Azja zagrożona po raz drugi

01.06.2012
Azjatyckie rządy były zadowolone z siebie po kryzysie 2008-2009. Tempo wzrostu w regionie mocno wprawdzie spadło, ale Azja - za wyjątkiem Japonii, którą dotknęła najgłębsza w czasach współczesnych recesja - przetrwała ten nadzwyczaj trudny okres we wspaniałej kondycji. W ciągu niespełna czterech lat Azję dotyka jednak drugi ogromny, zewnętrzy wstrząs popytowy.

Chińska gospodarka słabnie (pracownicy w Pekinie w czasie przerwy, CC By A. Kaliński)


Tym razem z Europy, gdzie nasilający się kryzys zadłużenia państwowego grozi przekształceniem łagodnej recesji w coś znacznie gorszego. Możliwe jest wyjście Grecji ze strefy euro, co mogłoby wyzwolić epidemię w całym tym regionie. To dla Azji wielki problem.

Powiązania finansowe i handlowe sprawiają, że Azja jest wysoce podatna na schorzenia Europy. Z uwagi na więzy finansowe nie można traktować lekko ryzyka, jakie stwarza dla Azji europejski kryzys bankowy. Ponieważ brak tam rozwiniętych rynków kapitałowych (które mogłyby stanowić alternatywę dla kredytu), kanały finansowania bankowego mają dla Azji szczególnie żywotne znaczenie.

Rzeczywiście, jak szacuje Azjatycki Bank Rozwoju, w rozwijających się państwach Azji banki europejskie finansują około 9 proc. całości kredytu krajowego. To trzy razy więcej niż banki z siedzibą w Stanach Zjednoczonych. Rola banków europejskich jest szczególnie istotna w Singapurze i w Hongkongu – dwóch głównych ośrodkach finansowych regionu. Oznacza to, że na skutki kryzysu zagranicznych banków Azja jest dziś narażona znacznie bardziej niż w 2008 r., po upadku Lehman Brothers, który doprowadził niemal do załamania systemu bankowego USA.

Równie niepokojące są skutki kryzysu przenoszące się poprzez powiązania handlowe. Historycznie to USA były dla współczesnej Azji największym źródłem popytu zagranicznego. Wydaje się jednak, że w ostatniej dekadzie to się zmienia. Skuszony spektakularnym wzrostem gospodarki Chin region przestawił się z „ameryko-centrycznego” na „chino-centryczny” rozwój eksportu.

Wyglądało to na dobre posunięcie. Łączne dostawy rozwijających się krajów Azji do USA i Europy spadły w 2010 r. do 24 proc. ich eksportu – choć w latach 1998-1999 wynosiły 34 proc. Jednocześnie w tym samym okresie silnie zwiększyło się uzależnienie Azji od eksportu wewnątrzregionalnego, czyli handlu z krajami regionu: z 36 proc. ich łącznego eksportu w 1998 r. do 44 proc. w roku 2010.

Można sądzić, iż te dane tworzą korzystny obraz coraz bardziej autonomicznej Azji, która może skuteczniej się opierać ciosom ze strony nawracających kryzysów na Zachodzie. Analizy Międzynarodowego Funduszu Walutowego pokazują jednak, że to tylko pozór. 60-65 proc. obrotów wewnątrz regionu można sklasyfikować jako „półwyroby”. To komponenty, które produkuje się w krajach takich jak Korea i Tajwan, montuje w Chinach i które ostatecznie, już jako wyroby finalne, dostarczane są na Zachód.

Ponieważ udział Europy i USA jako końcowych rynków chińskiego wywozu jest nadal największy, nie ma ucieczki przed ścisłym powiązaniem „chino-centrycznego” łańcucha dostaw w Azji ze wzlotami i upadkami popytu w głównych gospodarkach rozwiniętych. Co więcej, w tych powiązaniach jest niepokojący skręt: w samych Chinach zauważa się coraz wyraźniejszy przechył ku Europie jako głównemu źródłu popytu zagranicznego. W 2007 roku Unia Europejska zastąpiła USA w roli największego rynku eksportowego Chin. W 2010 r. przypadało na nią 20 proc. łącznego chińskiego wywozu, podczas gdy na USA – tylko 18 proc.

