Na redukcji CO2 można zarobić

11.07.2011
Unia powinna dać przykład w ograniczeniu emisji Chinom, a przy okazji sprzedać im technologie. Najpierw musi jednak zmierzyć się z celami, które sama sobie narzuciła. Dla Polski i Niemiec też znajdą się dobre rozwiązania – mówi w wywiadzie Jesse Scott z Centrum Strategii Europejskiej.

Przeciwnicy radykalnego ograniczania emisji w Europie argumentują, że bez ograniczeń w USA i Chinach przemysł krajów UE straci konkurencyjność. (CC By-SA Tom Raftery)


Obserwator Finansowy: Co Pani sądzi o polskim sprzeciwie wobec zwiększenia limitów redukcji CO2 z 20 do 25-30 procent do 2020 roku?

Jesse Scott: To może być zrozumiała decyzja w krótkim terminie, ale nie pomoże nam w długoterminowym ograniczeniu emisji CO2 i rozwoju czystych technologii. Te zaś przydałyby się w Europie. Za każdym razem kiedy kupujemy uprawnienia do emisji CO2 na zewnątrz de facto inwestujemy w obce gospodarki. Na spotkaniu ministrów środowiska w Luksemburgu Polska postawiła jednak sprawę bardzo jasno i dziwię się czemu reszta Europy była zaskoczona. Efekt jest taki, że dopiero teraz zacznie się poważna dyskusja na ten temat. Najważniejsze jest pytanie, czy dodatkowy wysiłek i zwiększenie limitów powinno być takie same dla wszystkich krajów członkowskich.

Polski minister środowiska powtarzał, że nasz przemysł i energetyka opierają się na węglu i wprowadzenie czystych technologii będzie bardzo kosztowne. Czy powinien być dodatkowy fundusz dla krajów w takiej sytuacji?
Polska jest niezwykle zależna od węgla i to problem nie tylko w perspektywie najbliższej dekady. Cele na 2020 rok są przecież tylko pierwszym krokiem na ścieżce, która ma doprowadzić do dekarbonizacji całej gospodarki o 80 procent do 2050 roku. Na to Polska zgodziła się wobec Rady Europejskiej. Oznacza to, że energetykę i przemysł trzeba zdekarbonizować niemal całkowicie mniej więcej do roku 2030. W przeciwieństwie do rolnictwa, albo transportu są bowiem technologie, które łatwiej na to pozwalają.

Ale skąd wziąć na to pieniądze?
Może powinny znaleźć się szczególne rozwiązania dla Polski i dla innych krajów zależnych od węgla. Kluczem jest na pewno ucieczka od niego. Ogromną szansą jest gaz.

Nasz rząd mówi raczej o dwóch elektrowniach atomowych.
Takie inwestycje zawsze wymagają zgody społeczeństwa. Poza tym realizuje się je długo i zawsze są bardzo drogie. Elektrownie gazowe są zaś tanie, buduje się je szybko i są o wiele bardziej elastyczne – łatwo je włączyć kiedy są potrzebne i wyłączyć jeśli nie są. Dlatego w całej Europie trwa budowa takich elektrowni. To jest możliwe także w Polsce. Globalny rynek gazu jest teraz bardzo dobry, powstaje u was terminal LNG i macie ogromny potencjał gazu łupkowego.

Całkowicie mamy skreślić węgiel? Nawet ten czysty powstający w technologii CCS (Carbon capture and storage)?
CCS będzie używane i jest bardzo potrzebne. Elektrownie węglowe budowane są nawet na 50 lat. Te dziś istniejące będą musiały być albo przedwcześnie zamknięte, albo użyje się w nich właśnie CCS. To jest technologia, która działa, ale wymaga jeszcze przetestowania w pełnej skali: w elektrowni mającej moc 300, a nie 30 megawatów. Polska ma duże szanse na otrzymanie dofinansowania na eksperymentalny projekt w Bełchatowie. Mam nadzieję, że takich dofinansowań w Polsce będzie jeszcze więcej. Szczególnie, że CCS działa nie tylko z węglem, ale i z gazem.

