Pozorny wzrost Chin, realny ruch w złocie

11.08.2013
Puste centra finansowe, stocznie, huty, kopalnie, autostrady czy hale produkcyjne, których przybywa o 5-7 proc. co kwartał od trzeciego kwartału 2011 r. to rzeczywisty wskaźnik tempa rozwoju gospodarczego Chin.

W Chinach powstają kolejne miasta, w których nikt nie chce mieszkać (CC By NC ND AdamCohn)


Rozciągające się na północnym wybrzeżu portowe miasto Tianjin stanowi, nie bez powodu, dumę regionu. Górują nad nim drapacze chmur przedzielone wielkimi placami, z kompozycjami roślinnymi zaprojektowanymi przez chińskich i europejskich artystów. I ta właśnie dzielnica Binhai nazywana jest chińskim Manhattanem. Nie tylko ze względu na lustrzane podobieństwo architektury (kopia Rockefeller Center czy nawet wież World Trade Center), deptaków nadbrzeżnych, wejść do stacji metra, charakterystycznych bram wejściowych do biurowców.

Teoretycznie, patrząc tylko na zabudowę Binhai mogłyby konkurować z Manhattanem w rankingach miejsc dla światowego biznesu. Gdyby tylko chińska dzielnica nie świeciła pustką. Na mapie Chin, którą tworzą od dwóch dekad inwestorzy zagraniczni pojawiały się opustoszałe miasta. Jeszcze w dwa lata temu zerową populację miało 12 miast, także słynne Ordo, Dong-Guan czy Zhenghzou z halą wystawową o powierzchni 69 hektarów, czyli większą niż np. państwo Watykan. Parszywa „12” jak nazywali inwestorzy była jednym z tych „normalnych”, „koniecznych” działań  na rzecz rozwoju gospodarczego Chin. Działań takich jak burzenie nowych osiedli, sklepów czy drapaczy chmur po wykorzystaniu ich do podniesienia ceny ziemi aby przygotować ją do kolejnej sprzedaży. Albo jak topieniu nowych statków, by zwiększyć popyt na kolejne. W ostatnim kwartale 2012 r., według nieoficjalnych informacji firm konsultingowych, ilość pustych miast znacząco jednak wzrosła w Chinach, według niektórych szacunków cytowanych przez singapurski dziennik nawet o 200-300 procent.

>>czytaj też: Ordos, miasto – fatamorgana

Dobitnym przykład stanowi Binhai, który zaludnił się tylko jeden raz, w czasie otwarcia w maju 2012 r., zwiezionymi z regionu na uroczystość mieszkańcami z regionu. Puste centra finansowe, stocznie, huty, kopalnie, autostrady czy hale produkcyjne, których przybywa o 5-7 proc. co kwartał od trzeciego kwartału 2011 r. to rzeczywisty wskaźnik tempa rozwoju gospodarczego Chin.

Osłabienie rynku chińskiego przyspiesza spadek cen stali i spowalnia inwestycje w Indiach, Wietnamie czy Australii. Choć chiński ministerstwo finansów ocenia, że boom na stal utrzyma się co najmniej do 2030 r. to profesor Ross Garnaut ocenia, że Chiny mogą znacznie zredukować import tego towaru już w 2016 r.

Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, iż Chiny rezygnują ze strategii inwestycji i eksportu na rzecz powolnego wzrostu gospodarki, który tamtejsi ekonomiści określają równowagą eksportu i konsumpcji. Po drugie Chiny powoli tracą jeden ze swoich najważniejszych atutów: tanią siłę roboczą. W ten sposób zbliżają się do tzw. punktu zwrotnego Lewisa. Arthur Lewis, noblista z 1979 r. przewidywał, że w kraju rozwijającym się, poziom płac zaczyna rosnąć dopiero, gdy cała „nadwyżkowa” siła robocza zostanie wchłonięta przez nowoczesne sektory gospodarki, W odniesieniu do Chin Lewis prognozował, że „koszty pracy wzrosną, gdy skurczy się nadwyżka podaży taniej siły roboczej co z kolei wpłynie na obroty, stopę zatrudnienia i ceny u ich partnerów handlowych.”

