akcji.

Jeśli natomiast zostanie zachowane status quo banki dalej będą igrały z ogniem utrzymując minimalne wielkości kapitałów własnych i finansując się długiem w znacznie większym stopniu niż firmy spoza sektora finansowego. Niektóre duże firmy, jak Apple, praktycznie nie mają bowiem zadłużenia. Większe kapitały własne dałoby bankom dużo większe możliwości absorpcji strat.

Przedstawiciele branży finansowej twierdzą, że wysiłki zmierzające do zwiększenia funduszy własnych, spowodowałyby ograniczenie akcji pożyczkowej, co jest po prostu nonsensem w kontekście utrzymania ogólnej równowagi. Rządy jednak okazały się bardzo ostrożne we wprowadzaniu tego typu rozwiązań i przepisy Bazylei III są jedynie niewielkim kroczkiem w kierunku rzeczywistych zmian.

Przeprowadzenie reformy sektora finansowego w warunkach stagnacji światowej gospodarki, nie jest oczywiście zadaniem łatwym, ponieważ istnieją obawy, iż zmiany takie mogłyby zakłócić akcję kredytową i obrócić i tak powolnie przebiegający proces uzdrawiania w pełnoobjawową recesję. Winę za obecną inercję ponoszą też częściowo teoretycy, z których wielu nadal broni zgrabnie napisanych, jednak zawierających poważne usterki modeli idealnie działających rynków, które stwarzają iluzję bezpieczeństwa dla systemu, który tak naprawdę jest bardzo narażony na ryzyko.

Modny obecnie pomysł zezwolenia bankom na emisję tzw. kapitału warunkowego (czyli obligacji zamiennych, które stają się akcjami w przypadku kryzysu systemowego) nie jest bardziej wiarygodny niż obietnice, że w razie kryzysu banki zostaną surowo ukarane. Prostszy i bardziej przejrzysty system, doprowadziłby w końcu do pobudzenia akcji pożyczkowej i zwiększenia, a nie zmniejszenia stabilności. Najwyższy czas, aby na rynkach finansowych znów zagościł rozsądek.

Autor jest profesorem ekonomii i polityki publicznej na Uniwersytecie Harvarda, był głównym ekonomistą MFW.

Copyright: Project Syndicate, 2012

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test