Szybka prywatyzacja zaszkodziła polskim firmom

27.06.2018
Autokraci zawyżają wzrost PKB swoich krajów nawet o 30 proc.; większość majątku na świecie posiadają nie najinteligentniejsi i najpracowitsi, ale szczęściarze; szybka prywatyzacja polskich firm była niekorzystna – to wnioski z najciekawszych nowych badań ekonomicznych.


Jan Hagemejer, Jan Svejnar i Joanna Tyrowicz przygotowali pracę „Are Rushed Privatizations Substandard? Analyzing Firm-Level Privatization under Fiscal Pressure”(Czy prywatyzacje pod presją czasu są gorsze? Analiza prywatyzacji firm ze względu na potrzeby finansowe budżetu).

Autorzy analizują w niej anonimowe (czyli niezawierające informacji umożliwiających zidentyfikowanie konkretnych spółek) dane z Polski za okres 1995-2015, w którym wyróżnili dwa relatywnie krótkie etapy „przyspieszonej” prywatyzacji (w 1997 r. i 2001 r.). Przez resztę czasu prywatyzacja odbywała się w tempie, które można nazwać „nieprzyspieszonym”. Naukowcy analizowali 1461 przypadków sprzedania przez państwo firmy. Z innych danych wiadomo, że takich przypadków było 1601, a więc dane autorów obejmują 91 proc. wszystkich prywatyzacji w Polsce w badanym okresie. Te brakujące dane dotyczą firm zatrudniających mniej, niż pięćdziesiąt osób.

Ekonomiści zauważają, że istnieje pozytywna zależność (wskaźnik korelacji 0,63) między udziałem firm podlegających prywatyzacji a presją fiskalną, definiowaną jako część rocznego deficytu budżetowego wykorzystaną do 30 czerwca każdego roku (ta zmienna wynosiła od 13 proc. do 98 proc., ze średnią 58 proc.). Mówiąc inaczej: liczba sprzedawanych firm rosła, gdy w budżecie brakowało pieniędzy.

Z analizy wynika, że prywatyzacja odbywająca się w normalnym tempie prowadzi do wzrostu efektywności (mierzonej tzw. wskaźnikiem Total Factor Productivity) w funkcjonowaniu firmy na poziomie 20,6 proc. Przyspieszona prywatyzacja sprawia, że firmy mają o 17,2 proc. gorszą efektywność w stosunku do firm sprzedawanych bez pośpiechu. Prywatyzacje prowadzone w normalnym tempie prowadzą do wzrostu skali działalności sprzedawanych firm, podczas gdy firmy sprzedawane „na szybko” średnio redukują skalę działalności.

Podobnie wygląda kwestia zatrudnienia w prywatyzowanych firmach. W firmach sprzedawanych powoli zatrudnienie rośnie, w zbywanych szybko maleje. Autorzy konkludują, że twórcy polityki prywatyzacyjnej państwa powinni wziąć pod uwagę te negatywne skutki, gdy następnym razem będą szukali pieniędzy na załatanie dziury budżetowej.

Michał Myck i Monika Oczkowska opracowali analizę „Shocked by Therapy? Unemployment in the First Years of the Socio-Economic Transition in Poland and its Long-Term Consequences” (Zszokowani terapią? Bezrobocie w czasie pierwszych lat socjoekonomicznej transformacji w Polsce i jego długoterminowe konsekwencje). Analizują w niej poziom bezrobocia w Polsce po 1989 r. O ile bowiem PKB szybko zaczęło rosnąć (po chwilowym tąpnięciu na początku lat 90.), o tyle wysokie bezrobocie było jedną z głównych bolączek gospodarki III RP i dopiero ostatnio spadło poniżej 10 proc.

Z analizy wynika, że doświadczenie bezrobocia w latach 1989-1991 wiąże się z redukcją późniejszych dochodów gospodarstwa domowego o prawie 30 proc. a także mniejszym (o ok. 10 punktów procentowych) prawdopodobieństwem posiadania nieruchomości na własność. Także całkowita wartość aktywów tych, którzy doświadczyli bezrobocia w pierwszych latach transformacji ustrojowej, jest znacząco niższa.

