Belka: Przeczekaliśmy wyższą inflację bez nerwowych reakcji

12.03.2013
Nowa projekcja inflacyjna pokazała, że jest przestrzeń do bezpiecznego obniżenia stóp procentowych. Dlatego RPP dokonała głębszego ich cięcia. Rada powściągliwie reagowała na wzrost  inflacji, której przyczyny były zewnętrzne. Strategia celu inflacyjnego polega właśnie na reagowaniu elastycznym, a nie gorączkowym – mówi prof. Marek Belka, prezes NBP, w rozmowie z Obserwatorem Finansowym.

Marek Belka, prezes NBP (fot. NBP)


ObserwatorFinansowy.pl: RPP była w ostatnich tygodniach namawiana do bardziej zdecydowanej reakcji na to co dzieje się w gospodarce, na spowolnienie. Gdy Rada faktycznie tak zareagowała – wszyscy są zaskoczeni. Czy to nie dowód problemów komunikacyjnych Rady?

Marek Belka: Jest rzeczą dosyć normalną, że Rada Polityki Pieniężnej jest pod presją przede wszystkim ze strony rządu, aby politykę pieniężną raczej luzować niż ją zaostrzać. Rada i NBP są strażnikami stabilności pieniężnej. Rząd natomiast jest odpowiedzialny za wzrost gospodarczy i zawsze wolałby mieć łatwiejszy pieniądz, nawet kosztem narażenia gospodarki na inflację. Niebezpieczeństwo inflacji jest długofalowe, a horyzont planistyczny rządu jest krótszy. To nie jest zarzut pod adresem rządu, ale tak to jest zbudowane w cywilizowanych krajach żeby istniało pewne napięcie pomiędzy rządem a bankiem centralnym. To jest normalne.

Jeżeli zaś chodzi o komunikację. Analitycy i ekonomiści głównych polskich banków dali ocenę, że decyzja Rady była zaskakująca, ale dobra. Dezaprobata pojawiła się w kilku analizach banków zagranicznych. Pewnie banki te poniosły jakieś straty. Nie zgadzam się jednak z zarzutem, że nie ma dobrej komunikacji. Rada składa się z dziesięciu osób. Nie wszyscy mają takie same poglądy, a każdy wypowiada się publicznie. Przekaz nigdy nie będzie jednorodny. Ja jako przewodniczący Rady przekazuję wyważony pogląd, choć także mam swoje preferencje. Niestety musimy z tym żyć.

Rada podjęła więc taką decyzję jakiej oczekiwał rząd, pieniądz stał się łatwiejszy, tańszy.

Pojawiła się nowa projekcja inflacyjna i wzrostu gospodarczego. Nie zmieniła ona jakoś gwałtownie obrazu sytuacji, czy postrzegania gospodarki wśród członków Rady Polityki Pieniężnej. Projekcja jest jednak bardziej pesymistyczna jeśli chodzi o wzrost gospodarczy niż poprzednia, jesienna i stąd Rada zdecydowała się na obniżkę stóp. Projekcja pokazała jednocześnie, że istnieje przestrzeń do bezpiecznego obniżenia stóp procentowych. Dlatego Rada postanowiła, i uważam że bardzo słusznie, dokonać głębszego cięcia stóp.

Może też po to, aby móc zapobiec zarzutom, że się znowu spóźnia?

Projekcja pokazała, że o spóźnianiu się Rady nie ma mowy. W całym jej horyzoncie do roku 2015 będziemy mieli do czynienia z ujemną luką popytową. Pokazuje ona bowiem, że ożywienie gospodarcze będzie bardzo, bardzo stopniowe, a presji inflacyjnej, tej płynącej z wewnątrz gospodarki, nie będzie przez dłuższy czas. Można powiedzieć w cudzysłowie – lepiej by było dla gospodarki, żeby ożywienie stojące za progiem było bardzo silne. Wtedy też można by było sobie pozwolić na krytykę Rady, że się spóźniła. Nie, nie spóźniła się. Można powiedzieć: Rada mogła szybciej. Krytykę przyjmuję, ale nie przyjmuję, że jest to działanie procykliczne i teraz już niepotrzebne. Niestety sytuacja nie wygląda na tyle korzystnie żebyśmy mogli mówić, że marcowa obniżka może okazać się procykliczna.