Dlaczego jednak tylko Europa chce ograniczać emisję CO2? Chiny i Stany Zjednoczone nie mają takich planów.
Dlatego, że globalne ocieplenie jest wielkim problemem na świecie. Coraz częściej mówi się o tym także w Chinach. To Europa musi jednak pokazać drogę, którą Chiny pójdą. Po drugie Unia i tak musi poczynić ogromne inwestycje w energetykę. Zapotrzebowanie na energię rośnie, a znaczna część infrastruktury energetycznej jest bardzo stara, szczególnie we wschodniej Europie. I jeśli już modernizujemy tę infrastrukturę powinniśmy ją uczynić niezależną od eksportu ropy i opartą na lokalnych zasobach: słońcu, wietrze, gazie. Po trzecie wreszcie, Europa chce zarabiać na ogromnym i szybko rosnącym rynku technologii niskoemisyjnych. Firmy ze starego kontynentu dominują na nim i już zarabiają poważne kwoty. Na CCS będzie ogromny rynek nie tylko w Europie, ale i w Chinach.

Uważa Pani, że ograniczanie emisji CO2 to nie tylko koszty, ale i zyski dla europejskiej gospodarki?
Tak. W tej chwili niemiecki Siemens ponad 25 proc. zysków czerpie z zielonych technologii i spodziewa się, że do 2014 r. będzie to już 40 proc.

Skoro mówimy o Niemczech – tam 50 proc. energii także czerpie się z węgla, a od elektrowni atomowych postanowiono odejść. Z czego będzie produkowany prąd?
Cała Europa patrzy na Niemcy, bo ten kraj ma ogromny problem. Dokładniej niemiecka opinia publiczna ma problem nie tylko z elektrowniami atomowymi, ale wszelkimi nowymi inwestycjami w energetyce, z CCS włącznie. Jeśli taki stan rzeczy się utrzyma, to trzeba będzie importować prąd. Alternatywą są – tak jak w Polsce – elektrownie gazowe oraz technologia czystego węgla.

Tylko czy oparte na węglu Niemcy i Polska będą się potrafiły porozumieć z nuklearną Francją i zieloną Skandynawią?
Mam nadzieję, że tak. Wiem, że Polska nie przepada za europejskim systemem handlu uprawnieniami do emisji, ale on jest także szansą dla Europy. Jako system rynkowy pozwala wszystkim rozwiązaniom konkurować na tych samych zasadach. Nie faworyzuje jednej technologii nad drugą. Uczestniczą w nim państwa skandynawskie, uczestniczy Francja, uczestniczy Polska. Zdaję sobie jednak sprawę, że cele na rok 2020 to dopiero początek europejskiej dyskusji. Już powinniśmy się zastanawiać nad rokiem 2030, 2040 i docelowo 2050. Tej jesieni podczas polskiej prezydencji Komisja Europejska przedstawi mapę drogową dotyczącą szczegółów europejskiego rynku energii do roku 2050. To będzie bardzo ważny dokument, który wiele wyjaśni. Rynek ten wymaga oczywiście odpowiedniej infrastruktury – gazociągów, połączeń energetycznych. Na to musi znaleźć się finansowanie w budżecie Unii Europejskiej i Europejskiego Banku Inwestycyjnego. Nie ma przecież dużej liczby połączeń między Niemcami, a Francją, miedzy Francją, a Wielką Brytanią, między Francją, a Hiszpanią. Polska też nie jest połączona z bogatymi w energię członkami UE. Tak samo państwa bałtyckie. Budowa infrastruktury będzie na pewno wielkim wyzwaniem przez następną dekadę.

Rozmawiał Marek Pielach

Jesse Scott jest dyrektorem programu “Energia i klimat” w demosEUROPA – Centrum Strategii Europejskiej.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test