Osoby, które w pierwszych latach transformacji doświadczyły bezrobocia, o 11 proc. częściej zapadają na depresję. Co ciekawe, autorzy nie znaleźli podobnych zależności wśród tych, którzy nie mieli pracy w latach 1992-1995. Naukowcy podkreślają, że wyniki ich badań w żadnym wypadku nie podważają przekonania, iż polska transformacja ustrojowa była sukcesem.

Pluchino, A. E. Biondo i A. Rapisarda przygotowali analizę „Talent vs Luck: The Role of Randomness in Success and Failure”(Talent kontra fart: rola losowości w sukcesie i porażce). We wstępie zwracają uwagę na powszechne przekonanie w zachodnich społecznościach o tym, że sukces życiowy jest głównie skutkiem indywidualnych działań albo wrodzonych cech. Rola szczęścia jest bagatelizowana.

Zarówno jednak talent, jak i inteligencja mają tzw.  rozkład normalny, który charakteryzuje się tym, że większość obserwacji jest w okolicach średniej i stosunkowo niewiele na jego obu końcach. Inaczej mówiąc, najwięcej osób ma średni współczynnik IQ i poziom talentu. Stosunkowo niewielu z nas jest wybitnie inteligentnych i utalentowanych, a równie mało jest osób mało rozgarniętych i bez talentu.

Autorzy zwracają uwagę, że taka rozbieżność między „tym, co wkładamy” tzn. talentem i inteligencją, a „tym, co wyjmujemy” czyli rozkładem bogactwa sugeruje, że istnieje jakiś inny czynnik wpływający na ostateczny wynik.

Naukowcy zbudowali model, w którym założyli, iż tym ukrytym czynnikiem jest losowość. Model ten tworzy rozkład bogactwa bardzo podobny do rozkładu majątku obecnie występującego na świecie. Wynika zaś z niego, iż prawie nigdy najbardziej utalentowani i pracowici ludzie nie są najbogatsi, ponieważ wyprzedzają ich osobnicy z przeciętnymi walorami, którzy mieli szczęście. Niedocenianie roli szczęścia w osiągnięciu zawodowego sukcesu sprawia, iż nagrody i zasoby trafiają nie do tych, którzy są najinteligentniejsi i najpracowitsi tylko do tych, którzy mieli fart.

Zdaniem autorów badania społeczeństwa skorzystałyby, gdyby politykę państwa tworzyć, pamiętając o tych prawidłowościach.

Luis R. Martinez opracował analizę „How Much Should We Trust the Dictator’s GDP Estimates?” (Jak bardzo możemy ufać szacunkom PKB dyktatorów?). Autor wykorzystał w swoim badaniu prawidłowość znaną z innych badań, że ilość palących się w nocy świateł (takich jak latarnie, witryny sklepowe itp.) w kraju zmienia się w podobnym stopniu jak PKB (czyli, jeżeli na przykład w Polsce PKB rośnie w ciągu roku o 4 proc. to również o ok. 4 proc. wzrośnie ilość palących się w nocy świateł).

Naukowiec przeanalizował dane z nocnych zdjęć satelitarnych różnych krajów z lat 1992-2008.  Sprawdzał jak zmieniała się ilość palących się świateł w kolejnych latach. Zmiany te były takie same w krajach klasyfikowanych jako wolne, jak i w krajach autorytarnych, dyktatorskich.

Oficjalne wskaźniki wzrostu PKB w dyktaturach są jednak wyraźnie wyższe, niż w krajach wolnych. A skoro ilość palących się w nocy świateł zmienia się w podobnym tempie jak PKB, to można wnioskować, że dyktatorzy zawyżają tempo rozwoju swoich krajów. Martinez oszacował, iż autokraci “pompują” statystyki PKB o ok. 15-30 proc. W przypadku Chin oznaczałoby to, że od 1992 r. do 2005 r. gospodarka tego kraju nie urosła o 120 proc. (średnio 6,3 proc. rocznie), tylko o 90 proc. (4,9 proc. rocznie).

 


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test