Szkoły, którymi rządzą rodzice lepiej uczą i mniej kosztują

24.07.2012
Pomysł, żeby rząd zajmował się edukacją to powrót do XIX wieku, kiedy ludzie pracowali w fabrykach, a rząd budował fabryki dla ich dzieci, czyli szkoły. Gospodarka USA się zmieniła, a szkoły ciągle są takie jak 100 lat temu - oświadczył kilka miesięcy temu Rick Santorum, jeden z kandydatów na prezydenta USA. Gdyby wiedział jak wygląda dyskusja o edukacji w Polsce.

W najnowszym filmie „Won`t back down” Holly Hunter gra matkę, która wspólnie z innymi rodzicami postanawia przejąć władzę w publicznej szkole i doprowadzić do podniesienia poziomu nauczania. (CC By-NC geminicollisionworks)


W Polsce dyskusje o systemie szkolnictwa ograniczają się ogólnonarodowych kłótni o to, ile godzin historii będzie w centralnie zarządzanej przez państwo szkole, albo ile podwyżki dać nauczycielom. Tymczasem w krajach takich jak USA, Wielka Brytania a nawet Szwecja, rząd powoli oddaje władzę nad edukacją dzieci ich rodzicom.

Inspiracja dobrego przykładu

Jesienią do kin wejdzie hollywoodzki film zatytułowany „Won`t back down” (czyli „Nie odpuścimy”). Holly Hunter i Maggie Gyllenhaal grają w nim matki, które postanawiają przejąć władzę w publicznej szkole i doprowadzić do podniesienia w niej poziomu nauczania. Historia jest oparta na autentycznych wydarzeniach. W czterech stanach USA (pierwsza była Kalifornia w 2010 r. potem Connecticut, Mississippi i Texas) przyjęto prawo (tzw. parent trigger legislation) pozwalające 51 proc. rodziców dzieci uczęszczających do szkoły przejąć władzę w szkole. Rodzice mają prawo zwolnić dyrektora szkoły a nawet poszczególnych nauczycieli. W dwudziestu kolejnych stanach trwają pracę nad przyjęciem podobnych regulacji.

W USA rewolucja edukacyjna dopiero nabiera rozpędu, tymczasem już od 20 lat trwa ona w Szwecji. Na początku lat 90. na chwilę od rządów zostali odsunięci socjaldemokraci a do władzy doszła centroprawica. Per Unckle, zmarły w 2001 r. były burmistrz Sztokholmu oraz ówczesny minister edukacji oświadczył wtedy: „Edukacja jest tak ważna, że nie można zostawić jej w rękach jednego „producenta”. Monopole nie radzą sobie z zaspokajaniem potrzeb konsumentów”. Następnie wprowadził w Szwecji system bonów edukacyjnych.

Bon jest wirtualny (tzn. nikt nie dostaje do ręki bonu, tylko rząd płaci szkole, którą uczeń wybierze) i wart tyle, co przeciętny koszt ucznia w publicznej szkole. Uczniowie mogą wybierać szkoły nie tylko spoza swojego rejonu, ale także szkoły prywatne (także te prowadzone przez firmy i nastawione na zysk), w tym szkoły należące do organizacji religijnych (wszystkie niepubliczne placówki to tzw. wolne szkoły). Jedyne ograniczenie to takie, że szkołom nie wolno wybierać uczniów (tzn. muszą przyjmować ich na zasadzie kolejności zgłoszeń) ani pobierać od nich dodatkowych opłat.

Od wprowadzenia reformy odsetek uczniów uczęszczających do prywatnych szkół w Szwecji wzrósł dziesięciokrotnie. Jest tam obecnie (2010 r.) 1063 tzw. wolnych szkół (18,6 proc. wszystkich) a uczy się w nich 10 proc. uczniów. Ale wśród 16-19 latków odsetek ten wzrasta aż do 40 proc.! To oznacza, że w „socjalistycznej” Szwecji prawie połowa nastolatków nie chodzi do publicznych szkół. 90 proc. rodziców dzieci, które uczęszczają do wolnych szkół jest zadowolona z poziomu edukacji jaki one oferują.

Zaczęli Szwedzi, kontynuują Brytyjczycy

Szwedzka reforma zainspirowała brytyjskich polityków. Postanowili oni jednak pójść o krok dalej. W Szwecji rodzice mają wybór szkoły, ale wszystkie szkoły i tak muszą uczyć według centralnie opracowanego przez państwo programu nauczania. W Wielkiej Brytanii nawet od tego się odchodzi. W 2000 r. rząd Tony Blaira wprowadził możliwość przekształcenia istniejących szkół publicznych w tzw. akademie. Akademie to finansowane z publicznych środków, ale niezależne szkoły. Nie muszą one realizować centralnego planu nauczania. Mogą przygotować własny, o ile jest on „zrównoważony”.

Najciekawsze w brytyjskim systemie jest jednak to, że akademie mogą mieć własnego patrona-sponsora, który w zamian za równowartość 10 proc. udziałów w akademii (ale nie więcej niż 2 mln funtów) ma prawo wpływać na tworzenie planu nauczania, a także mianować członków zarządu szkoły. Sponsorem może być osoba indywidualna (na przykład jest nim Sir David Garrard, 451 osoba na liście najbogatszych Brytyjczyków) albo firma (sponsorem innej jest operator infrastruktury kolejowej, firma Amey PLC).

