Autor: Sebastian Stodolak

Dziennikarz, filozof, muzyk, pracuje w Dzienniku Gazecie Prawnej.

Polscy biznesmeni rzadko przygotowują następców

„Wybudowałem pomnik trwalszy niż ze spiżu” – słowami Horacego o swojej firmie chciałby mówić każdy biznesmen. Jednak, aby firma była tak trwała jej właściciel musi wybiegać myślami poza horyzont swojego życia. W polskim biznesie kwestie sukcesji i dziedziczenia to temat zaniedbywany.
Polscy biznesmeni rzadko przygotowują następców

Wojciech Inglot, twórca jednej z najbardziej znanych na świecie polskich firm. (Fot. PAP)

Jeszcze na początku tego roku Wojciech Inglot wizytował otwierane w różnych miejscach na świecie nowe salony Inglot Cosmetics. W sieci można znaleźć fotografię, na której biznesmen pozuje z gwiazdą pop Avril Lavigne. Nie tylko ta piosenkarka korzysta z produktów polskiej marki. Do salonu Inglota nieopodal nowojorskiego Time Square zagląda Britney Spears i wiele innych postaci showbiznesu. Inglot to już niemal ekstraklasa światowych firm kosmetycznych.

23 lutego Wojciech Inglot zmarł. Miał zaledwie 58 lat. Tragedia dla rodziny, ale także punkt zwrotny dla firmy.

Śmierć właściciela, który jednocześnie był liderem dyktującym sposób działania firmy, to punkt krytyczny, sprawdzian dla każdego przedsiębiorstwa. Czy śmierć wizjonera stojącego za sukcesem spółki może sprawić, że przestanie się ona rozwijać? Czy jej funkcjonowanie nie zostanie sparaliżowane przez sprawy podziału majątku po zmarłym? Biznesmeni w Polsce niezbyt często myślą o tym, że kiedyś trzeba będzie przekazać firmę w nowe ręce. I nie chodzi tylko o trudne sytuacje losowe, ale także o zjawisko najzwyklejsze, jakim jest po prostu emerytura.

– W krajach rozwiniętych kwestie sukcesji w firmie, a także planowanie dziedziczenia są elementarną częścią biznesplanu. W przypadku niektórych korporacji istniejących od dziesiątek lat, grono spadkobierców liczy nawet 400 osób i nie ma z tym problemu – mówi Łukasz Martyniec, szef kancelarii sukcesyjnej WMGroup.

Oczywiście, problemy zdarzają się wszędzie. Australijskie media od wielu lat żyją sporem Giny Rinehart, właścicielki imperium górniczego Hancock Prospecting z własnymi dziećmi o majątek przepisany im przez dziadka w testamencie. Chodzi o ponad 23 proc. udziałów w koncernie Rinehart, czyli o pakiet o znaczeniu strategicznym dla zarzadzania firmą. Podobnie Lee Kun-hee, właściciel koreańskiego Samsunga, zajmuje się sądowymi bataliami z własnym bratem Lee Meng-hee. Nie może pogodzić się z myślą, że to Lee Kun-hee był wybrańcem ojca. Nie zanosi się na szybkie rozstrzygnięcie sporu.

Historie tego typu ze świata są głośne i barwne, ale należą jednak do wyjątków. W Polsce jest inaczej – zdarza się, że nieprzygotowane na śmierć właściciela firmy upadają, dzielą się, albo tracą pozycję rynkową. Sprawa ta ma też wymiar istotny dla całej gospodarki. Starzeje się, brutalnie mówiąc, i będzie odchodzić pokolenie biznesmenów, którzy zbudowali polski kapitalizm.

Także w lutym tego roku zmarł Aleksander Gudzowaty, właściciel Bartimpexu, który fortunę zbił na handlu gazem. W zeszłym roku odszedł Andrzej Czernecki, twórca produkującej przyrządy medyczne firmy HTL-Strefa. W 2009 r. zmarł Jan Wejchert, twórca potęgi Grupy ITI. Sprawa ITI to najgłośniejszy przykład, który, niestety, najbardziej wyraźnie pokazał, jak brzemienne w skutkach może być nieprzemyślenie zawczasu kwestii dziedziczenia.

Wejchert zastrzegł, co prawda, że to syn ma przejąć po nim stery w firmie, ale nie przewidział możliwych perturbacji w swoim życiu osobistym. Choćby tego, że jego trzecia żona oraz pozostałe dzieci będą mieć biznesowe ambicje. Przewidzieć tego oczywiście nie mógł, ale mógł opracować taki plan sukcesji, który złagodziłby tego typu sytuacje.

Tymczasem w wyniku spadkowych sporów, które trwały ponad 3 lata syn, Łukasz, który w wizji ojca miał być gwiazdą Grupy ITI, znalazł się poza jej strukturami. W czasie, gdy rodzina pogrążona była w sporach, firmy zgrupowane w ITI miały problemy finansowe – spółka TVN borykała się z zadłużeniem, podobnie zresztą, jak klub piłkarski Legia Warszawa.

