Winne nie są stress – testy, ale brak na nie reakcji

15.12.2011
Rozwiązanie europejskich problemów wymaga ogólnoeuropejskiego systemu gwarancji dla banków, a także użycia potężnej "bazooki” na zadłużenie publiczne, oraz ostrzejszego nadzoru bankowego na poziomie Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego (EBA). EBA jest poważnie krytykowana, ale większość negatywnych opinii wynikała nie ze szlachetnych pobudek, ale z interesów grup lobbingowych.

PAP


Utworzony zaledwie kilka miesięcy temu Europejski Urząd Nadzoru Bankowego (EBA) został bardzo poważnie skrytykowany. Zdaniem wielu obserwatorów przeprowadzone latem tego roku testy stresu nic nie dały, a wprowadzony w październiku wymóg zwiększenia stosunku kapitału banku do aktywów obarczonych ryzykiem rodzi obawy, że dojdzie do poważnych problemów z kredytowaniem.

W naszym przeświadczeniu te krytyczne oceny są nietrafne. Analitycy, podobnie jak wielokrotnie czynią to przedstawiciele różnorakich władz, zabijają posłańca, ponieważ nie podoba im się przyniesiona przez niego wiadomość.

Zarzut pierwszy: lipcowe stress-testy były „z istoty wadliwe”

W przekonaniu wielu analityków przeprowadzone w lipcu testy były zbyt delikatne, przede wszystkim z tego powodu, że gdy je opracowywano, nie zakładano wariantu, w którym Grecja nie będzie w stanie obsłużyć swojego zadłużenia publicznego. Uwaga jest jednak nietrafna. Dzięki stress-testom przygotowanym przez EBA dokonał się ogromny postęp, ponieważ ujawniły one wiele nowej wiedzy o sytuacji banków. Po raz pierwszy inwestorzy mogli uzyskać kompletne informacje na temat ekspozycji każdego banku z podziałem na rodzaje walorów (w zależności od państw, rodzajów dłużników i terminów zapadalności papierów dłużnych). Ujawniono ponadto ponoszone przez poszczególne instytucje koszty pozyskiwania kapitału, zarówno we wcześniejszych okresach, jak i przy przyjęciu scenariusza z niesprzyjającą zmianą sytuacji.

Informacje te w wielkim stopniu wpłynęły na notowania akcji w dniach bezpośrednio następujących po publikacji. Na podkreślenie szczególnie zasługuje fakt, że w ciągu trzech dni od publikacji danych (do 21 lipca, kiedy zawarto porozumienie w sprawie strat wywołanych przez greckie zadłużenie) ceny akcji banków przetestowanych wzrosły znacznie bardziej niż tych, których testom nie poddano.

Niezmiernie istotne jest to, że zwyżki odnotowane przez poszczególne banki poddane testom mniej więcej w połowie można tłumaczyć wpływem kilku prostych wskaźników informujących o zyskowności i odporności banku. Wartości tych wskaźników są pochodną danych ukazanych podczas stress-testów, dotyczących m.in. odpowiedniego stosunku kapitału własnego banku do aktywów obarczonych ryzykiem, stopnia wzrostu strat z powodu kredytów i kosztów pozyskiwania kapitału w scenariuszu zakładającym niekorzystny rozwój wydarzeń oraz stopnia pokrycia złych kredytów pod koniec 2012 roku.

Koszty pozyskiwania kapitału należą do najważniejszych zmiennych wpływających na notowania akcji banku i jego kondycję. To dość oczywiste, ponieważ europejskie banki cechują się olbrzymimi lukami finansowymi (to różnice między wielkością kredytów a sumą depozytów i innych detalicznych źródeł przychodów), przez co wysokość ich marż odsetkowych w wielkim stopniu zależy od rynkowych stawek oprocentowania. Z tego powodu wyniki stress-testów, którym poddano europejskie banki, okazały się pozytywne jeśli chodzi o wielkość kapitału, ale niepokojące w wypadku zyskowności, co ujawnia nawet zwykła analiza jakościowa.

