Walka z robotami o pracę nam nie grozi

16.10.2012
Już od zarania ery przemysłowej powracają obawy, że zmiany techniczne staną się zarzewiem masowego bezrobocia. Ekonomiści ze szkoły neoklasycznej przewidywali, że nic takiego nie nastąpi, gdyż ludzie znajdą sobie inną pracę — choć być może dopiero po długim okresie dotkliwego dostosowania się do zmian. Te przewidywania okazały się trafne.

(Opr. DG)


Efektem zapierających dech w piersiach innowacji, jakie pojawiały się w ciągu dwóch stuleci, od początku ery przemysłowej, stało się podwyższenie standardu życia zwykłych ludzi w większości rejonów świata, nie wystąpiła tam natomiast mocna tendencja wzrostu bezrobocia. Oczywiście, jest na świecie ciągle wiele problemów, takich jak nasilające się nierówności oraz przerażające wojny. W sumie jednak w większości regionów ludzie żyją dłużej, w ciągu dnia krócej pracują i generalnie prowadzą zdrowsze życie.

Nie ma jednak co zaprzeczać, że w dzisiejszych czasach tempo zmian technicznych rzeczywiście przyspieszyło. To potencjalnie prowadzi do głębszych i dalej idących przesunięć. Wielki ekonomista, Wasilij Leontief, w często przywoływanym artykule z 1983 r., wyraził obawę, że współczesne tempo postępu technicznego jest tak gwałtowne, iż wielu pracujących nie będzie się mogło do niego dostosować. Po prostu staną się zbędni, tak jak konie po pojawieniu się samochodu. Czy więc miliony pracowników też czeka „ubojnia”?

Ponieważ w Azji rosną płace, zarządcy fabryk rozglądają się już za możliwościami zastąpienia zatrudnionych robotami — i to nawet w Chinach. Pojawienie się tanich smartfonów napędza boom w dostępie do Internetu, to zaś oznacza, że zakupy poprzez sieć spowodują likwidację ogromnej liczby miejsc pracy w handlu detalicznym. Pobieżne wyliczenia sugerują, że zmiany techniczne mogą w skali świata prowadzić co roku do utraty 5-10 mln miejsc pracy. Na szczęście gospodarki rynkowe okazują się jak dotąd zadziwiająco elastyczne, jeśli chodzi o absorpcję skutków tych przemian.

Szczególnie przy tym pouczający przykład pochodzi ze świata profesjonalnej gry w szachy. W latach 70. i 80. ubiegłego wieku wyrażano obawy, że jeśli komputery będą w stanie grać lepiej niż ludzie, to zawodowi szachiści staną się zbędni. No i wreszcie w 1997 r. Deep Blue, komputer IBM, w krótkim meczu pokonał Gary’ego Kasparowa, mistrza świata w szachach. A wkrótce potem potencjalni sponsorzy zaczęli sarkać na płacenie milionów dolarów za organizowanie rozgrywek mistrzowskich między ludźmi. Bo czyż mistrzem świata nie jest komputer — pytali.

Dziś paru najlepszych szachistów wciąż bardzo dobrze zarabia, choć mniej, niż w rekordowym okresie. Ale już realne (czyli po uwzględnieniu inflacji) zarobki graczy drugiej kategorii, na turniejach i wystawach są znacznie niższe niż w latach 70. zeszłego wieku.

A mimo to zdarzyła się ciekawa rzecz: z zawodowej gry w szachy utrzymuje się dziś więcej ludzi niż kiedykolwiek. W wielu krajach mamy bowiem do czynienia z czymś w rodzaju mini-boomu zainteresowania szachami, co po części wynika z dostępności komputerów i możliwości rozgrywek on-line.

Wielu rodziców uważa szachy za atrakcyjną alternatywę bezmyślnych gier wideo. Parę krajów, jak Armenia i Mołdawia, zatwierdziło nawet naukę gry w szachy w szkołach. W efekcie tysiące szachistów zarabiają dziś zadziwiająco dobrze na uczeniu dzieci, choć przed pojawieniem się Deep Blue zaledwie kilkuset z nich mogło się utrzymać z zawodowej gry.

Na przykład, w wielu miastach Stanów Zjednoczonych dobrzy nauczyciele szachów zarabiają 100-150 (i więcej) dolarów za godzinę. Bezrobotny wczoraj, szachowy obibok może mieć dziś sześciocyfrowy dochód — jeśli chce mu się dużo pracować. Właściwie jest to też przykład na to, że rozwój techniki może przyczynić się do wyrównywania dochodów. Będący dobrymi nauczycielami, drugoligowi szachiści często zarabiają tyle, co najlepsi uczestnicy turniejów — albo i więcej.

Czynniki rządzące rynkiem szachów są oczywiście złożone, w tym tekście pozwoliłem sobie nadmiernie uprościć całą sytuację. Ale chodzi o to, że rynek ten znalazł, nieprzewidywany przez nikogo, sposób przeobrażenia miejsc pracy oraz szans zawodowych.

Zmiany techniczne mają jednak nie tylko zalety, proces dostosowania się do nich może być bolesny. Bezrobotny pracownik fabryki samochodów w Detroit z całą pewnością jest w stanie przekwalifikować się na pracownika technicznego w szpitalu. Ale jeśli przez lata dumny był z wykonywanej pracy, takie przestawienie się może w nim budzić duże opory.

>czytaj też: Kompetencje przyszłości

Znam osobiście arcymistrza szachowego, który 20 lat temu szczycił się sukcesami i pieniędzmi zdobytymi na turniejach. Zarzekał się, że nie skończy ucząc dzieci „jak porusza się koń szachowy” (to odniesienie do skoczka, zwanego także koniem). Teraz jednak tym właśnie się zajmuje, a na uczeniu „jak porusza się koń” zarabia więcej niż kiedyś jako zawodowy gracz. I nawet przez myśl mu nie przejdzie, że mógłby zostać odesłany do przysłowiowej ubojni.

Oczywiście, w dzisiejszych czasach zmiany techniczne mogą mieć inny charakter, więc przy ekstrapolacji doświadczeń, z dwóch poprzednich stuleci na dwa następne, trzeba zachować ostrożność. Choćby dlatego, że wskutek przyspieszenia technicznego ludzkość mogą czekać bardziej skomplikowane problemy ekonomiczne i moralne. Nic jednak nawet nie sugeruje, że przyspieszanie przemian technicznych może w następnych paru dekadach skutkować ogromnym skokiem bezrobocia.

Oczywiście, pewien wzrost bezrobocia, w efekcie bardziej gwałtownego postępu technicznego, jest całkiem prawdopodobny, zwłaszcza w regionach takich jak Europa, gdzie nadmiar sztywnych regulacji ogranicza możliwość łagodnych dostosowań. Jeśli jednak chodzi o sytuację obecną, to winą za wysokie bezrobocie należy w paru ostatnich latach obarczyć kryzys finansowy — i powinno ono ostatecznie wrócić do poziomu zgodnego z trendem historycznym. Ludzie to nie konie.

©Project Syndicate, 2012

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test