Ekologiczne opłaty podniosły ceny prądu o 20 proc.

10.03.2011
4 marca Sejm przyjął ustawę o efektywności energetycznej. Wprowadza ona tzw. białe certyfikaty, będące rodzajem podatku dopisywanego do ceny energii. Eksperci szacują, że nowa danina podniesie cenę prądu średnio o 3 proc. Jeśli doliczyć do tego udział w cenie prądu kosztów systemu wspierania energetyki odnawialnej oraz zakup uprawnień do emisji CO2, to okaże się, że prąd jest już niemal o 20 proc. droższy.  I tylko energetyki odnawialnej wciąż niemal nie ma.

(CC BY-NC-SA Premshree Pillai)


Najnowsza ustawa o efektywności energetycznej, to kolejny akt legislacyjny związany z wdrażaniem w Polsce unijnych dyrektyw. Komisja Europejska w ramach polityki energetyczno – klimatycznej zobligowała państwa członkowskie do zmniejszenia zużycia energii o 20 proc. do 2020 roku. Każdy z krajów unijnych został zobowiązany do konkretnych działań, które mają doprowadzić do osiągnięcia tego celu. Chodziło m.in. o stworzenie mechanizmów prawno -finansowych zachęcających firmy i instytucje do oszczędzania energii. Jednym z nich są tzw. białe certyfikaty, na które zdecydowała się także Polska.

Dokumenty w kolorach tęczy

To rozwiązanie zakłada, że dostawcy nośników energetycznych muszą wykazywać, iż ich odbiorcy w danym roku zmniejszyli zużycie prądu czy ciepła o określoną procentowo, zapisaną w ustawie ilość. Jak mogą to wykazać? Każdy odbiorca energii (objęty ustawą o efektywności energetycznej), który zmniejszy zużycie, dostaje za to właśnie białe certyfikaty. Ci, którzy nie będą ich posiadać albo będą mieć za mało zapłacą finansowe kary (wpływy z tego tytuły pójdą m.in. na inwestycje podnoszące efektywność energetyczną w elektrowniach i ciepłowniach). Tak czy owak dostawcy energii będą musieli płacić za zmniejszanie zużycia energii i nie ma wątpliwości, że wynikające z tego koszty przerzucą na odbiorców, rekompensując sobie wydatki w cenach prądu czy ciepła.

Henryk Kaliś, przewodniczący Forum Odbiorców Energii Elektrycznej i Gazu oraz pełnomocnik zarządu ds. zarządzania energią w Zakładzie Górniczo-Hutniczym „Bolesław”, ocenia, że w Polsce system białych certyfikatów podniesie cenę prądu średnio o 6 zł za 1 megawatogodzinę (MWh). Przy przeciętnej cenie energii elektrycznej dla przemysłu dochodzącej ostatnio do 200 zł za 1 MWh (to cena u producenta, bez uwzględniania opłat za przesył) te 6 zł wydaje się drobiazgiem. Ocena skutków wprowadzenia białych certyfikatów wypadnie jednak zupełnie inaczej, gdy uwzględni się, że nie są one pierwszym, lecz kolejnym już ekologicznym parapodatkiem zwiększającym cenę energii.

Takich parapodatków obowiązuje już kilka. Pierwszym z nich były tzw. zielone certyfikaty, wprowadzone w Polsce w 2005 r. To rozwiązanie ma bardzo podobną zasadę działania jak białe certyfikaty. I tak samo jak one było skutkiem dostosowywania polskich przepisów do unijnych dyrektyw. W tym przypadku chodziło o dyrektywę obligującą kraje Wspólnoty do rozwoju energetyki odnawialnej. By zachęcić inwestorów do budowania w Polsce wiatraków, elektrowni wodnych czy biogazowni, rząd przyjął przepisy zmuszające dostawców prądu do kupowania go od producentów wykorzystujących odnawialne źródła energii. W dodatku z tych przepisów wynikało, że każdy, kto będzie produkował prąd ze źródeł odnawialnych dostanie finansowe wsparcie. W postaci owych zielonych certyfikatów, które skupują dostawcy prądu zobligowani do wykazania się, że kupili określoną ilość energii elektrycznej wytworzonej przy wykorzystaniu siły wiatru czy wody. Problem polegał na tym, że cena zielonych certyfikatów była od początku bardzo wysoka. W zeszłym roku przekroczyła 270 zł za 1 MWh, czyli była wyższa od rynkowej ceny takiej ilości prądu. To sprawiło, że inwestycje w energetykę odnawialną w Polsce zaczęły się opłacać. Sęk w tym, że koszty tego rozwiązania zostały przerzucone na konsumentów. Dostawcy prądu podnieśli jego cenę o koszty zakupów zielonych certyfikatów.