Z tych powodów jesteśmy przekonani o skuteczności stress-testów. Ujawniły bowiem prawdziwą piętę Achillesową wielu europejskich banków, mianowicie nadmierne uzależnienie od tzw. funduszy hurtowych. Kto chce poznać więcej szczegółów, niech pyta o nie w spółce Dexia.

Zarzut drugi: stress-testy EBA ustępowały testom FED-u

Nie ulega wątpliwości, że europejskie testy – w przeciwieństwie do badań przeprowadzonych w USA – nie uśmierzyły niepokoju panującego na rynku. Wygląda na to, że w tym wypadku krytycy mają słuszność. W szczególności można postawić następujące pytania:

– Dlaczego wyniki pierwszych stress-testów uspokoiły zlęknionych inwestorów, chociaż panika była powszechna, przez co przyhamowano spadek notowań akcji banków?

– Dlaczego trzeba było ratować spółkę Dexia, mimo że jednoznacznie orzeczono, że jest w dobrej kondycji, gdy brać pod uwagę adekwatność kapitałową?

– Dlaczego już po trzech miesiącach zmuszono EBA do przeprowadzenia nowych „pseudo stress-testów”, w których skupiano się wyłącznie na posiadanych przez banki pakietach obligacji rządowych i przyjęto uproszczony zestaw założeń?

Odpowiedzi na te pytania uzyskamy, porównując testy europejskie z badaniami przeprowadzonymi w USA w 2009 roku w ramach programu Supervisory Assessment Capital Program. Przyjąwszy wyniki testów, amerykańska administracja rządowa zareagowała na nie z pełnym zaangażowaniem. Nakazała bankom posiadającym niedostateczne zasoby kapitałowe szybko zebrać dodatkowe fundusze, w razie konieczności je udostępniając. A poza tym zapewniono inwestorów, że w razie konieczności udostępniony zostanie kapitał publiczny.

Rządy państw europejskich nie doszły w tej kwestii do porozumienia i nie zareagowały dostatecznie konkretnie. Co gorsza, wydaje się, że nadal popełniają te same błędy. Decyzja podjęta przez szczyt unijny pod koniec października oraz późniejsze oświadczenia przywódców państw strefy euro nadal świadczą o ograniczonej gotowości zatwierdzenia wyników stress-testów przez dopuszczenie możliwości wykorzystania pieniędzy podatników. Dotyczy to nawet tych skorygowanych testów, uwzględniających większe straty z powodu obligacji rządowych.

Zarzut trzeci: zwiększenie relacji kapitału banku do aktywów ogranicza kredytowanie

Argument ten można odwrócić. Także w tym wypadku problem polega na tym, że zamrożony został europejski rynek obligacji, przez co już zostały poważnie ograniczone możliwości pozyskiwania funduszy i zaczyna się kryzys kredytowy. Wystarczy przypomnieć, że w 2011 roku banki europejskie sprzedały niezabezpieczone obligacje o wartości 413 mld dol. To zaledwie dwie trzecie z 654 mld dol, które należy zwrócić inwestorom w tym roku. Brakuje więc 241 mld dol.

Gdy doda się do tego obligacje zabezpieczone (covered bonds), luka finansowa zmniejszy się do 144 mld dol, ale wiele jeszcze brakuje do tego, aby została zlikwidowana. Analitycy z banku Morgan Stanley szacują, że w przyszłym roku potrzeba będzie terminowego finansowania w wysokości około 700 mld euro, aby obsłużyć istniejące zobowiązania. To przerażająca kwota w kontekście skali emisji obligacji od czerwca do października 2011 roku, kiedy średnie miesięczne wpływy były znacznie poniżej 20 mld euro.

 


Kryzys kredytowy już się rozpoczął. Ten proces będzie można powstrzymać i cofnąć tylko wtedy, gdy banki będą mogły szybko ponownie działać na rynkach jak zwykle. Zdaje się, że EBA doskonale sobie z tego zdaje sprawę. Andrea Enria, prezes tej instytucji, stwierdził bowiem niedawno: „To, że na razie próby podejmowane przez EBA w celu wzmocnienia kapitałowego banków są jedynymi, o których informowano opinię publiczną, napawa nas prawdziwym niepokojem”.