Ekonomiści Międzynarodowego Funduszu Walutowego zauważyli w ostatnim raporcie, w którym wzywają do szybkich reform strukturalnych, iż chiński wzrost był „ekstensywny”, a nie „intensywny”. Jak obrazowo tłumaczy jeden z najlepszych znawców sytuacji gospodarczej Chin, inwestor Jim Chanos Państwo Środka w ostatniej dekadzie szokowało „wzrostem” gospodarczym niczym Związek Sowiecki. „Ich wzrost pochodził z ekspansji czynników produkcji to znaczy: kapitału, siły roboczej i ziemi, a tylko w bardzo niewielkim stopniu był wynikiem rozwoju produktów czy innowacji” – mówi Chanos. I podkreśla, że Chiny nadmuchały bańkę „klasy światowej” na swoim rynku nieruchomości.

Inny inwestor Gillem Tulloh tłumaczy, jak się to się stało: rząd centralny ustalał poziom PKB dla całej gospodarki i to musiało zostać zrobione – najłatwiej to osiągnąć dzięki budownictwu. Jednak dla dobrobytu liczy się oczywiście także jakość PKB, a nie ilość. Budowa mieszkań, centr handlowych czy innych obiektów infrastrukturalnych nie ma ekonomicznego sensu, jeśli nie ma na nie popytu…  I co więcej powoduje olbrzymie problemy w przyszłości.

Chanos nie podziela także opinii części ekonomistów jakoby Chiny utknęły w tzw. pułapce średniego dochodu. I podkreśla, że wzrost Chin był „iluzoryczny” – uzależniony od taniego pieniądza. „Realna wielkość gospodarki chińskiej to nie, jak zwykło się mówić, połowa, ale raczej jedna czwarta  rocznego PKB USA. „Chiński rower boksuje w piachu ogromnego zadłużenia, które jest rezultatem dotychczasowego modelu gospodarczego” – podkreśla. Najpoważniejszą przeszkodę dla tamtejszej gospodarki stanowią kredyty samorządów o wartości 1,3 biliona dolarów, które powstały wskutek rywalizacji o projekty inwestycyjne. Ich przykładem jest także Binhai.

Sytuację gospodarczą pogarszają tak zwane nierówności, czy raczej jak twierdzi dr Thomas Paley, „uprzywilejowanie chińskich elit [politycznych] względem przeciętnego gospodarstwa domowego”. „Chińska rodzina nie zyskała na rozwoju gospodarczym Chin, część dochodów została przejęta przez uprzywilejowane elity” – uważa profesor Krugman.

Paul Krugman do tej pory tryskał optymizmem, jeśli chodzi o przyszłość gospodarki Chin. Dziś ostrzega przed katastrofą, na którą „świat nie jest przygotowany”. I wskazuje na „punkt zwrotny Lewisa” oraz na tak zwany „moment Minsky’ego”. Hyman Minsky w swoich pracach podkreślał, że kapitalistyczna gospodarka jest ze swej natury niestabilna. Źródłem tej niestabilności jest sektor finansowy. Moment Minsky’ego to chwila, gdy załamują się ceny aktywów napompowane w czasie długiego okresu rozwoju. Boom skłania ludzi do spekulacji za pożyczone pieniądze. Kiedy nagle masowo próbują zredukować swoje zobowiązania, gospodarka wpada w kryzys.

Powraca debata na temat spekulacyjnej bańki w amerykańskiej gospodarce.