Jakie są efekty oddania przez państwo części władzy nad szkołami? Otóż wyniki testu GCSE (General Certificate of Secondary Education), czyli egzaminu, do którego podchodzi młodzież w wieku 14-16 lat poprawiają się w akademiach dwa razy szybciej, niż w publicznych szkołach. Nic dziwnego, że już obecnie połowa gimnazjów i liceów w Wielkiej Brytanii to są, albo niedługo będą akademie, mimo iż wcześniej szacowano, że nie nastąpi to wcześniej niż w 2015 r. Jakby tego było mało  ostatnio w Wielkiej Brytanii wprowadzono także wzorowane na szwedzkich tzw. wolne szkoły, które mogą zakładać także rodzice. We wrześniu 2011 r. pierwsze 24 wolne szkoły rozpoczęły działalność a już zatwierdzono wnioski o stworzenie 150 kolejnych.

Brytyjczycy nie zdecydowali się na razie zezwolić, tak jak Szwedzi, na to by szkoły, które otrzymują fundusze publiczne mogły osiągać zysk. W Szwecji zrezygnowano z takiego obostrzenia, bo nie wszyscy rodzice mogli sobie pozwolić na to, by bezpłatnie organizować szkoły dla swoich dzieci i woleli wynająć do tego profesjonalne firmy. Dzisiaj w Szwecji prawie 30 proc. wolnych szkół należy do prywatnych firm, takich jak na przykład  Kunskapsskolan (prowadzi ona 32 szkoły w Szwecji i planuje zostać patronem dwóch akademii w Wielkiej Brytanii w Richmond i Suffolk).

Do wejścia na brytyjski rynek, o ile będzie taka prawna możliwość, gotowy jest także największy w USA operator szkół finansowanych z pieniędzy publicznych, firma Edison (w USA odpowiednikiem brytyjskich akademii są tzw. chartered schools, któ-rych od 1988 r. powstało ok. 5000). Jak widać, nawet niewielkie poluzowanie państwowej kontroli nad edukacją sprawia, że zaczyna tworzyć się prężny prywatny sektor świadczący usługi edukacyjne.

Lepsza edukacja niższym kosztem

Duchowym ojcem kontrrewolucji edukacyjnej, która od kilkunastu lat obejmuje kolejne kraje jest laureat Nagrody Nobla z ekonomii prof. Milton Friedman. Już w 1955 r.  w pracy „The role of goverment in education” wyszedł on z propozycją stworzenia bonu edukacyjnego, jako sposobu na poprawienie jakości edukacji przez wprowadzenie do niej różnorodności i konkurencji. Dodatkową korzyścią, które pojawiły się w trakcie wprowadzania w życie bonów edukacyjnych są olbrzymie oszczędności.

Jak podaje prof. Caroline M. Hoxby  z Uniwersytetu Harvarda w pracy „School choice and school competition: Evidence from the United States” (“Wybór szkoły a konkurencja. Na przykładzie USA”) opublikowanej w 2003 r. w Swedish Economic Policy Review przeciętny bon oświatowy był wart zaledwie od 14 proc. do 29 proc. tego co wydawano na ucznia w publicznej oświacie (najhojniejszy stan Milwaukee oferował bony o wartości zaledwie połowy wydatków na ucznia –  5783 dol. zamiast 11 436 dol.). Pomimo tak dużo niższych wydatków nie tylko nie pogorszyło to wyników edukacyjnych, ale je poprawiło. Jak podaje tygodnik „The Economist” w USA w ośmiu podobnych eksperymentach z bonami edukacyjnymi, siedem pokazało statystycznie istotną poprawę wyników dzieci w szkołach (ósmy także pokazało taki efekt, ale ze względów metodologicznych ich nie uwzględniono).

Co ciekawe, zbawienny wpływ bonów edukacyjnych ujawnia się bez względu na szerokość geograficzną, zamożność kraju czy specyfikę kulturową. Jak piszą Joshua D. Angrist, Eric Bettinger, Erik Bloom, Elizabeth King Michael Kremer  w pracy “Vouchers for Private Schooling in Colombia: Evidence From a Randomized Natural Experiment” (Bony oświatowe do prywatnych szkół w Kolumbii. Naturalny eksperyment) opublikowanej w 2002 r. w American Economic Review, w latach 90. ubiegłego wieku w Kolumbii w ten sposób chciano zwiększyć liczbę młodzieży uczęszczającej do szkół średnich.

A ponieważ chętnych było więcej niż pieniędzy przygotowano 125 000 bonów, które rozlosowano wśród aplikantów. Bony miały wartość mniej więcej połowy kosztów edukacji w publicznej szkole. Pomimo tego młodzież, która otrzymała bony miała o 15-20 proc. wyższe prawdopodobieństwo, niż uczeń szkoły publicznej tego, że skończy liceum, o 5 proc. mniejsze prawdopodobieństwo powtarzania klasy oraz częściej niż dzieci z publicznych szkół przystępowały do egzaminów na studia.

>Światowy ranking szkół wyższych 2012

Jak pokazują powyższe przykłady, im więcej władzy nad edukacją rządy oddają w ręce rodziców, tym dzieci mają lepsze wyniki w szkole a wszystko kosztuje zdecydowanie mniej. Nie bez powodu wprowadzanie obowiązkowej publicznej edukacji w pierwszym stanie USA, który się na to zdecydował – Massachusetts  – trwało ok. 30 lat, odbyło się wbrew sprzeciwowi 80 proc. mieszkańców stanu a ostatnie miasteczko –  Barnstable, podało się dopiero w 1880 r., kiedy do miasta wkroczyła uzbrojona milicja stanowa, która eskortowała dzieci do szkoły, tak by rodzice nie próbowali ich odbić.

Aleksander Piński


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test