Jakby tego było mało, państwo wprowadzało na tej samej zasadzie kolejne finansowe zachęty dla wytwórców prądu i nośników energetycznych, którzy albo korzystali ze źródeł odnawialnych albo z tzw. kogeneracji (jednoczesna produkcja prądu i ciepła), zapewniającej dużo większą efektywność przy produkcji energii elektrycznej. Były to żółte, czerwone, fioletowe oraz brązowe certyfikaty.

– Łączny koszt kolorowych certyfikatów to obecnie prawie 40 zł na jedną megawatogodzinę – mówi Henryk Kaliś. – Do tego trzeba będzie teraz doliczyć koszty wynikające z wprowadzenia białych certyfikatów. A to nie koniec obciążeń wynikających z unijnej polityki energetyczno-klimatycznej, bo uwzględnić należy jeszcze to, że polskie elektrownie już teraz płacą za część emitowanego dwutlenku węgla. Energetycy szacują, że tylko płacenie za emisję CO2 powoduje zwiększenie kosztów produkcji prądu w Polsce o 10 zł za każdą megawatogodzinę. Ten koszt także przerzucany jest na odbiorców w formie wyższej ceny prądu.

Odnawialna energia tylko na papierze

Ekologiczne parapodatki zawarte w cenie energii wywołują w Polsce ogromne kontrowersje. Po pierwsze dość powszechny jest pogląd, że ów system – wyjąwszy uprawnienia do emisji CO2 – jest mało efektywny. To znaczy jego efekty są dużo gorsze niż planowano. Najlepszym tego przykładem są zielone certyfikaty, które miały doprowadzić do szybkiego rozwoju energetyki odnawialnej w Polsce. Rezultat jest jednak porażający, szczególnie, gdy weźmie się pod uwagę ponoszone z tego tytułu koszty (2,5 mld zł w 2009 r. według danych Agencji Rynku Energii). Po pierwsze udział źródeł odnawialnych w produkcji elektrycznej jest dużo niższy od zakładanego. W zeszłym roku miał on wynieść 7,5 proc., a według szacunkowych danych osiągnął poziom 6 proc. A to znaczy, że zielonych certyfikatów jest za mało i dostawcy prądu płacą kary za to, że kupują za mało energii odnawialnej. W latach 2006-2010 kosztowało ich to 1,3 mld zł.

To zaś tylko czubek góry lodowej. W 2009 r. ze źródeł odnawialnych wyprodukowano w Polsce 8,6 terawatogodzin (TWh) energii elektrycznej. Z tego 0,84 TWh przypadło na elektrownie wiatrowe, biomasowe i biogazowe, 2,8 TWh na tzw. zawodowe elektrownie wodne (czyli duże siłownie, które istniały jeszcze przed wprowadzeniem zielonych certyfikatów) i aż 4,5 TWh na tzw. współspalanie. Współspalanie to po prostu dorzucanie drewna (i innych surowców uznawanych za odnawialne źródło energii, np. zboża), do kotłów na węgiel, co praktykowane jest powszechnie w dużych elektrowniach węglowych. Koszt dostosowania kotłów na węgiel tak, by można było używać biomasy, jest niewielki. Dlatego elektrowniom bardzo się to opłaca. Muszą wydać niewiele, a zarabiają na tak produkowanej energii – dzięki zielonym certyfikatom – dwa razy więcej niż na produkcji prądu z samego węgla. Nic dziwnego, że udział współspalania w produkcji prądu ze źródeł odnawialnych wzrósł w latach 2005-2009 z 23 do 50 proc. Problem jednak w tym, że takie spalanie biomasy, to bardzo nieefektywna metoda produkcji prądu, dużo mniej wydajna niż w przypadku węgla czy gazu. Prof. Jan Popczyk z Politechniki Gliwickiej, ekspert w dziedzinie energetyki odnawialnej, porównuje stosowanie tej metody do praktyki z czasów Gierka, polegającej na tym, że przy wyliczaniu wielkości wydobycia węgla w Polsce nie odejmowano od niego odpadu, czyli kamienia. Ta praktyka miała prosty cel: wykazać, że wydobycie jest dużo większe niż było w rzeczywistości.

Masowe stosowanie współspalania przez elektrownie węglowe prowadzi do tego samego: zafałszowania statystyk, przy których czytaniu laik może z radością skonstatować, że energetyka odnawialna w Polsce prężnie się rozwija. A jak to wygląda w rzeczywistości? Moc zainstalowana elektrowni wiatrowych w Polsce sięgnęła w zeszłym roku 1,1 tys. MW. Dla porównania – według danych European Wind Energy Association – w Niemczech to już 27 tys. MW, w Hiszpanii – 21 tys. MW, we Francji – 5,7 tys. MW, w Wielkiej Brytanii – 5,2 tys. MW, a w Portugalii i Danii, państwach dużo mniejszych od Polski, po 3,8 tys. MW.