Głębsze obniżenie stóp w marcu wskazuje, że w kilku nadchodzących miesiącach, pewnie do kolejnej projekcji w lipcu, nie należy spodziewać się zmian oprocentowania. Czy to chęć ściślejszego związania decyzji Rady z kolejnymi projekcjami NBP?

Myślę, że tak. Im bardziej projekcja się potwierdza w rzeczywistości tym ma większą wiarygodność w oczach członków Rady. Członkowie Rady podejmują jednak decyzje nie tylko w oparciu o projekcje. Część członków Rady ma obraz gospodarki bardziej optymistyczny niż projekcja NBP. I gdyby się okazało, że rzeczywistość gospodarcza jest inna niż w projekcji nie wykluczam nawet dalszego luzowania polityki pieniężnej.

Wtedy gdyby inflacja spadła np. poniżej 1,5 proc., o czym już się mówi?

Inflacja może faktycznie spaść poniżej 1,5 proc. Mówi o tym nasza projekcja i tak zwana projekcja ekspercka. Ważny byłby tu nie chwilowy spadek, ale trwałe usytuowanie się inflacji poniżej pasma wahań od celu inflacyjnego. Nie chciałbym jednak dalej iść w tych rozważaniach. 6 marca obniżyliśmy stopy o 50 punktów i postanowiliśmy przejść na tryb wait & see. Nie chciałbym dzisiaj rozważać kwestii dalszych obniżek. To nie jest właściwy moment. Zobaczymy, co się będzie działo w gospodarce.

Czy przyjęcie trybu wait & see to zmiana strategii działania Rady?

Nie, tryb wait & see nie jest żadną korektą polityki. Jest przejściem do obserwacji sytuacji. Chcemy zobaczyć jak się będzie kształtować inflacja i PKB. I patrzeć, jakie mogą być dalsze kroki.

Czyli Rada najpierw przyjrzy się, a potem zdecyduje. Zewnętrzny jej wizerunek wciąż jednak kształtowany jest w dużym stopniu przez nieoczekiwaną podwyżkę stóp w maju ubiegłego roku.

Myślę, że obecna Rada zapamiętana zostanie w większym stopniu dzięki obecnej obniżce. Istnieje pewnego rodzaju nieporozumienie jak należy rozumieć strategię celu inflacyjnego i to jeszcze elastyczną strategię celu inflacyjnego. Pojawił się zarzut, że przez ponad 20 miesięcy inflacja CPI (ceny towarów i usług konsumpcyjnych, przyp. red.) utrzymywała się powyżej celu inflacyjnego i że właściwie powinno się Radę za to rozliczyć.

Uważam, że realizacja polityki pieniężnej i reakcja Rady na inflację, były właściwe. I abstrahując od tego, czy ta ubiegłoroczna majowa podwyżka była słuszna, czy niesłuszna, to jest drobiazg. Ważniejsze jest to, że przez cały ten okres Rada w bardzo powściągliwy sposób reagowała na podwyżkę tempa inflacji, która nie była wynikiem wewnętrznych nierównowag. Przecież w kraju nie było żadnej wyjątkowej presji inflacyjnej. Myśmy zaimportowali inflację kanałem oil & food, czyli spowodowaną wzrostem światowych cen ropy naftowej i surowców rolnych. Mieliśmy zresztą w tym czasie bardzo duże rozwarcie pomiędzy inflacją CPI, a inflacją bazową, liczoną z pominięciem cen ropy i cen rolniczych. Strategia celu inflacyjnego polega właśnie na elastycznym, a nie gorączkowym reagowaniu na wzrost inflacji.