Wychować następcę

– Nie wystarczy jednorazowy akt prawny w postaci testamentu, żeby firma uniknęła perturbacji po śmierci właściciela. Planowanie spadkowe i sukcesja to jest proces, a nie jednorazowe działanie – tłumaczy Łukasz Martyniec.

Od czego zacząć? Jeżeli chcemy, aby firma po śmierci właściciela pozostała w rękach rodziny, dobrze jest zacząć od wychowania sobie biznesowego następcy, który nie tylko przejmie udziały, lecz także będzie nią kierował. To wzór płynący z samej góry światowego biznesu – jeden z najbogatszych ludzi świata, inwestor Warren Buffett, wyznaczył na swojego następcę swojego 58-letniego syna Howarda, którego od lat trenował w biznesowo-inwestorskim fachu.

W Polsce przykładem biznesmena, który świadomie przygotowuje swojego następcę jest Jacek Domogała, właściciel m.in. górniczego konglomeratu Famur. Jego syn, Tomasz, ma zaledwie 27 lat, a już od 6 aktywnie działa w rodzinnych biznesach.

Podobnie zapobiegliwy jest Zbigniew Juroszek, właściciel deweloperskiego imperium Atal ze Śląska Cieszyńskiego oraz ogólnopolskiej sieci zakładów bukmacherskich STS. W Atalu za kwestię sprzedaży odpowiedzialna jest córka Ewelina. Ma 26 lat. Ojciec wysłał ją wcześniej na studia do USA, żeby zaimportować amerykański styl myślenia.

– Skończyła zarządzanie na Long Island University w USA i przejęła amerykańskie podejście do klienta. Czasami nawet jeśli klient nie ma racji, to Ewelina idzie mu na rękę. Dla firmy to niewielki koszt, z punktu widzenia marketingu wielka korzyść – chwalił córkę Juroszek na łamach jednego z tygodników.

Zakładami na razie zajmuje się syn Mateusz, którego w tryby biznesowej machiny ojciec wciągnął, gdy ten jeszcze studiował.

Niestety, nie każdy przedsiębiorca jest w tak komfortowej sytuacji. Z badań ekonomisty Quentina J. Fleminga z University of Southern California wynika, że jedynie 36 proc. dzieci biznesmenów chce iść w ich ślady.  Czasem nie mają biznesowej żyłki (Tomasz Gudzowaty, syn Aleksandra, to wybitny fotograf), a czasem po prostu nie mogą przejąć schedy z powodu zbyt młodego wieku. Tak było w przypadku Edgara Łukasiewicza, którego ojciec – Mariusz – zmarł, zostawiając stworzony przez siebie Eurobank. Edgar miał zaledwie 12 lat, firma została więc z konieczności sprzedana Francuzom z Société Générale.

Jak będzie w przypadku Inglot Cosmetics? Firma sprawy dziś nie komentuje. Wojciech Inglot strzegł swojej prywatności, niewiele wiadomo na temat jego ewentualnych dziedziców. W strukturach właścicielskich, w zarządzie, ani w radzie nadzorczej spółki (dane z KRS) nie widać potomków. Jest za to była żona.

Kruczki prawne i lekkomyślność

Wychowanie następcy to jedno. Biznesmen musi dobrze znać także pozostałych członków swojej rodziny – wiedzieć, jakie intencje nimi kierują, jakie są ich plany życiowe.

– W naszej rodzinie jest zgodna współpraca i wzajemne wspieranie się. Dlatego nie ma potrzeby podejmowania jakichś specjalnych działań, czy decyzji na wypadek mojej śmierci. Do tej pory pieniądze nie podzieliły mojej rodziny i jestem przekonany, że tak już zostanie na przyszłość – przekonuje Sylwester Cacek, współwłaściciel sieci restauracji Sfinks.

Generalnie wariantów podziału majątku jest wiele. W jednym z nich członkowie rodziny dzielą między siebie masę spadkową, czyli po prostu przejmują udziały w firmie na podstawie testamentu. Tu pojawiają się problemy, gdy np. jedno z dzieci czuje się potraktowane niesprawiedliwie przez ojca w testamencie i domaga się rekompensaty.

Może być też tak, że udziały w firmie obejmuje tylko jeden członek rodziny, który musi spłacić proporcjonalnie członków pozostałych. Ten wariant bywa trudny w realizacji, jeżeli firma nie posiada odpowiedniego zabezpieczenia finansowego na realizację spłat wzajemnych. Może wówczas dojść do tego, że spadkobiercy zażądają szybkiej spłaty. Wtedy do akcji może wkroczyć sąd, w końcu komornik i firma – tracąc w wyniku zajęcia środków operacyjnych płynność finansową – może upaść.

Sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana, gdy mamy do czynienia ze spółką, której udziałowcy nie są powiązani ze sobą więzami pokrewieństwa. Dziedziczący udziały po zmarłym może narobić prawdziwego bałaganu.

