Atak robotów

02.06.2013
Świat oszalał na punkcie robotów przemysłowych, które gwarantują firmom większą wydajność i oszczędności. Polscy przedsiębiorcy jeszcze nie doceniają uroków pełnej automatyzacji, albo ich na nią nie stać. To się jednak zmieni – Polskę czeka atak robotów.

Robota DaVinci lekarze nie traktują jak zagrożenia własnych miejsc pracy lecz narzędzie, które może to, czego człowiek nie potrafi. (CC By NC ND pennstatenews)


Czy słyszeliście o Compressorhead? Nie? To najbardziej znany na świecie niemiecki coverband. Film, na którym zespół wykonuje utwór „Ace of Spades” z repertuaru brytyjskiej metalowej legendy Motorhead, od początku tego roku wyświetlono na portalu Youtube.com ponad 5,5 mln razy. Największym atutem Compressorhead jest perfekcja wykonania. Żadnej fałszywej nuty. Compressorhead świetnie sprawdziłby się na weselach – zwłaszcza, że jego członkowie nie piją alkoholu i w ogóle się nie męczą. Jest tylko jedna wada – brzmią trochę… sztucznie. Nic dziwnego – są robotami.

Ten zespół, zabawny eksperyment berlińskiego artysty, świetnie pokazuje pewien ogólny trend – zwiększającą się obecność robotów w naszym życiu. Najwyraźniej widać go oczywiście w gospodarce. Roboty, które jeszcze w pierwszej połowie XX w. znane było właściwie tylko z powieści Karela Čapka (to on pierwszy użył słowa robot), teraz coraz częściej zastępują przy taśmie produkcyjnej ludzi. Skala? Z danych Międzynarodowej Federacji Robotyki (International Federation of Robotics) wynika, że w 2011 r. sprzedano o 38 proc. więcej automatów niż w 2010 r. i ponad dwa razy więcej niż w 2001 r. W sumie w fabrykach świata pracuje obecnie ok. 1,3 mln robotów.

Produktywność przede wszystkim

Muzykujące berlińskie roboty mogą posłużyć za symbol niemieckich przemian. Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową opublikował w maju tego roku raport, w którym czytamy, że to właśnie niemiecka gospodarka jest najbardziej zautomatyzowana w Europie. W skali globu Niemcy są na trzeciej pozycji – za Koreą Płd. i Japonią. Mowa tu o tzw. gęstości robotyzacji, czyli liczbie robotów przypadającej na 10 tys. pracowników przemysłu. W Korei Płd. gęstość ta wynosi 347, w Niemczech 261, światowa średnia to 55, Polska znajduje się 41 oczek poniżej tej granicy. W polskim przemyśle działa ok. 7 tys. robotów, najwięcej w branży motoryzacyjnej.

(infografika Darek Gąszczyk)

Eksperci twierdzą, że nikły stopień robotyzacji polskiej gospodarki wynika z wciąż relatywnie niskiej ceny pracy w Polsce – zakup robota do małej i średniej wielkości firmy jest po prostu nieopłacalny. Jakie właściwie korzyści osiągają firmy, które na taką inwestycję się jednak decydują?

Chodzi przede wszystkim o produktywność. W przypadku produkcji samochodów (najczęściej używająca robotów branża) w grę wchodzą nawet kilkudziesięcioprocentowe jej wzrosty. Na przykład firma Hawthorne Metal Products, produkująca części samochodowe, po zainstalowaniu robotów pochwaliła się 125-procentowym wzrostem produktywności. To, co robotnicy robili w 6-8 godzin, maszyna potrafiła wykonać w 30 min., co z kolei zaowocowało wzrostem mocy przerobowych fabryki i zmniejszeniem jednostkowych kosztów produkcji.

Roboty pozwalają także producentom dbać o stabilną jakość produkcji, eliminując np. konieczność pracy na trzy zmiany. Trzecie zmiana – w związku ze zmęczeniem ludzi i ogólnym nocnym brakiem koncentracji – wiąże się zazwyczaj z największą liczbą usterek i niedoróbek. Często podkreśla się także, że roboty są idealne do zastępowania ludzi w pracach niebezpiecznych i przekraczających ich fizyczne możliwości.