Może w tej sytuacji Rada powinna generalnie kierować się na wskazania inflacji bazowej, a nie CPI?

Taka oficjalna zmiana byłaby niezrozumiała. Tak czy inaczej chodzi o to, żeby obserwując, czy nie występują efekty drugiej rundy w postaci presji płacowej, spokojnie przeczekać zwyżkę cen importowanych. Gdybyśmy w sposób nadmierny, gorączkowy, zareagowali na podwyżkę cen ropy naftowej i żywności to sprowadzilibyśmy naszą gospodarkę do stanu zamrożenia. Stopy procentowe wzrosłyby do niebotycznych rozmiarów, co nie miałoby oczywiście sensu, bo nasze stopy nie wpłynęłyby na poziom cen ropy w świecie, ale polska gospodarka by po prostu klapnęła o wiele szybciej i o wiele głębiej.

Trzeba mieć trochę cierpliwości. W znacznie gorszej sytuacji jest dzisiaj np. Bank Anglii. Cel inflacyjny 2 proc. jest tam znacząco przekroczony. Co więcej, w Wielkiej Brytanii inflacja jeszcze przez kilka lat będzie ponad 2 proc., ale sytuacja gospodarcza jest tam tak zła, że nikomu nie przychodzi do głowy namawiać Mervyna Kinga, czy Marca Carneya, żeby Bank Anglii zaostrzył politykę pieniężną.

Mówiąc krótko, mądra polityka celu inflacyjnego oznacza żeby dbać aby inflacja nie zerwała się, że tak powiem z linki, ale też dlatego nie można nią za bardzo szarpać.

Czy z tego punktu widzenia obecna Rada spełnia oczekiwania?

Absolutnie tak. Przeczekaliśmy wyższą inflację. Inflacja jest znów blisko celu. Oczywiście znów może się coś w świecie wydarzyć. Cena ropy może np. ponownie wystrzelić w górę, bo wzrośnie napięcie w Cieśninie Ormuz. I co, mamy na to reagować? Oczywiście, że znów trzeba wtedy przeczekać. Cały czas uważając, żeby nie było u nas efektu drugiej rundy, czyli inflacji spowodowanej wzrostem płac.

Jakie są szanse już bardziej trwałego zakotwiczenia inflacji w pobliżu celu inflacyjnego?

Powinniśmy realizować politykę pieniężną właśnie w taki bardzo stabilizujący sposób. Powinniśmy także patrzeć na skutki działań w innych obszarach polityki gospodarczej. W latach 2011-2012 mieliśmy w Polsce do czynienia z poważnym zacieśnieniem polityki fiskalnej. To przecież także miało istotny wpływ na osłabienie koniunktury i wygaszenie ewentualnej presji inflacyjnej. Podjęte zostały także istotne działania nadzorcze, które spowodowały, że praktycznie zanikła akcja kredytowania w walutach obcych. To przecież także oddziałało antyinflacyjnie. Rada nie działa w próżni. Musimy mieć oczy dookoła głowy – jak mawiał Kazimierz Deyna.

No dobrze, cel został osiągnięty, inflacja jest na postronku, ale teraz problemem jest wzrost gospodarczy. Wszyscy mówią, że „zieloną wyspę” może uratować już tylko Rada Polityki Pieniężnej i Narodowy Bank Polski. Uratuje?

Nie wszyscy tak mówią. I nie jest prawdą, że to nadmiernie restrykcyjna polityka pieniężna w Polsce jest jakimkolwiek znaczącym powodem osłabienia koniunktury. Osłabienie koniunktury płynie do nas z zewnątrz, z niepewności w strefie euro. To jest jak jakaś szara mgła w filmie horroru. Nasi konsumenci i inwestorzy zamierają ze strachu, że z tej mgły wyłoni się wilkołak, to znaczy kryzys. I nie wydają pieniędzy. Szczególnie chodzi o inwestorów. Ale przecież polskie przedsiębiorstwa są w dobrej sytuacji finansowej, więc miałyby z czego inwestować, ze strachu jednak nie inwestują.