Nawet w komunikacie dla prasy, w którym ogłoszono pakiet „rekapitalizacyjny”, stwierdzono wyraźnie: „To, że Europejski Bank Centralny rozumie potrzeby banków, którym niezbędne jest krótkoterminowe finansowanie, i udziela wsparcia, nie wystarczy. Przywrócenie funkcjonowania rynku terminowego finansowania bez zabezpieczeń wymaga dodatkowych działań. Ta pomoc pozwoli bankom nadal udzielać pożyczek w 2012 roku, przyczyni się także do uniknięcia spirali wymuszonego delewarowania i wynikających z niej kryzysów kredytowych, które zaszkodziłyby gospodarce”.

Te niezbędne w przekonaniu EBA „dodatkowe działania” nie ograniczają się do wymogu zwiększenia kapitału banków. Instytucja ta nakłaniała Radę Unii Europejskiej (szczyt Unii) nie tylko do przyjęcia programu zwiększenia kapitalizacji banków, ale również do promowania zintegrowanych gwarancji terminowego finansowania. Namawiała też do zerwania powiązania między bankami a obligacjami rządowymi poprzez zapewnienie odpowiedniej bariery uniemożliwiającej rozlanie się kryzysu z państw obrzeży obszaru euro. Zatwierdzono tylko pierwszy z tych trzech programów, czego skutkiem jest pozbawiony odpowiedniego zrównoważenia (i przypuszczalnie nieskuteczny) przepis na uzdrowienie banków. Wzbudziło to wielkie zaniepokojenie nawet w EBA. W ten sposób to, co miałoby być stołkiem z trzema nogami, ma na razie zaledwie jedną nogę.

Zarzut czwarty: żądania EBA kolejnej kapitalizacji są „absurdalne”

Krytycy wysuwający ten argument nie biorą pod uwagę faktu, że europejskie banki mają mniej kapitału niż konkurujące z nimi firmy amerykańskie. Z danych dotyczących sytuacji w 2010 roku wynika, że w wypadku sześciu banków amerykańskich zajmujących pierwsze miejsca na liście instytucji o najwyższym wskaźniku Tier 1 średni stosunek kapitału do aktywów obarczonych ryzykiem wynosił 13,2 proc. W przypadku ich odpowiedników z UE było to 12,1 proc.

Gdy weźmie się pod uwagę dwanaście pierwszych banków unijnych, co może być uzasadnione ze względu na większe rozdrobnienie ich w Europie, wskaźnik ten wyniesie już tylko 11,4 proc. Kiedy przeanalizuje się wielkość dźwigni, różnica okaże się jeszcze bardziej uderzająca. Niektóre wielkie banki europejskie mają bazę kapitałową wynoszącą zaledwie 2 lub 3 proc. łącznej wartości ich aktywów.

Europejski system bankowy musi się uporać z dwoma palącymi problemami. W najbliższej przyszłości musi odzyskać zaufanie, aby mógł znów udzielać pożyczek. W średniej perspektywie czasowej zaś musi dokonać restrukturyzacji rozdmuchanych bilansów i przywrócić zyskowność. Zasadniczym elementem tego procesu jest metodyczna rekapitalizacja, a także wdrażanie innych programów opracowanych przez EBA. Jeśli banki po prostu odrzucą żądania wysunięte przez EBA, będą musiały desperacko poszukiwać funduszy hurtowych, a to w sytuacji, kiedy nie zdołają zredukować ryzyka ogromnego delewarowania i kryzysu kredytowego.

Jest jednak pewne prawdopodobieństwo, że banki zdołają zredukować wielkość aktywów ważonych ryzykiem (tym samym poprawiając wskaźnik Tier 1 mówiący o stosunku kapitału własnego do aktywów obarczonych ryzykiem) bez zmniejszania portfeli udzielonych kredytów. Wydawałoby się, że to rozwiązanie idealne, ale ono także się wiąże z pewnym ryzykiem.