Innymi słowy, ten „chino-centryczny” łańcuch dostaw w Azji mocno stawiał na wielki europejski eksperyment – a teraz wydaje się, że ten zakład zaczyna się sypać. W Chinach natomiast znów daje się odczuć znany już schemat – zaczyna się wywołane kryzysem w rozwiniętych gospodarkach Zachodu kolejne spowolnienie wzrostu wewnętrznego. A skoro tak dzieje się w Chinach, to w ich w ślady pójdzie wkrótce reszta coraz bardziej zintegrowanej Azji.

Dobra wiadomość jest taka, że jak dotąd spowolnienie powstrzymywane jest o wiele lepiej niż to było pod koniec 2008 r. i na początku 2009 r. Wówczas chiński eksport w ciągu zaledwie siedmiu miesięcy przeszedł od boomu do całkowitego załamania – z 26 proc. wzrostu w skali roku w lipcu 2008 do 27 proc. spadku w lutym 2009 r. Tym razem wzrost eksportu zmalał z 20 proc. w 2011 r. do 5 proc. w kwietniu tego roku. To z pewnością znaczne spowolnienie, ale daleko mu do poprzedniego, wyraźnego załamania. Może się to zmienić w przypadku nieuporządkowanego rozpadu strefy euro, ale jeśli wykluczyć tę sytuację, to tym razem są przesłanki do większego optymizmu.

Zła wiadomość jest natomiast taka, iż wydaje się, że na powtarzających się wstrząsach zewnętrznych Azja mało się uczy. Jedyną skuteczną obronę przeciwko podatności na ciosy zewnętrze stanowi przecież popyt wewnętrzny. Regionowi nie udało się jednak stworzenie takiej „zapory ogniowej”. Przeciwnie: w 2010 r. udział konsumpcji prywatnej w PKB Azji spadł do rekordowo niskiego poziomu 45 proc. – to dwa punkty procentowe mniej niż w 2002 r. W tych okolicznościach odporność na wstrząsy zewnętrzne – którą często nazywa się „odłączeniem”- wydaje się opinią wyssaną z palca.

Podobnie jak w przypadku wielu innych spraw w Azji, klucz do zapewnienia regionowi brakującego popytu wewnętrznego jest w rękach Chin. Przyjęty niedawno 12. plan pięcioletni (na lata 2011-2015) zawiera wszystkie właściwe składniki potrzebne do utworzenia skutecznego buforu między dynamizmem Wschodu a zagrożeniami ze strony nękanego kryzysem Zachodu. Skoro jednak w ciągu trzech i pół roku kryzysy euro już po raz drugi zmuszają chińską gospodarkę do zwolnienia, to chyba nie ma co wątpić, że wprowadzenie planu prokonsumpcyjnej reorientacji gospodarki odwleka się.

W podatnym na kryzysy zglobalizowanym świecie nie istnieją oazy prosperity. Ta prawda dotyczy również Azji, najszybciej rosnącego regionu świata. Ponieważ kryzys w Europie pogłębia się, te dwa typy powiązań – kanał finansowy i kanał handlowy – trzymają gospodarki krajów Azji jak imadło. Reorientacja to jedyne wyjście dla Chin i ich partnerów z łańcucha dostaw. Jeśli do niej nie dojdzie, obejmujące dziś Azję imadło będzie się jedynie dalej zaciskać.

Autor jest wykładowcą na Uniwersytecie Yale, był wcześniej przewodniczącym Morgan Stanley Asia. Jest autorem książki „The Next Asia”.

©Project Syndicate, 2012

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test