Te wszystkie czynniki razem wzięte przyczyniają się do wzrostu produkcji. Aż 87 proc. przedsiębiorców, przepytanych na potrzeby raportu IBGR, stwierdziło, że wzrost produkcji w ich zakładach był efektem robotyzacji. Żadna z firm nie odnotowała spadku popytu na swoje produkty. Podkreśla się raczej, że idąca za automatyzacją poprawa jakości przyczynia się do zwiększenia sprzedaży.

Stopień robotyzacji danej gospodarki, co dość oczywiste, jest zazwyczaj pochodną stopnia jej industrializacji, rozwoju i innowacyjności.

Z raportu IBGR wynika, że zapóźnienie Polski pod względem automatyzacji przemysłu to jednocześnie oznaka potencjału naszego kraju w tej dziedzinie. Nawiasem mówiąc, w kontekście problemów demograficznych: starzejącego się społeczeństwa i dramatycznego spadku dzietności, roboty mogą odegrać rolę zbawienną, zapewniając polskiej gospodarce dodatkowe mechaniczne ręce do pracy.

– Biorąc pod uwagę aktualne światowe tendencje, należy oczekiwać, że w nadchodzących latach zapotrzebowanie polskiego przemysłu na roboty będzie ciągle wzrastać. Według prognoz światowy zasób robotów przemysłowych zwiększy się w latach 2011–2015 o 37 proc., a łącznie w Europie o 14 proc. – czytamy w dokumencie.

>>czytaj też: Roboty obniżają koszty, ale zmniejszają konsumpcję

Neoluddyzm

Obecnie jednak robotyzacja gospodarki rodzi strach o miejsca pracy. Jeżeli coraz więcej, nie tylko mechanicznych procesów produkcyjnych, lecz także tych, które wymagają podejmowania decyzji (np. nadzór na produkcją, zarządzanie zasobami) mogą przejąć roboty, to co stanie się z ludźmi, którzy te zajęcia wykonują obecnie? Pójdą „na bruk”?

Podobne obawy mieli angielscy rzemieślnicy u zarania rewolucji przemysłowej, w latach 1811-1813. Protestowali oni przeciwko używaniu w produkcji maszyn tkackich. Forma protestu: niszczenie krosien. Procesu mechanizacji nie udało im się zatrzymać i musieli się przebranżowić. Z kolei na przełomie XIX i XX w. w USA, gdy mechanizacja zaczęła obejmować także rolnictwo, odsetek pracujących na roli zmalał z ponad 41 proc. do 2 proc. Amerykanów. Niektórzy ekonomiści wieszczą, że wkrótce w równie rewolucyjny sposób zmaleje zatrudnienie w przemyśle i przynajmniej tymczasowo zwiększy się bezrobocie i spadną wynagrodzenia.

Na szczęście są to raczej odosobnione opinie katastrofistów. Większość naukowców oczywiście nie wyklucza, że bezrobocie wzrośnie, ale tylko w niewielkim stopniu, w niektórych sektorach i na bardzo krótko.

Ankietowani przedsiębiorcy stwierdzali, że o ile rzeczywiście czasem po zakupie robotów zwalniają pracowników, to jedynak znacznie częściej (w 63 proc. przypadków) pracownicy są przesuwani na inne stanowiska. Często bywa też tak, ze roboty generują… dodatkowe miejsca pracy. Badanie, które w 2011 r. opublikowała zajmująca się nowymi technologiami firma Metra Martech, wykazało, że milion robotów, które wówczas funkcjonowały w światowej gospodarce było bezpośrednio odpowiedzialne za stworzenie 3 mln miejsc pracy.