Aby związać koniec z końcem, banki musiałyby w ciągu kilku najbliższych miesięcy zliberalizować wewnętrzne systemy zarządzania ryzykiem, opracowując je tak, by były do przyjęcia przy obowiązujących przepisach regulujących działanie branży. W ten sposób przy tej samej wielkości aktywów wymagana byłaby mniejsza ilość kapitału (oznacza to, że dzisiejsza ilość kapitału zostałaby w praktyce przemnożona, ponieważ aktywa byłyby obarczone mniejszym ryzykiem, a przez to zmieniłby się stosunek kapitału do aktywów ważonych ryzykiem).

Istnieje niebezpieczeństwo, że niektórzy przedstawiciele instytucji nadzorujących ustąpią pod presją wywieraną przez zwolenników takiego rozwiązania, ponieważ ten plan wydaje się dopuszczalnym kompromisem między koniecznością pokazania inwestorom, że banki wzmocniono, a dążeniem do tego, aby nie odprawiać z kwitkiem klientów starających się o pożyczkę.

Trzeba jednak pamiętać o ogromnym zagrożeniu, które może się pojawić w następstwie takiej nieuczciwej konkurencji między instytucjami nadzoru działającymi w poszczególnych państwach. Tworzony od dwóch dziesięcioleci za pomocą odpowiednich przepisów unijnych system równych zasad dla wszystkich graczy zostałby w poważnym stopniu uszkodzony od środka. Trzeba też brać pod uwagę, że inwestorzy błyskawicznie by się połapali, na czym polega ta sztuczka. A przecież wystarczy już rzeczy, z powodu których nie mają oni zaufania, dodatkowych powodów nie potrzeba!

Potrzeba większej integracji, a nie dezintegracji

Wszystkie podane wyżej fakty prowadzą do tej samej konkluzji. Obecne problemy na rynkach – nazywane niekiedy niechcianym skutkiem wprowadzenia euro – trzeba rozwiązywać poprzez zwiększanie integracji europejskiej, nie przez powrót do egoistycznego kierowania się interesami tylko własnego państwa. Należy dążyć do wprowadzenia paneuropejskiego systemu gwarancji dla banków, „potężnej bazooki” na zadłużenie publiczne, która nie okaże się pistoletem na kapiszony, oraz do ustanowienia ostrzejszego nadzoru bankowego na poziomie EBA. Warunkiem jest naturalnie podjęcie odpowiednich działań w Berlinie i Paryżu, jeśli tylko będzie to możliwe.

Większość krytycznych opinii wyrażonych o żądaniu wysuniętym przez EBA wynikała nie tyle ze szlachetnych pobudek osób martwiących się o przyszłość gospodarki europejskiej, ile z interesów pewnych grup uprawiających lobbing. Doskonale to niedawno ujął Robert Jenkins, zasiadający obecnie w Komisji ds. Polityki Finansowej w Banku Anglii: „Lobby bankowe zareagowało w ten sposób, że obwiniało Bazyleę. […] Krótko mówiąc, taktyka obrana w ostatnim okresie przez to lobby polega na tym, aby przekonać ekspertów, społeczeństwa i polityków, że przedwczesne nakłanianie do rozwagi i ostrożności zbyt mocno zaszkodzi gospodarce. To już nie jest zabawne. Ta strategia jest nieuczciwa pod względem intelektualnym i może się okazać szkodliwa”.

Marco Onado jest wykładowcą Uniwersytetu Bocconi w Mediolanie, był członkiem CONSOB, włoskiej instytucji zajmującej się regulowaniem włoskiego rynku papierów wartościowych (Komisja Papierów Wartościowych i Giełdy)

 

Andrea Resti jest wykładowcą Uniwersytetu Bocconi

 

Artykuł po raz pierwszy ukazał się w VoxEU.org (tam dostępna jest pełna bibliografia). Tłumaczenie i publikacja za zgodą wydawcy

 

 


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test