Kilku ekonomistów formułowało jej definicję, ale najczęściej przytaczana jest ta z „Irrational Exuberance” prof. Roberta Schillera. Bańka spekulacyjna to „sytuacja kiedy wzrost cen powiększa entuzjazm inwestorów, który niczym wirus zaraża wszystkich i powoduje, że tworzą oni coraz to nowe wyjaśnienia dlaczego wzrost cen powinien trwać dalej”. A ta sytuacja powoduje „zainteresowanie coraz większych inwestorów, którzy mimo wątpliwości co do prawdziwej wartości inwestycji, przekonują się do nich – częściowo dlatego, iż zazdroszczą sukcesu innym, a częściowo wskutek ekscytacji, jaką powodują rosnące ceny”. Schiller mówi, iż nie wie kiedy powstanie kolejna bańka. Bo tego typu zjawiska są rzadkie. Jednak wskazuje na taką możliwość na rynku nieruchomości, ziemi uprawnej i na giełdzie.

Thomas Palley wskazuje na konieczność koordynacji stóp procentowych na całym świecie. W przeciwnym wypadku świat będzie skazany na ich falowanie, która może zwiększyć ryzyko stagnacji.

Profesor Palley wskazuje na fakt iż obniżenie stóp procentowych, z których korzysta jeden kraj, powoduje, że inne kraje stają się uboższe. I przytacza argument historyczny: gdy podczas Wielkiego Kryzysu państwa deprecjonując swoje waluty, aby zwiększyć eksport i obniżyć import doprowadziły do konfliktów handlowych i w ten sposób pogłębiły kryzys.

Profesor Palley w tym kontekście wskazuje na znany problem nadwyżki handlowej Chin w relacjach z USA. Jego zdaniem aprecjacja juana powinna była „dawno temu” te nadwyżki zrównoważyć. Jednak interwencja banku centralnego ograniczyła aprecjację waluty chińskiej.

Natomiast nowszy przykład, na który wskazuje profesor Palley, to ilościowe łagodzenie. W ramach tych programów banki centralne skupują masowo papiery wartościowe w swoich krajach, by obniżyć rynkowe stopy procentowe. A kiedy bank centralny zwiększa podaż pieniądza część z nich trafia za granicę. W konsekwencji następuje deprecjacja kursu walutowego.

Japoński bank centralny „zalewając rynek gotówką” zachęca inwestorów do poszukiwania możliwości inwestycyjnych za granicą. Aby kupić zagraniczne papiery wartościowe muszą sprzedać jeny. Ta sytuacja uruchomiła falę deprecjacji jena w stosunku do dolara. I przypuszczalnie spowoduje zmianę kursów między innymi walutami.

Prof. Palley zgadza się, że gospodarce światowej potrzebna jest luźna polityka monetarna, ale jak podkreśla, chodzi o taką politykę, która nie wpłynie na kursy walutowe. I dlatego banki centralne powinny skoordynować swoje działania.

Ekonomiści starają się też wyjaśnić nagły spadek ceny złota. Choć szef Fed Ben Bernanke stwierdził w czasie przesłuchania w Senacie iż „nikt nie rozumie zachowania cen złota i ja również nie będę udawał, że je rozumiem”, to jednak analitycy wysuwają dwie hipotezy.

Jedna dotyczy samego rynku złota. Otóż dotąd struktura rynku złota przypominała strukturę rynku każdego innego surowca:, ropy, miedzi czy aluminium. Z jednej strony sytuują się producenci a konsumenci po drugiej. Między nimi znajdują się inwestorzy finansowi, którzy ani przez chwilę nie są w posiadaniu realnych towarów. Oni tylko handlują różnego rodzaju kontraktami (instrumentami pochodnymi) na te towary.W ten sposób tworzą rynek finansowy, na którym producenci i konsumenci realnych dóbr mogą zabezpieczyć się przed wahaniami cen.

Inwestorzy finansowi więc absorbują szoki na rynku i stabilizują cenę dla producentów i konsumentów. Jednak taka struktura, w przeciwieństwie do rynku pszenicy, cukru czy oleju palmowego, nie jest potrzebna w przypadku rynku złota. Złota się nie konsumuje ani nie zużywa, ono jest cały czas gromadzone, a jego globalne zapasy rosną. Te zapasy mogą zostać wykorzystane do zaspokojenia popytu, jeśli tylko cena będzie odpowiednia.

