Ameryka w zbawiennym impasie

18.06.2015
Wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych dopiero w 2016 roku, ale już teraz scenę polityczną rozgrzewają spekulacje, kto może je wygrać. – Ze społeczno-gospodarczego punktu widzenia będziemy wybierać między indywidualistyczną kontrrewolucją a dalszym dryfowaniem w stronę państwa dobrobytu na wzór europejski – uważa prof. Richard Vedder, ekonomista z Uniwersytetu Ohio.

Richard Vedder


ObserwatorFinansowy.pl: Dane statystyczne pokazują, że sytuacja gospodarcza Stanów Zjednoczonych powoli się poprawia. Czy to oznacza, że – wbrew przewidywaniom konserwatywnych ekonomistów – te wszystkie antykryzysowe pakiety stymulacyjne okazały się skuteczne?

Richard Vedder: Wstrzymałbym się z tak jednoznaczną oceną. Od ostatnich wydatków antykryzysowych minęły już cztery lata, a gospodarka zaczęła się wzmacniać właśnie w ciągu tych czterech lat, a nie w latach 2008–2011, gdy tamte pakiety działały. Nie mamy żadnych dowodów na to, że ożywienie nastąpiło w wyniku rządowych wydatków. Nie możemy popełniać prostego błędu wnioskowania, że coś, co następuje wcześniej, musi być przyczyną tego, co następuje potem. Obecne ożywienie nie jest zresztą szczególnie dynamiczne, a jeśli porównać je z poprzednimi okresami wychodzenia z recesji od czasów Wielkiego Kryzysu, to jest nawet najsłabsze.

W teorii można nawet rozważyć alternatywny scenariusz, w którym nasza gospodarka rosłaby teraz szybciej, gdyby nie obciążono wcześniej podatników kosztami ratowania systemu. Mówię to wszystko jako ktoś, która poparł wprowadzenie przez George’a W. Busha słynnego TARP-u, czyli programu niosącego antykryzysową ulgę bankom. Nie mam poczucia satysfakcji i potrzeby bronienia swojego dawnego stanowiska. Nie ma dowodów, że te wydatki dały pozytywne efekty.

Może rozruszaniu gospodarki sprzyjało to, że mimo wrażenia, które sprawiał na początku kadencji – a jawił się wtedy jako lewicowy radykał – Barack Obama koniec końców pozostał dość rozsądny?

Cóż, w Stanach prezydent Obama może być mimo wszystko nazywany radykałem, ale nie dziwię się, że z perspektywy europejskiej wygląda to inaczej. W Niemczech nazwano by go zapewne umiarkowanym socjaldemokratą. Z punktu widzenia swoich przekonań, a te są lewicowe, Obama odniósł dwa potężne sukcesy. Wprowadził reformę służby zdrowia, rozszerzając zakres ubezpieczeń, oraz sektora finansowego, wzmacniając rolę instytucji nadzorczych. Próbował także wprowadzić bardziej restrykcyjną politykę klimatyczną, ale skończyło się na śmiałej retoryce.

A jak Pan jako ekonomista ocenia sukcesy Obamy?

W reformie finansowej na pewno dobre było to, że nałożyła większe wymogi i ograniczenia na działalność banków inwestycyjnych. Gorzej, że rozbudowała uprawnienia biurokracji, powołała nowe instytucje i generalnie wzmocniła rząd. Niestety, nie wyeliminowała moralnego hazardu i jestem pewien, że gdyby zaszły odpowiednie okoliczności, banki i inne duże instytucje finansowe znów byłyby ratowane pieniędzmi podatników. W kwestii reformy ubezpieczeń zdrowotnych moja ocena jest jednoznacznie negatywna – żaden z problemów, które ta reforma miała rozwiązać, nie został rozwiązany, a tylko namnożyły się nowe. Tę reformę według sondaży popiera 40 proc. Amerykanów, a 55 proc. jest jej przeciwnych. Są w tej grupie także lekarze, którzy w jej wyniku mniej zarabiają. Niektórzy sądzą, że ten zawód ten przestaje być lukratywnym zajęciem i mniej osób zechce go studiować, więc za jakiś czas możemy mieć w Stanach deficyt lekarzy.