Nie znaczy to jednak, że nie ma innych czynników osłabienia koniunktury. Bardzo poważnym czynnikiem była konsolidacja budżetowa, z deficytu na poziomie 8 procent zeszliśmy poniżej 3 proc., patrząc na deficyt strukturalny. Było to zresztą konieczne, żeby była jasność, bo gdybyśmy tego nie zrobili, groziła nam bardzo poważna reakcja rynków finansowych. Ale konsolidacja ta spowodowała ileś punktów straty w popycie globalnym.

Może już wobec tego pora na zakończenie zacieśniania polityki fiskalnej?

Chciałbym zwrócić uwagę na opinię o budżecie na 2013 r., którą sformułowała Rada Polityki Pieniężnej, gdzie to – co jakoś umknęło analitykom i mediom – jest stwierdzenie, że dalsza konsolidacja budżetowa nie jest potrzebna, czy też nie jest wskazana, bo mogłaby spowodować pogorszenie sytuacji gospodarczej. Nie wiem co nastąpi w roku 2013, wszyscy patrzymy z pewnym niepokojem na realizację tegorocznego budżetu, ale sądzę, że dalsza konsolidacja budżetowa jest niewskazana.

Przez wiele lat najsilniejszym silnikiem rozwoju polskiej gospodarki była konsumpcja. Jak pan widzi możliwość ponownego ożywienia popytu wewnętrznego?

Jeżeli ludzie boją się bezrobocia, to nie konsumują, prosta sprawa.

Musieliby przestać bać się bezrobocia. Czy z tego punktu widzenia powinny nastąpić zmiany np. w Kodeksie Pracy?

Sytuacja na rynku pracy nie jest jednoznaczna. Z jednej strony wzrasta liczba bezrobotnych, ale zarazem liczba zatrudnionych nie spada. W obecnej fazie osłabienia koniunktury w wielu branżach gospodarki są zwolnienia, ale raczej mamy do czynienia z ograniczeniem płac. Polscy przedsiębiorcy już nauczyli się, że zbyt łatwe zwalnianie pracowników z pracy jest dla nich potem kosztowne. Bo gdy koniunktura się poprawia ludzi tych nie ma. Albo wyjechali za granicę, albo znaleźli inną pracę. Dzisiaj ludzie wykształceni i z kwalifikacjami mają na pewno trudniej niż wcześniej, ale pracę znajdują. Największy problem jest z młodymi po szkole, którzy jeszcze nie pracowali i z tymi, którzy wracają z emigracji, bo im się nie udało. Nasza statystyka tego nie wykazuje, bo jest nieprecyzyjna, ale tak to czuję.

Gdy trochę zmieni się sytuacja, gazety przestaną straszyć, ludzie na nowo zaczną konsumować, zaczną z powrotem brać kredyty, bo w dalszym ciągu jest olbrzymi niezaspokojony popyt, a wtedy i przedsiębiorcy zaczną się zachowywać racjonalnie, czyli zaczną inwestować.

Czy jest pan zadowolony z dotychczasowego przebiegu publicznej debaty o ewentualnym wejściu Polski do strefy euro?

Bardzo dobrze, że dyskusja poszła w tym kierunku, w którym poszła. To znaczy rozmawiamy nie o datach, tylko o warunkach. I jak sprawić, że będziemy w strefie euro właściwie się zachowywać, żeby nam się to udało. Przeczytałem gdzieś fajną wypowiedź, że wejście Polski do strefy euro to będzie jak transfer Beckhama do Paris Saint Germain. Będzie miało duże znaczenie. Zgadzam się, tylko chciałbym zauważyć, że Beckham nie gra w tej drużynie, tylko siedzi na ławce. Nie chciałbym, żebyśmy weszli do strefy euro, ale siedzieli na ławce i to głęboko rezerwowej.

Rozmawiał Krzysztof Bień


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test