A przecież zielone certyfikaty wprowadzano w Polsce po to, żeby w całym kraju powstawało jak najwięcej nowych elektrowni wykorzystujących odnawialne źródła energii: wiatraków, siłowni wodnych, biogazowni itd. Tymczasem powstaje ich wciąż stosunkowo niewiele, a na zielonych certyfikatach zarabiają głównie właściciele dużych elektrowni i elektrociepłowni węglowych oraz tych wodnych, które zostały wybudowane dawno temu i już wiele lat temu się zwróciły. To jest główna wada polskiego systemu wspierania rozwoju odnawialnych źródeł energii: że wspiera się produkcję, a nie inwestycje.

– W Polsce właścicielowi wiatraka państwo zapewnia wsparcie finansowe także wtedy, gdy już ta inwestycja mu się zwróciła. W Niemczech tylko na okres zwrotu zainwestowanego kapitału – mówi Henryk Kaliś z Forum Odbiorców Energii Elektrycznej i Gazu.

Dzieje się tak również dlatego, że nasz zachodni sąsiad przyjął inny model wspierania energetyki odnawialnej, nazywany „feed in tarrif”. Polega on na tym, że firmie budującej np. elektrownię wiatrową państwo zapewnia wyższą stawkę za prąd na okres zwrotu zainwestowanego kapitału. Niemiecki system miał też tę przewagę, że był bardziej elastyczny i różnicował poziom wsparcia w zależności od źródła energii odnawialnej. Dzięki temu, gdy w Niemczech powstało już dużo wiatraków, dużo większe wsparcie niż one zaczęły otrzymywać biogazownie, na których rozwoju rządowi niemieckiemu także bardzo zależało. W efekcie w Niemczech jest 4 tysiące biogazowni, a w Polsce poniżej 200.

Joanna Strzelec Łobodzińska, wiceminister gospodarki, powiedziała w lutym, że rząd pracuje nad nowymi rozwiązaniami, które zmieniłyby zasady udzielania wsparcia energetyki odnawialnej – tak, by nowe elektrownie mogły liczyć na większą pomoc finansową niż instalacje, które już się zwróciły. Preferencje mają mieć też małe elektrownie, które są mniej opłacalne od dużych. Ministerstwo Gospodarki nie zamierza jednak na razie wprowadzić zasady, że zielone certyfikaty właściciele elektrowni wykorzystujących źródła odnawialne dostają tylko na okres zwrotu zainwestowanego kapitału. To zaś oznacza, że nie zniknie jedna z głównych wad polskiego systemu.

Defektów energetyki odnawialnej jest więcej. Najwięcej mają ich elektrownie wiatrowe, dla których – by zapewnić stabilną produkcję prądu – trzeba budować (znów na koszt odbiorców) tzw. moce rezerwowe, wykorzystywane wtedy, gdy nie wieje wiatr. Do tego operatorzy infrastruktury energetycznej będą musieli wybudować nowe sieci, umożliwiające odbiór i przesył do odbiorców prądu wyprodukowanego przez elektrownie wiatrowe. Koszty tych inwestycji liczone są w setkach milionów złotych. Niestety, o przyjętej kilka dni temu ustawie o efektywności energetycznej także powszechnie mówi się, że wprowadza wadliwy, nieefektywny system. Tego zdania jest między innymi Urząd Regulacji Energetyki i Krajowa Agencja Poszanowania Energii. To niepokoi tym bardziej, że parapodatki ekologiczne zawarte w cenie energii zaczyna coraz bardziej dotkliwie odczuwać przemysł.

– Polska energetyka należy do najbardziej uzależnionych od węgla i dlatego ponosi dużo większe koszty unijnej polityki energetyczno – klimatycznej niż zdecydowana większość krajów unijnych – mówi Henryk Kaliś. – To oznacza, że cena prądu rośnie u nas szybciej niż w innych krajach unijnych. Już w tej chwili energia elektryczna dla odbiorców przemysłowych jest droższa niż w Hiszpanii czy w Niemczech. W Polsce sektory energochłonne nie mają żadnych ulg w – bardzo wysokiej – akcyzie za prąd.

Zdaniem Kalisia w wariancie najbardziej pesymistycznym fabryki z energochłonnych sektorów przemysłu w Polsce będą zamykane albo przenoszone do krajów z tańszą energią. Zapowiedziała to już Huta Aluminium Konin, jeden z największych zakładów przemysłowych. Firma szuka odpowiedniej lokalizacji.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test