Amerykanie lubią mimo wszystko wolność, a ta ustawa ją ogranicza. Wiem, że nasz system opieki zdrowotnej nie był doskonały, przede wszystkim był drogi, ale z drugiej strony wielu skomplikowanych terapii, zabiegów czy operacji dokonywano w USA na bardzo wysokim poziomie właśnie dzięki temu, że byli chętni, by za te operacje słono płacić.

Jest jednak jedna reforma, z którą się zgadzam, ale do której Obama podszedł w zły sposób. Mam na myśli liberalizację polityki imigracyjnej. Prezydent chce ją zrealizować drogą administracyjnych dekretów i z pominięciem Kongresu, co sprawia, że protestuje nie tylko Kongres, lecz także Sąd Najwyższy, bo takie podejście może być niezgodne z konstytucją.

Kongres jest zdominowany przez republikanów, którzy skutecznie blokują inicjatywy administracji Obamy. Czy taka sytuacja nie jest irytująca?

Wręcz przeciwnie. To zbawienny impas, który daje nam pewność, że do końca kadencji Obamy nic znaczącego się nie wydarzy, np. nie wzrosną podatki. Sądzę, że dzięki tej przewidywalności nasza gospodarka zyskuje, a ludzie czują się pewniej, bezpieczniej. Mamy niskie bezrobocie, niższe niż w większości krajów Europy. Każdy, kto chce pracować, pracę znajdzie. Teraz właściwie powinniśmy czekać, aż koniunktura sama przyjdzie.

A rosnące zadłużenie budżetu? Samo się nie zredukuje.

Nie twierdzę, że impas jest dobry w długiej perspektywie. Co jakiś czas, co 5–10 lat trzeba oczywiście coś zmienić, zreformować podatki, regulacje, zaktualizować przestarzałe prawo. Co do zadłużenia naszego budżetu, to wynosi ono w zależności od metody liczenia 70–100 proc. naszego PKB, czyli sporo, ale od jakichś dwóch latach rośnie wolniej, mniej więcej w tym samym tempie co PKB. Tymczasowo więc problem jest mniej widoczny, nie jesteśmy w sytuacji Grecji, choć jeśli zaniechamy wszelkich działań w tym zakresie, za kilka lat w takiej sytuacji możemy się znaleźć. John Maynard Keynes mawiał wprawdzie, że w długiej perspektywie wszyscy jesteśmy martwi, ale czy miał rację? Zależy to od długości tej perspektywy. Większość z nas chciałaby sobie jeszcze trochę pożyć.

Dla mnie zaskoczeniem jest siła dolara. Wróżono mu wszystko, co najgorsze, a ten nie tylko się trzyma, lecz jeszcze umacnia. Skąd ta jego siła?

Dobre pytanie. Przewidywanie kursów walut to cenna umiejętność i gdybym ją posiadł, siedziałbym teraz na jachcie i popijał drinki z palemką zamiast dawać wywiady (śmiech). Jak wytłumaczyć siłę dolara? Sądzę, że słabością światowych gospodarek, które w porównaniu z naszą wypadają dość blado. Nie jesteśmy już oczywiście potęgą, jak kiedyś, ale wciąż jesteśmy prężni, rośniemy, mamy stabilny system polityczny, niską inflację, niskie bezrobocie… Proszę to porównać z sytuacją Unii Europejskiej, która zmaga się z problemami swoich członków, m.in. Grecji, Włoch czy Hiszpanii. Ludzie wciąż cenią dolary, bo czują się z nimi bezpiecznie. To zresztą historia podobna do sprawy franka szwajcarskiego. Ludzie cenią franka i chcą go mieć, bo znają siłę i stabilność tamtejszej gospodarki.

Siła Ameryki wynika z tego, że nie przypomina Europy?