– Jeśli chodzi o wpływ robotów i komputerów na poszczególne profesje, pouczający przykład pochodzi ze świata profesjonalnej gry w szachy. W latach 70. i 80. ubiegłego wieku wyrażano obawy, że jeśli komputery będą w stanie grać lepiej niż ludzie, to zawodowi szachiści staną się zbędni. Choć zarobki szachistów generalnie spadły, to zdarzyła się ciekawa rzecz: z zawodowej gry w szachy utrzymuje się dziś więcej ludzi niż kiedykolwiek. W wielu krajach mamy bowiem do czynienia z czymś w rodzaju mini-boomu zainteresowania szachami, co po części wynika z dostępności komputerów i możliwości rozgrywek on-line – tłumaczy w jednym z artykułów prof. Kenneth Rogoff, ekonomista z Uniwersytetu Harvarda.

Wydaje się więc jasne, dlaczego XXI-wieczny neoluddyzm nie kładzie już tak dużego nacisku na kwestie wypierania robotników przez roboty z rynku pracy, a raczej na aspekt społeczny robotyzacji i informatyzacji w ogóle. Neoluddyści przekonują, że ludzie stają się nadmiernie zależni od technologii, a przez to – od tworzących i używających tych technologii korporacji. Przypadków niszczenia robotów, komputerów, czy innych maszyn nie odnotowano.

Bunt maszyn

Abstrahując od tego, czy w szczegółowych kwestiach neoluddyści mają rację, czy nie, trzeba sobie uświadomić (a często jest to aspekt pomijany w artykułach nt. robotyzacji), że obecność „inteligentnych” urządzeń w przemyśle jest jednym z wielu wymiarów zjawiska znacznie szerszego i donioślejszego. Mianowicie technologicznej „inwazji” na całe życie człowieka. Wkrótce – i wcale nie są to futurystyczne wizje – właściwie każda nasza czynność będzie wiązać się z wykorzystaniem komputera.

Co więcej, coraz szersza będzie gama czynności, które komputery oraz roboty będą mogły wykonywać za nas. Rośnie przekonanie, że już wkrótce powstanie taki program, który zaliczy „test Turinga”. Polega on – w bardzo dużym uproszczeniu – na konfrontacji maszyny z człowiekiem w rozmowie prowadzonej w języku naturalnym. Jeżeli człowiek uwierzy, że rozmawia z drugim człowiekiem, maszyna przechodzi test. Nie oznacza to, że maszyna myśli, ale że funkcjonalnie daje taki sam rezultat, jakby myślała.

Obszar ludzkiej aktywności będzie w związku z powyższym ewoluował. Przestanie nas zajmować choćby robienie codziennych zakupów – dlaczego, to my mamy opracowywać ich listę? Dlaczego, to my mamy je robić? Komputer, znając nasze przyzwyczajenia, stan zdrowia, czy rodzaj diety, sam zrobi sprawunki lepiej.

Nie dziwi więc, że problemem ewentualnego „buntu maszyn” naukowcy zajmują się coraz poważniej, podkreślając przy tym często, że nie chodzi raczej o świadomy bunt przeciw człowiekowi. Jak tłumaczy John Markoff, dziennikarz piszący w „New York Times” o nowych technologiach, chodzi o to, że idziemy w kierunku produkcji maszyn, które uczą się na własnych błędach i uzyskują w ten sposób pewną suwerenność działania. Hiperracjonalne komputery w końcu mogą okazać się niekompatybilne z emocjonalną naturą człowieka.

– Musimy w związku z tym przyjąć do wiadomości fakt, że im większą niezależność będą mieć maszyny, tym większe będą ich możliwości stawiania oporu naszym życzeniom. Gin z butelki nie wróci do niej dobrowolnie – przekonuje Markoff.

Cóż, dla obawiających się buntu maszyn, świetną pozycją będzie książka „Jak przetrwać powstanie robotów” Daniela Wilsona, amerykańskiego popularyzatora robotyzacji. Dla tych, którzy chcą zaś uniknąć wyparcia przez roboty z rynku pracy, najlepsze będą studia inżynierskie. Ktoś przecież będzie musiał te sztuczne inteligencje projektować, konserwować i naprawiać. No chyba, że za to także wezmą się roboty.

OF


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test