I tu najciekawsza obserwacja – mimo że cena złota na rynku spada, fizyczne złoto dostać jest bardzo trudno. Według informacji Jima Rickardsa, autora książki „Currency Wars” trzej najwięksi dealerzy złota powiedzieli mu, iż czekają od 4 tygodni na sztabki z rafinerii, bo nikt nie sprzedaje fizycznego złota. Nikt – podkreślił. Stąd hipoteza, że wyprzedawane jest „papierowe złoto” , ale fizyczne – nie.

Niektórzy analitycy wyciągają z tego wniosek, że zmienia się struktura rynku złota – inwestorzy finansowi znikają, bo na tym rynku właściwie nie są potrzebni. Rolę stabilizatora może spełnić zgromadzony zapas złota. Właściciele fizycznego złota mogą w znacznie szerszym zakresie zaoferować je na rynku i w ten sposób zmienić jego strukturę z „jednokierunkowej” typowej dla dóbr, które są konsumowane (towary płyną od producentów do konsumentów) do „dwukierunkowej”, gdzie ważnym źródłem podaży fizycznego złota obok kopalni są dotychczasowi jego właściciele.

8 lipca doszło do niezwykłego wydarzenia we współczesnych dziejach handlu złotem.

Cena złota w przyszłości (cena kontraktu forward na złoto) znalazła się na poziomie niższym niż cena spot (czyli cena w chwili obecnej). To zjawisko nazywa się backwardation. Jest to bardzo rzadka sytuacja na rynku złota. Normalnie może się to zdarzyć na przykład na rynku zboża podczas ciężkiego przednówka, gry brakuje już starego zboża i jest oczekiwanie, że po żniwach cena spadnie. Na rynku złota tego rodzaju sytuacja normalnie się nie zdarza – właśnie dlatego, że, jak wskazano wyżej, złoto nie jest konsumowane, a zapasy „starego” złota są olbrzymie w stosunku do jego rocznej produkcji czy konsumpcji.

Backwardation w złocie może sygnalizować iż podskórnie na rynkach dokonują się ogromne zmiany. Inwestor Jim Chanos, uważa, iż może być to sygnał, iż rynki wyczuwają zbliżający się moment wzrostu stóp procentowych.

To, że sytuacja na rynku złota jest nadzwyczajna potwierdza też spadek GOFO (gold forward offered rate) do poziomu ujemnego. GOFO to stopa procentowa – cena pożyczenia złota pod zastaw dolarów. Ostatni raz GOFO było mniejsze od zera w 1999 r. Wówczas był to efekt paniki milenijnej.

Inna hipoteza to oczekiwanie rynku złota na decyzję Chin związania juana ze złotem. Według części obserwatorów prezydent Xi może poinformować o wejściu Chin na drogę do parytetu złota. Ten temat coraz częściej pojawia się w chińskiej fachowej prasie: „grupa ekspertów w banku centralnym Chin chce, by punktem odniesienia dla juana było złoto, a nie dolar”  informuje Biuletyn Roboczy Komitetu Centralnego,  „taka decyzja spowodowałaby negatywne skutki w perspektywie krótkoterminowej, ale w dłuższej perspektywie wyciągnęłaby gospodarkę chińską z cyklu boomów i recesji” donosi Chiński Komunista. Popyt Chin na złoto może sięgnąć w tym roku 1000 ton.

Za Chinami mogą podążyć inne kraje (Kazachstan i Rosja zwiększają rezerwy złota). Są one siłą napędową nowopowstającej Unii Euroazjatyckiej, która już w niedalekiej przyszłości może rywalizować z UE i USA. Jak stwierdził Andy Xie, analityk rynku złota i  ekspert w sprawach gospodarki chińskiej – cena tego kruszcu będzie kształtować się raczej pod wpływem polityki monetarnej Państwa Środka, a nie Stanów Zjednoczonych czy Unii.

Opracował Tomasz Pompowski


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test