Jeszcze nie przypomina. Wybory prezydenckie w 2016 roku będą przełomowe. Amerykanie wybiorą, czy chcą powrotu do indywidualistycznej tradycji, w której ważna jest przedsiębiorczość, osobista odpowiedzialność, niskie podatki i niewielka liczba regulacji, czy może chcą kontynuować dryfowanie w stronę socjalnej Europy i modelu państwa dobrobytu. Nie chodzi o to, że jeśli wybiorą demokratę, to natychmiast staniemy się Szwecją, tylko o pewną cywilizacyjną decyzję, drogowskaz na kolejne lata.

Gdy czyta się amerykańską prasę i felietony ekonomistów, widać mocne podziały co do preferowanego modelu gospodarczego. Czy to tylko zaostrzona w celu zdobycia uwagi czytelników publicystyka, czy tak mocne podziały w środowisku naukowym są realne?

Są realne. Ekonomia to nie jest nauka doskonała, czasami bliżej jej do jakiegoś rodzaju sztuki niż nauki, więc takie światopoglądowe dyskusje są jej immanentną częścią. Swoją drogą – wbrew powszechnej intuicji – ekonomiści w USA byli i są raczej lewicowi. Proporcjonalnie rzecz biorąc, odsetek ekonomistów głosujących w ostatnich wyborach na Obamę był większy niż odsetek zwolenników Obamy w całej populacji.

Co będzie najważniejszym wątkiem dyskusji ekonomicznej w trakcie kampanii wyborczej? Nierówności?

Na pewno będą ważnym tematem – one faktycznie rosną i to nie podlega dyskusji. Na nieszczęście dla Obamy rosną także w czasie jego kadencji. Jedną z przyczyn tej sytuacji może być polityka banku centralnego. Niskie stopy procentowe pompują giełdy i rynki surowcowe, zwiększając wartość majątku posiadaczy akcji i towarów. To klasyczny przypadek, gdy bogaci się bogacą nie w wyniku swoich działań, lecz przez przypadek. To odbiera motywację do pracy biednym grupom. Należałoby przemyśleć politykę społeczną i zastanowić się, co zrobić, żeby odwrócić ten trend.

Jakie miejsce w dyskursie publicznym w Stanach Zjednoczonych zajmują obecnie środowiska wolnościowe, od Tea Party po Partię Libertariańską?

Tea Party nie jest już tak wpływowa jak trzy lata temu, ale wciąż mocna. Widać to po kandydatach do nominacji prezydenckiej w partii republikańskiej. Mamy tam wolnorynkowego konserwatystę Marka Rubio, którego dodatkową zaletą jest to, że kochają go kobiety, a także Randa Paula, syna słynnego libertariańskiego guru Rona Paula. Oczywiście Jeb Bush jest także silny, a on reprezentuje mniej radykalne podejście do wolności i rynku. Mimo wszystko układ sił jest taki, że jeśli wybrany zostanie prezydent republikański, to będzie musiał prowadzić politykę w stylu Ronalda Reagana. Po drugiej stronie, wśród demokratów, mamy przede wszystkim Hillary Clinton, która jest trochę mniej lewicowa niż Obama, jest bardziej w centrum. To, czy dostanie nominację, nie jest oczywiście pewne, w dużej mierze ze względu na niejasności związane z finansowaniem fundacji Clintonów. Muszę powiedzieć, że choć do wyborów jeszcze sporo czasu, wszyscy już tutaj nimi żyją. Wiedzą, jak ważne one będą dla przeciętnego Amerykanina.

Rozmawiał: Sebastian Stodolak

Prof. Richard Vedder – ekonomista z Uniwersytetu Ohio, historyk i publicysta, znany z przekrojowych prac na temat rynku pracy i polityki społecznej. Wraz ze Stephenem Moorem opublikował w 2007 r. w „The Wall Street Journal” słynny artykuł, z którego wynika, że podniesienie podatków o 1 dol. skutkuje przerastającym tę sumę zwiększeniem rządowych wydatków.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test