Było tak w przypadku jednej ze szczecińskich firm. Zmarł współudziałowiec, udziały po nim objęła żona. Przez dwa lata nie interesowała się firmą, w końcu pojawiła się w towarzystwie prawnika i biegłego księgowego, przeprowadziła audyt finansów firmy oraz stwierdziła, że wspólnicy na jej niekorzyść zaniżają zyski firmy. Po czym wypowiedziała umowę spółki. W efekcie właściciele zamiast otwierać nowe filie firmy, musieli spłacać byłą już wspólniczkę. Czy można się było przed tym zabezpieczyć?

Wystarczyło określić dokładne zasady dziedziczenia, a także ustalić zasady finansowania spłaty. Bez tych ustaleń, biegły w postępowaniu sądowym określa cenę udziałów według wartości rynkowej, czyli zwykle tej najwyższej z możliwych. W przypadku spółki z ograniczoną odpowiedzialnością istnieje pięć różnych mechanizmów ułożenia dziedziczenia udziałów, które wpływają na wysokość spłat i mają różne skutki podatkowe. Trzeba wybrać ten, który jest dla danej firmy optymalny – stwierdza Martyniec.

To nie koniec potencjalnych problemów. Załóżmy, że moim rodzinnym biznesem jest prowadzenie sklepu monopolowego.

Spadkobiercy muszą starać się o ponowne uzyskanie koncesji na sprzedaż alkoholu. To może trwać, sklep w tym czasie przestanie zarabiać – z czego utrzyma się rodzina? Wraz ze śmiercią właściciela firmy wygasają także innego rodzaju pozwolenia, koncesje, mogą także wymagać natychmiastowej spłaty kredyty, czy dotacje unijne, w przypadku których umowy podpisał zmarły przedsiębiorca. Nie wszystkie elementy firmy podlegają dziedziczeniu i ich odnowienie bywa kłopotliwe, czasami wręcz niemożliwe.

Im większa firma i im bardziej skomplikowana jest jej struktura, tym więcej jest potencjalnych problemów. Eksperci – prawnicy i doradcy biznesowi – podkreślają, że w praktyce sprawy sukcesyjno – spadkowe należą do najtrudniejszych i bardziej przewidywalny bieg mogą mieć wyłącznie w przypadku spółek prawa handlowego. Przy zgodzie i dobrej woli spadkobierców stery spółki może trzymać menedżer wynajęty menedżer.

Tak było po śmierci Aleksandra Gudzowatego, gdy spadkobiercy biznesmena: syn Tomasz oraz żona zmarłego wraz z 15-letnim synem, szybko doszli do porozumienia i stwierdzili, że firmą powinna zarządzać ta sama osoba, która robiła to za życia miliardera – Grzegorz Ślak.

– Nie ma ludzi niezastąpionych. A organizacja nawet przy utracie najlepszych ludzi będzie bezpieczna, jeżeli wiedza będzie wiedzą organizacji, a nie pojedynczych jednostek. I do takiej sytuacji dążę w Sfinksie. Gdyby mnie zabrakło, Sfinks bez problemu będzie funkcjonował dalej, a lider szybko wyłoni się z wewnątrz – tłumaczy spokojnie Cacek.

Byłoby świetnie, gdyby podstawy do podobnego spokoju mieli wszyscy polscy przedsiębiorcy. Jaka jest na to szansa?

– W ciągu ostatnich 3 lat współorganizowałem ok. 300 szkoleń z sukcesji i planowania spadkowego dla właścicieli firm. Większość uczestników potwierdzała, że temat jest ważny, jednak niewielu cokolwiek robiło, zwłaszcza od strony formalnej. W większości firm nie ma precyzyjnego planu dotyczącego przeniesienia własności udziałów, a przede wszystkim brak jest planu awaryjnego, który zadziałałby, jeśli którakolwiek z osób kluczowych dla danego biznesu odszedłby wcześniej – podsumowuje Martyniec.

OF

Wojciech Inglot, twórca jednej z najbardziej znanych na świecie polskich firm. (Fot. PAP)

Otwarta licencja


Tagi


Artykuły powiązane

Giełda i fundacje dla rodzinnych firm

Kategoria: Analizy
Najczęściej zaczyna się w rodzinie. Taki rodowód ma większość wszelkiego rodzaju firm zakładanych przez ojców, matki czy rodzeństwo. Wiele z nich długo nie przeżywa. Te, które trwają i rosną, prędzej czy później, muszą znaleźć odpowiedź na pytanie, co dalej, zwane pytaniem o sukcesję.
Giełda i fundacje dla rodzinnych firm

Tydzień w gospodarce

Kategoria: Raporty
Przegląd wydarzeń gospodarczych ubiegłego tygodnia (28.03–01.04.2022) – źródło: dignitynews.eu
Tydzień w gospodarce

Sankcje niszczą gospodarki, ale rzadko obalają rządy

Kategoria: Trendy gospodarcze
Sankcje potrafią obniżać wzrost PKB kraju nawet o 5 pkt. proc. rocznie, ale w ok. 70 proc. przypadków nie doprowadzają do zmiany rządów. Opisuje to Mark Leonard w książce „The Age of Unpeace. How Connectivity Causes Conflict”.
Sankcje niszczą gospodarki, ale rzadko obalają rządy